niedziela, 27 października 2013

14.
Jesień powoli zmieniała się w zimę. Kiedy jechali taksówką przez miasto w milczeniu, zmrok na dobre zagościł na niebie i między budynkami. Lekko siąpiący deszcz rozmazywał obraz i za oknami były tylko czarno-kolorowe plamy. Siedzieli z daleka od siebie, każde zapatrzone w to, co widać za oknem po jego stronie i zajęte bliżej nieokreślonymi myślami. Od wyjścia z pokoju Chrisa nie zamienili ze sobą nawet słowa. Adam poruszał szczękami jakby coś mielił w ustach, Weronika patrzyła w dał nic nie widzącym wzrokiem i miała pustkę w głowie. Wysiadła bezmyślnie przed hotelem i dopiero we foyer zorientowała się, że to inny niż poprzednio. Równie bezmyślnie poszła za Adamem do windy. Lustrzana klatka otuliła ich cisza i objęła światłem. Tam wreszcie na siebie spojrzeli.
  • Ile mamy czasu do tego detektywa?- spytała, gdy spojrzał na zegarek
  • 40 minut. Jesteś głodna?
W tym momencie zaburczało jej głośno w brzuchu. Roześmieli się oboje.
  • Choć zrzucimy to z siebie i idziemy coś zjeść. Żarcie w samolocie było fatalne.
  • Leciałeś liniowym?
  • Tak. Zgrało się idealnie w czasie.
Otworzył drzwi do pokoju.
  • Zrzuć to na łóżko. Muszę siku. - i zniknął w drzwiach łazienki.
Rozejrzała się po pokoju. Był większy niż jej mieszkanie. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Podeszła do okna. Widok na Tiergarten i Bramę Brandenburską. Niesamowite. Otworzyła buzię z zachwytu i przykleił a się do szyby jak małe dziecko.
  • Panienka ma ochotę na łazienkę?
  • Oj tak – minęła go szybkim krokiem. Po chwili była z powrotem.
  • Chodź. Zaraz mi tu padniesz. Masz jakiś taki nieokreślony kolor twarzy z tendencja do zielonego i szarego...
  • Nic nie jadłam od wczoraj wieczorem.... chyba... nie pamiętam.
  • Idziemy. -objął ją ramieniem i wyszli z pokoju. Ciężki nastrój, który był jakoś minął, jakby go obydwoje wydalili z płynami fizjologicznymi. Szli żartując z neutralnych rzeczy, jak pogoda, wczesny zmrok, ilość prądu zużywanego przez hotel itp. W restauracji poprosili o to, co będzie najszybciej. Weronika wybrała polędwicę. Adam chwile zwlekał ale poszedł jej śladem i patrzył z zaskoczeniem jak pochłania lekko krwiste mięso. Zdecydowali, że deser zjedzą w kawiarni, gdzie się mieli spotkać z policjantem. Rozsiedli się w wygodnych fotelach z widokiem na wejście a jednoczesnie nieco w mroku. Zamówili po kawie i torciku czekoladowym. Kiedy Weronika kończyła drugi kawałek przy ich stoliku pojawił się przystojny, lekko szpakowaty mężczyzna w skórzanej, motocyklowej kurtce, dżinsach i motocyklowych, skórzanych butach.
  • Podejrzewam, że z Państwem jestem umówiony – rozejrzał się jednocześnie po sali. Przy stolikach siedziało kilka osób ale wszyscy jak jeden mąż zakuci w garnitury. - tak sobie wydedukowałem, że muzyk raczej w garniturze nie będzie.
Adam podał mu rękę i zaprosił gestem, by usiadł. Detektyw podał rękę Weronice.
  • Po Pani obecności wnoszę, że ma Pani jakiś związek ze sprawą?
  • Dobrze Pan myśli. - Weronika westchnęła głęboko.
  • No nic to za chwilę. Kawę poproszę – powiedział do kelnera, który się pojawił jak spod ziemi – i torcik orzechowy...albo nie – spojrzał na ich talerzyki. Werka co prawda swój już pochłonęła ale Adam jakby się zastanawiał, czy jeść czy nie jeść – czekoladowy.
Kelner zniknął a detektyw zdjął kurtkę.
  • Państwo wybaczą, tu ciepło dosyć – przerzucił ją przez oparcie – no dobrze. Zajmijmy się zatem Pana przyjacielem.
Kelner postawił przed nim kawę i ciastko.
  • Przepraszam, że przerwę – Adam się wtrącił zatrzymując gestem kelnera – czy miałby Pan coś przeciwko, jeśli byśmy sobie wzięli coś mocniejszego?
  • Ależ skąd. To spotkanie nie w komendzie zatem...proszę się nie krępować.
  • Pan też ma może na coś ochotę?
  • W sumie... lampka koniaku, czemu nie.
  • Werka?
  • Dla JD. Z dwiema kostkami lodu.
  • To dla mnie też JD i też dwie kostki...
Kelner oddalił się.
  • Zatem wróćmy do sprawy. Proszę mi opowiedzieć historię Panów znajomości.
  • Od początku? - Adam wyglądał na zaskoczonego
  • Tak. Może być ogólnie. Ostatnie kilka miesięcy poproszę bardziej szczegółowo.
  • No cóż, dobrze.
Adam zaczął opowiadać. Policjant nie przerywał aż do momentu, kiedy pojawili się w Berlinie.
  • Tu poprosze o szczegółową relację. Najdokładniej, jak Pan pamięta.
  • No cóż – Adam skinął na kelnera, by przyniósł kolejne drinki – tym razem podwójny dla mnie – spojrzał na Werkę – dla Pani też. Dla Pana powtórka.
Detektyw nie zaprotestował.
  • Zatem... przylecieliśmy obgadać kontrakt płytowy i trasę koncertową. Ponieważ najlepiej nam wychodzi, jak sami wszystkiego dopilnowujemy, zatem całą grupą zrobiliśmy sobie wypad do Berlina. Prywatny samolot, taksówki do hotelu..
  • Jakiego? Ile taksówek?
  • Westin. Trzy, hotelowe. Zamówiłem wcześniej, by nas odebrali. Potem hotel, szybki bezproblemowy meldunek, prysznice, lunch w hotelowej restauracji. Nie pamiętam menu. Stoli zawsze mamy ten sam, pod oknem. Menu powinienem mieć gdzieś na mailu. Mamy swoje widzimisie i trochę wymyślamy, żeby nie było nudno... no – pociągnął solidny łyk – potem pojechaliśmy do O2 obgadać koncert, spotkanie trwało jakieś 40 minut, potem pojechaliśmy do studia...nigdy nie pamiętam nazwy ulicy, ale wiem jak tam trafić. Prześlę Panu mailem razem z menu, jeśli trzeba.
  • Bardzo poproszę – detektyw miał cały czas podobny, niewzruszony wyraz twarzy, zerową mimikę i stonowany, przyjemny męski głos.
  • Mieliśmy tam nagranie. Chcieliśmy wypróbować warunki i trochę nam zeszło. Potem trzeba było to opić zatem poszliśmy całą grupą z przedstawicielami studia i DAEG na kolację. Gdzieś na Kurfurstendamm, nazwy tez nie pamiętam ale będzie w wyciągu z karty. Zresztą cała historia nocnej włóczęgi będzie na wyciągu z karty.
  • To aż tak się panowie włóczyli?
  • No wie Pan...Berlin wciąga.
  • Czyżby?
  • Trochę tak...
  • No dobrze, to poproszę wyciąg z karty.
  • Jasne. Wróciliśmy koło.... chyba między 3 a 4 rano. Każdy poszedł do siebie, każdy sam – spojrzał na Weronikę ukradkiem, co oczywiście nie uszło uwadze policjanta ale postanowił to chwilowo zignorować i wrócić do tematu we właściwym momencie – koło 9, 9.30 spotkaliśmy się na śniadaniu bo mieliśmy kolejne nagranie w studiu a potem spotkanie w sprawie materiałów reklamowych i promocyjnych, graficznych itp...
  • Wszystko załatwiacie sami?
  • Wie Pan, tak. Znamy się więcej niż pół życia. Wiemy, że żaden menadżer tego nie załatwi jak my. No i jak do tej pory taki układ się sprawdza...
  • Jasne. - Detektyw patrzył chwile jakby przez Adama, upił łyk swojego trunku i gestem poprosił o kontynuowanie opowieści.
  • Tak, zatem ze studia pojechalismy do niewielkiej pracowni graficznej, gdzieś na Weddingu, jeśli dobrze pamiętam.
  • Cały czas taksówkami?
  • Wynajęliśmy limuzyny.
  • Poproszę o detale.
  • Jasne, To będzie w Consierge bo wzięliśmy limuzyny z hotelu. W każdym razie tam chwile zabawiliśmy bo okazało się, ze na miejscy zrobiliśmy burzę mózgów i powstała zupełnie nowa koncepcja na stronę graficzną, plakaty itp. A potem mieliśmy spotkanie z ludźmi z wytwórni od promocji itp.
  • Gdzie?
  • Z człowiekiem właściwie...o rany, nie pamiętam, jak się ta knajpa nazywała – spojrzał pytająco na Weronikę.
  • „Funkyou” na Friedrichsein...
  • Tak? - Detektyw przeniósł wzrok z Adama na jego partnerkę.
  • No tak – Weronika wzięła głęboki oddech – pracuję tam. Chłopaki mieli rezerwację, ja miałam zmianę. Poznałam wtedy Chrisa, nalegał na spotkanie. Czekał po zamknięciu pod praca i poszliśmy na kolację – zobaczyła jak Policjant nabiera powietrza – nie pamiętam. Boczna od Friedrichstrasse, podam nazwę jak zgoogluję. Zjedliśmy, poszliśmy się przejść, wsadził mnie do taksówki i... - zacięła się.
  • Wtedy Go ktoś napadł?
  • Pewnie tak. Wie Pan, była dziwna sytuacja. Miał wrażenie, że ktoś nas śledzi, obserwuje. Uznałam to za przypadek ale teraz – pokręciła głową – sama nie wiem. Tym bardziej że jak się we środę widziałam z Adamem – Detektyw nieznacznie uniósł lewa brew w geście zapytania i przeniósł wzrok na Adama - też jakby ktoś nas śledził. Znaczy ja tego nie zauważyłam tylko Adam. A ta osoba była za daleko, żeby próbować złapać.... Boże, czy to mógł być ten człowiek> Czy On skrzywdził tak potwornie Chrisa?
  • Nie wiem...
  • Czy nam, czy Adamowi coś grozi?
  • Nie wiem...
  • Boże, niechże Pan go złapie – chwyciła jego dłonie i ścisnęła mocno. Zbierało się jej na płacz.
  • Spokojnie. Na początek poproszę o wszystkie te dane na maila, nazwy, adresy, wyciągi itp. Wszystko co Państwo dadzą rade sobie przypomnieć, każdy detal... powiedzmy do jutra do – spojrzał na przegub prawej dłoni, na zegarek, który wyglądał na zdecydowanie bardziej kosztowny niż pozwoliłaby na to pensja policjanta – 16. - złapał ich wzrok i uśmiechnął się – moja trzecia żona pochodzi z bardzo bogatej rodziny. Miała fantazję, by wyjść za policjanta no i wyszła.
  • Czy przy okazji jest angielską arystokratką? - Weronika od początku była zafascynowana jego cudnym brytyjskim akcentem.
  • A to akurat spadek po drugiej żonie. Była,jak Pani słusznie zauważyła, brytyjską arystokratką. Niestety, jak to w arystokracji bywa zdrowie miała słabe. Owdowiałem po 6ciu latach małżeństwa. Ale został mi akcent i sympatyczny Cottage w Yorckshire. I czyniąc zadość Państwa ciekawości, pierwsza żona, pobraliśmy się na studiach, zginęła w wypadku samochodowym. Mnie jakoś poskładali – odgarnął dłonią włosy na skroni i dopiero teraz oboje dojrzeli grubą i długą bliznę nad uchem niknąca we włosach na tyle głowy – przez dwa lata uczyłem się na nowo chodzić i mówić.
  • O matko, przepraszam,nie chciałam być aż tak nietaktowna...
  • Nie szkodzi. I nie była Pani. Nietaktowny to ja zamierzam być pytają, dlaczego jednego wieczoru widzi się pani z Chrisem a drugiego z jego kolegą?
  • Mocne. Ale rozumiem. Z Adamem umówiłam się na randkach internetowych. Przypadek sprawił, ze mieli rezerwacje tam, gdzie pracuję., Gdyby nie to pewnie nigdy bym nie poznała Chrisa i nie leżał by teraz w szpitalu. - ukryła twarz w dłoniach by ukryć falę wzruszenia.
  • No takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Ale sprawdzę i to. Poproszę o Pani komputer. A przynajmniej dostęp do portalu. Też może jutro. Nie miałem tego w planach ale spotkajmy się o 16 tutaj – podał wizytówkę z adresem – proszę mi oczywiście przesłać wcześniej te wszystkie informacje mailem.
    Wstał dopiwszy alkohol.
  • Na mnie już czas.
  • Przepraszam, to nie moja sprawa, ale chyba...
  • Nie zamierzam prowadzić po alkoholu – detektyw uśmiechnął się – jasne że nie. Motocyklowe wdzianko lubię ale nie jeżdżę w taką pogodę. Ani po %. Dziękuję za Państwa czas i zapraszam jutro.
  • Proszę Pana...-Weronika nie wiedziała jak zapytać – jakie są szanse?
  • Statystyki mogłyby być lepsze. Czasem przepisy prawne krępują nam ręce.
  • Ale widzi Pan jakąś szansę?
  • Powiedzmy, że prawo jest po to, by wymierzać sprawiedliwość. A jeśli jej wymierzanie jest wbrew prawu to trzeba sobie z tym jakoś poradzić. Nie jestem Eliot Ness ale dorwę tego skurwysyna.
Popatrzyli na siebie w milczeniu i pożegnali się uściskiem dłoni. Patrzyli na szerokie plecy policjanta, kiedy wychodził z hotelu w mokrą noc.

*******************************

Stanął przed hotelem. Pomachał przecząco głową na pytający wzrok chłopaka w hotelowym uniformie wskazującego na taksówkę. Przesunął się lekko w bok, z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął dyktafon i go wyłączył. Następnie wyjął paczkę papierosów, wsadził niedbale jednego między wargi, odpalił ozdobną benzynową zapalniczką i mocno się zaciągnął. Wypuszczając wolno dym zamknął oczy i lekko odchylił się do tyłu.
- Dzieciaki – wymruczał do siebie. Usta skrzywił mu grymas uśmiechu. Zaciągnął się jeszcze raz, postawił kołnierz w kurtce i żwawym krokiem odszedł w deszczową ciemność.

poniedziałek, 14 października 2013

13.


Kilkanaście przecznic dalej na poddaszu zabytkowej kamienicy zapaliło się światło. Właściciel rzucił klucze na stolik obok lustra dominującego w obszernym hallu wejściowym. Chwilę stał po czym zsunął ze stóp niebieskie conversy, chwilę poruszał palcami stóp i powoli przeszedł do obszernego salonu. Skierował się do aneksu kuchennego, urządzonego nowocześnie i wyposażonego w najdroższe sprzęty. Z chłodziarki na wino wyciągnął pierwszą z brzegu butelkę, z blatu zgarnął wymyślny otwieracz do wina i powoli, po cichu niczym kot podszedł do szezlonga ustawionego pod olbrzymim, półokrągłym oknem, z którego rozciągał się widok na część starego Berlina. Odkorkował butelkę i upił łyk z gwinta zamykając oczy. Chwilę trzymał płyn w ustach po czym powoli przepuścił go do żołądka. Z jego gardła wydobył się pomruk zadowolenia. Upił drugi łyk. Usiadł na szezlongu i uśmiechnął się do siebie. Wyciągnął z kieszeni telefon, zalogował się do systemu i na ekranie pojawił się obraz z ulicy, przy której mieszkała Weronika. Naciśnięcie klawisza uruchomiło przewijanie. Widział, jak wchodziła do domu w towarzystwie rosłego chłopaka objuczonego zakupami.Przewinął w przód. Teraz obraz przedstawiał wnętrze jej mieszkania. Widział, jak rozmawiali i jak się żegnali. Przewinął jeszcze raz. Włączył głos, by słyszeć, co mówią. Upił kolejny łyk wina.
  • A mówią, że pieniądze szczęścia nie dają.... jednak tylko wtedy, gdy ich nie ma. Jak są, to służą jak Piętaszek Robinsonowi – pociągnął kolejny łyk – ech ta technika... teraz mi nie umknie żaden Twój adorator Kochanie. I powoli każdego z nich wy e li mi nu ję – przesylabizował słowo i zaśmiał się do siebie a z jego ust na brodę i szyję pociekły strużki białego wina przedniej jakości.





Weronika obudziła się i stwierdziła, że przy najmniejszym ruchu głowa jej szeleści. Chwilę zajęło jej złapanie ostrości w prawym oku, które zdołała otworzyć. Widziała głównie kolor czerwony ale nie wiedziała skąd...dlaczego... poruszyła głową. Lewa strona twarzy jakoś nieprzyjemnie ją „ciągnęła”. Nadludzkim niemal wysiłkiem podniosła się nieco na ręce. Coś odlepiło się od jej twarzy boleśnie i zasyczała. Kiedy zaczęła widzieć także na drugie oko zobaczyła wielką, czerwona plamę na poduszce i magazyn, także zabarwiony na czerwono. Chwilę potrwało nim złożyła fakty: porto, magazyn, zmęczenie, plama... usnęła z kieliszkiem albo i butelką, wylała zawartość, przykleiła się do gazety.
  • Boszzz...co za degrengolada – mruknęła sama do siebie. Powoli zsuwała się z łóżka. Na tym etapie jeszcze nie zastanawiała się, jak dopierze pościel. Stanęła powoli. Głowa, o dziwo jej nie bolała. Skierowała się do kuchni ale widok w lustrze ją zatrzymał. Spojrzała na siebie z politowaniem. Miała na sobie ciuchy z wczoraj. Bluzka oczywiście zaplamiona. Lewa strona twarzy miała na sobie druk z magazynu i fragment jakiegoś zdjęcia. Chwilę patrzyła na siebie a potem zaczęła się śmiać. Stwierdziła, że tak żałośnie to nigdy się nie prezentowała i chyba warto by to uwiecznić. Wróciła po telefon by zrobić sobie zdjęcia. Miała kiedyś aparat, tak zwaną małpkę ale od kiedy dorobiła się smartfona z całkiem niezła optyką przestała używać aparatu. Odblokowała telefon. Pstryknęła sobie kilka zdjęć i już go miała odłożyć, gdy zobaczyła ikonkę wiadomości.
„Właśnie wylądowałem. Jadę prosto do szpitala. Daj znać, czy dojedziesz lub gdzie się spotkamy. Bo powinniśmy”
Obudziła się i wytrzeźwiała w mgnieniu sekundy. „Która jest do cholery godzina...aaa...telefon pokaże”
Była 14.50.
„Jezu to ile ja spałam”...
Rzuciła komórkę na fotel, pobiegła do łazienki. Pozbyła się, bądź co bądź śmierdzących ciuchów wpychając je do pralki. Nastawiła pranie i odkręciła wodę. Wybiegła nago po telefon i wracając, trzęsącymi się trochę z zimna a trochę z emocji, zmęczenia i kaca palcami pisała „Będę w szpitalu. Czekaj”.
Szybko zmyła z siebie pamiątki ostatniej doby, wyszorowała zęby i język „porto dobre jakoś się pije ale później wali Ci z buzi jak od kloszarda”, przepłukała usta płynem o zapachu mocnej mięty. Chuchnęła w dłoń i niezadowolona z efektu powtórzyła płukanie. Chuchnęła w dłoń. Pokiwała głową na boki co miało wyrażań niezdecydowaną aprobatę. Potruchtała do szafy. Wbiła się w jakieś czyste dżinsy, zarzuciła koszulę, na to kamizelkę, szal. Sięgnęła po skarpetki i zdała sobie sprawę, że nie założyła bielizny ale szkoda jej było czasu. Zgarnęła zegarek, torbę, wrzuciła do niej komórkę i kilka paczek chusteczek higienicznych, zarzuciła płaszcz na plecy i ostatkiem rozsądku wróciła się spod drzwi do łazienki zażyć wynalazku XX wieku czyli antyperspiranta. Psiknęła we włosy perfumami i wybiegła z mieszkania. Zamknęła drzwi. Był to chyba jeden z nielicznych budynków, gdzie drzwi trzeba było zamykać na klucz a nie wystarczyło zatrzasnąć. Błogosławiła to wiele razy, kiedy będąc już na zewnątrz orientowała się, że klucz jest w środku.
Wybiegła na ulicę. Lodowaty powiew, mimo słońca na niebie zatrzymał ją w miejscu i przeszył na wylot. Nie mogła złapać tchu ale dało jej to czas na otrzeźwienie myśli.
„Taksówka, autobus czy U-bahn...czym będzie najszybciej”.... pognała w kierunku stacji metra.


Wszystkie korytarze szpitalne maja jedną cechę wspólną...żeby nie wiem jak nowoczesne były, urządzone bogato czy z klasą, są przygnębiające. Czai się na nich ból, żal, czuć słony zapach łez, z rzadka ulgę czy radość. Szła jak w transie, na wyczucie. Chyba gdzieś na twardy dysk mózgu zbiła sobie drogę do Chrisa tamtej nocy a teraz bezbłędnie choć bezwiednie ją odtwarzała. Skręcił w prawo i stanęła nagle. Kilkanaście metrów od niej stał blady jak ściana Adam. Rozmawiał z lekarzem. Ten mu coś klarował, rozłożył ręce. Adam potarł nerwowo ręką brodą. Lekarz poklepał Go po ramieniu i odszedł.
  • Adam – powiedziała cicho.
Odwrócił się w jej kierunku a na twarz nagle wpłynął cień ulgi. Lekko rozchylił ramiona a Ona niewiele myśląc pobiegła i wpadła w nie z impetem.
  • Jak dobrze że jesteś – wyszeptał jej do ucha mocno przyciskając do siebie – bałem się, że nie przyjedziesz.
  • Co Ty gadasz...to ja się bałam, ze nie przyjedziesz.
Chwilę tak stali w uścisku. Wreszcie rozdzielili się. Popatrzył na nią, odgarnął jej włosy z policzka i skupił wzrok na jej twarzy.
  • Cco się stało? Czemu tak na mnie patrzysz? - speszyła się.
  • Masz druk na kości policzkowej. Jakieś pojedyncze literki – przysunął się bliżej, wyciągnął z kieszeni chustkę... tak, taką męską, materiałową chustkę do nosa, lekko poślinił i zaczął jej wycierać buzię jak Tata dziecku. Poczuła jak ją oblewa kolor czerwony i pali się ze wstydu.
  • No, już nie ma żadnej literki...- schował chustkę do kieszeni a Ona nie wiedziała, gdzie podziać oczy – Ciężka noc?
  • Tia.... długa i mocna...
  • Mocna?
  • No... nie wiem, ile procent miało to Porto ale zaledwie resztka wsiąkła w poduszkę. Zadziwiająca większość krąży po moim krwioobiegu.
Zaśmiali się obydwoje.
  • Co z Chrisem?
Adam zamknął na chwilę oczy – utrzymują go w śpiączce farmakologicznej. Była dziś Policja. Mamy się stawić na komisariacie. Lekarz dał mi namiar – wyciągnął wizytówkę z kieszeni.
  • Może najpierw zadzwonić, może nie trzeba będzie na komendę teraz jechać? - powiedziała nieśmiało. Potrzebowała jeszcze chwili spokoju. Jeśli spokojem można nazwać stanie na szpitalnym korytarzu obok faceta, który, mimo calej otoczki ostatnich kilku dni pociągał ją coraz bardziej i z drugim, który po randce z nią został niemal wypatroszony i walczy o życie. „Ironia losu” pomyślała.
  • Yyy... dobra – wyciągnął telefon. Zdziwiło ją, ze nie dyskutuje, nie oponuje, nie jest złośliwy- Witam. Nazywam się Adam L, jestem przyjacielem Chrisa B. Dostałem wizytówkę w szpitalu od lekarza....tak, zatrzymałem się w W.... dobrze, za godzinę będzie ok. Do widzenia. - schował telefon. -Mamy randkę z detektywem za godzinę w hotelu.
  • Mogę wejść do Chrisa?
  • Wercia – wziął ją za ramiona – to nie jest fajny widok, nie wiem,czy powinnaś... - gdzieś głęboko w jego oczach zobaczyła coś zgoła innego. On nie zastanawiał się, jak Ona sobie sobie z tym poradzi ale dlaczego chce tam iść...co zaszło między Nią a jego przyjacielem, dlaczego jej tak na Chrisie zależy...i czy zależy...i co Ona myśli i dlaczego do cholery to wszystko się dzieje..miało być zupełnie inaczej..
  • Nie spałam z Nim – wypaliła szeptem przez zęby – mam poczucie winy, ze coś takiego mu się stało po tym, jak mnie wsadził do taksówki. Ze może jakbym się z Nim przespała to by Go to nie spotkało, kumasz? - poczuła drżenie brody zwiastujące zbliżający się płacz a tego nie lubiła.
  • Oki, przepraszam, więcej nie będę, nie mam prawa... - puścił jej ramię – Lekarz powiedział, ze jak będziesz chciała to na chwilę dosłownie...
Minęła go i weszła do pokoju, w któym leżał podpięty do różnych aparatur Chris. Nie wytrzymała i się rozpłakała. Podeszła do nieprzytomnego, pogładziła po dłoni, pochyliła się i szepnęła kilka czułych słów do ucha. Kilka jej łez spadło mu na policzek i usta. Gdyby na nie patrzyła to by zobaczyła, że nimi poruszył, jakby chciał się oblizać. Ona jednak odwróciła się i wyszła.
Na korytarzu wzięła Adama pod rękę i skierowali się do wyjścia.

niedziela, 22 września 2013

12.

Zgodnie z oczekiwaniami Filip pomógł jej w zakupach. Dorzucił tez do koszyka kilka rzeczy, którego jego zdaniem mogły jej się przydać i poprawić humor... takich jak czekolada do zrobienia na gorąco czy duży słoik Nutelli. Było jeszcze kilka gratisów, których istnienie odkryła dopiero rozpakowując zakupy. Poczuła się głupio, że się nie zorientowała w sklepie i zaczęła mu robić wyrzuty ale absolutnie nie chciał wziąć od Niej ani centa twierdząc, że to prezenty na poprawę humoru. Oczywiście, co także było do przewidzenia, odstawił ją dosłownie do mieszkania. Łącznie z rozpakowywaniem i wstawianiem do lodówki i na półki. Przy okazji rozejrzał się nieco krytycznie po zabałaganionym wnętrzu i niepostrzeżenie poustawiał kilka rzeczy i powrzucał do pralki podczas gdy Weronika zniknęła w sypialni by założyć coś bardziej domowego. Po chwili ukazała mu się w absolutnie aseksualnej szarej, rozciągniętej bluzie sprzed co najmniej kilku lat, spodniach dresowych nieokreślonego koloru i różowych skarpetkach. Kiedy na Nią spojrzał nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem.
  • No co...
  • Zawsze wiedziałem, że masz wyczucie koloru ale takiego zestawu nie oczekiwałem.
  • Masz coś do moich wiecznych dresów?
  • Do nich absolutnie nie... ale ta kanarkowa koszulka, która spod bluzy wygląda na świat... - pokręcił głową z dezaprobatą ale i uśmiechem.
  • Oj weź... - podeszła do lodówki i wyjęła mleko – chcesz czekolady?
  • Jasne – usiadł przy stole – wygląda, jakbyś ostatnio miała trochę mało czasu na sprzątanie...
  • Nie bądź złośliwy – nastawiła mleko i stanęła na warcie – wiesz, szkoła, praca...
  • Randki... - natychmiast tego pożałował. Posłała mu spojrzenie, które niemal zabija...
  • Słuchaj przyszedłeś mi prawić morały czy co?
  • Nie złość się. Obiektywnie rzecz biorąc – wstał i podszedł bliżej. Oparł się o lodówkę i wsadził ręce do kieszeni – randki to fajna rzecz. Dodają endorfin, wiesz, ta cała ekscytacja, energia, świetliki w oczach itp...
  • No właśnie – zamieszała mleko
  • Ale Ty wyglądasz jakby po Tobie przejechał walec drogowy. Albo się nie wyspałaś, bo było tak dobrze, ale wtedy rozmarzony uśmiech by Ci nie schodził z ust albo się nie wyspałaś, bo było tak fatalnie a wtedy pewnie byś nie wytrzymała i mi się wyspowiadała jak przyjaciółce.
Spojrzała na Niego uważnie. Skąd ten gówniarz wiedział takie rzeczy? Nie powinien grać teraz z kolegami w Play Station czy coś?
  • Nie wymądrzaj się, co Ty wiesz o randkach...
  • Wiem, że ani nie było dobrego seksu ani koleś...kolesie nie byli rozczarowaniem. Coś się stało. Coś Ci leży na żołądku, nie wiem o co chodzi a Ty nie masz ochoty o tym gadać ale, sory, to widać po Tobie. Wyglądasz źle.
  • Wielkie dzięki za komplement – zalała czekoladę mlekiem – chcesz cynamonu?
  • Tak. Taka jest prawda. Sory, ale, kurde.... mam nadzieję, że to minie, bo się martwię.
  • Dzięki, ale nie trzeba...
Postawiła kubki na stole. Przez chwile zastanawiała się, czy mu powiedzieć o przeżyciach ostatnich dwóch nocy. W takich chwilach bardzo jej brakowało przyjaciółki. Chciałaby się komuś wygadać, wypłakać, ponarzekać na swój los i pecha, popomstować na cały świat. A miała jedynie kolegów. Żadnej koleżance nie ufała na tyle, by ją wpuścić głębiej w swoje życie.
Florian patrzył jej w oczy. Bez słowa wyciągnął rękę i położył na jej dłoni.
  • Słuchaj, wiesz, że jestem, jakby coś...
  • Wiem, wiem – chciała wycofać swoją dłoń spod jego ale ją uprzedził – przepraszam Cię. Masz sporo racji, ale nie chce mi się o tym gadać. Mam nadzieję, że zrozumiesz. Może kiedyś...
  • No wiem. Ale pamiętaj. Co prawda płci sobie nie zmienię, żebyś się czuła bardziej komfortowo w moim towarzystwie i łatwiej zwierzała, no ale wiesz.... znasz mój numer.
    Zaczęła się śmiać. Zwizualizowała Go sobie jako kobietę. Z tym zarostem...
  • Spoko. Tylko błagam nie zaczynaj chodzić w spódniczkach czy coś.
  • Wiesz co, lubię swoją męskość, nawet jeśli uważasz, że jest dla Ciebie zbyt niedojrzała – mrugnął do Niej okiem – i nie będę się z nią rozstawał, zaryzykuję pozostanie przy niej. A teraz – wstał i odstawił kubek do zlewu – pozwolisz, że się pożegnam.
Powrócił do kubka, umył go i odstawił na ociekacz.
  • Powinnaś się wyspać. Jutro masz wolne. Chodź, zamkniesz za mną drzwi.
  • Masz rację – podniosła się z ociąganiem i odprowadziła do drzwi. Pocałował ją w czoło i już Go nie było.
Zamknęła drzwi na wszystkie zamki i powlokła się z powrotem do kuchni. Po drodze zorientowała się, że pralka chodzi i najpierw się uśmiechnęła na myśl o troskliwości Filka a chwilę potem oblała się falą gorąca na myśl, że mógł, z dużą dozą prawdopodobieństwa natknąć się na jej bieliznę. Ale wzruszyła ramionami – może zgrzebność mało wyszukanych, szarych, bawełnianych stringów Go ostudzi. Uśmiechnęła się do tej myśli. Umyła w kuchni swój kubek, wytarła oba. Po chwili zastanowienia wzięła otworzone nieco wcześniej Porto, kieliszek i babską gazetę i powlokła do sypialni. Ale usiadła w fotelu. Nie chciała jeszcze spać. Musiała przemyśleć kilka rzeczy. Po chwil wstała i poszła po torebkę. Wypadało raz na jakiś czas sprawdzić komórkę. Wygrzebała ja z torby i wróciła do sypialni. Umościła się w fotelu. Nacisnęła klawisz. Dwie wiadomości. Otworzyła. Jedna od Marka „Miło Cię było widzieć dzisiaj. Kolorowych snów”. Kolejna od Adama „Krótki update – Chris jest po operacji, na razie nie można Go odwiedzać, pewnie dopiero jutro. Jestem w kontakcie z lekarzem. Jestem w NY ale jutro wieczorem będę z powrotem w B. Nie zostawię tego tak. Odezwę się, jak wyląduję. Ściskam.”
Zamknęła oczy a pod powieki napłynęły łzy. Przypomniała sobie wszystko. Od momentu, kiedy do pokoju hotelowego wszedł Matt i oznajmił, że Chris jest w szpitalu wszystko wyglądało jak jakiś kiepski film klasy... „C” chyba. Kręcony kamerą wideo i z beznadziejnym scenariuszem. Jak jakiś makabryczny żart. Czuła się jak w historii pod tytułem „ukryta kamera” bo wszystko było takie nierealne... Adam nie zastanawiał się długo. Spojrzał na Nią przelotnie i rzucił do Matta „sprowadź taksówkę”. Tamten pobiegł korytarzem do wind a Adam zgarnął ładowarkę do telefonu do kieszeni, skoczył do łazienki na szybkie siku, spytał czy nie chce skorzystać ale odmówiła. Wziął ja za ramiona i popatrzył w oczy. Powiedział, że nie wie, czy Ona chce jechać czy nie ale każda decyzje zaakceptuje. Ona chciała jechać. Wziął ja za rękę, zatrzasnął drzwi.... Na dole czekała już taksówka a w niej Matt. Wsiedli do tyłu. Matt relacjonował. Chrisa z ulicy zgarnęła karetka. Jakiś przypadkowy przechodzień był świadkiem zamieszania. Widział szarpiących się mężczyzn. Jeden uciekł a drugi osuwając się na ziemię powtarzał niezgrabnie, bo brakowało mu tchu, „Pomocy”. Szczęśliwie świadek nie bał się, podbiegł do Chrisa. Zobaczywszy zakrwawiony brzuch zdjął swoją kurtkę i zwinął ją przyciskając do ran. W międzyczasie dzwonił na pogotowie. Nieprzytomnego już zabrali do szpitala i reanimowali w karetce. W szpitalu ustabilizowali trochę stan, zrobili transfuzję i jakieś operacje. Niestety, stan był krytyczny, Chris się nie wybudzał, balansował na granicy życia i śmierci. Ciągle coś szwankowało. Kiedy dotarli do szpitala oczywiście mogli na niego popatrzeć przez szybę. Weronika stała jak osłupiała, jakby w jakimś śnie. Czuła, jak Adam ociera jej łzy ale nie czuła,jak płyną. Zadawała sobie pytania, ja...dlaczego...jak to się stało, że ktoś Chrisa skrzywdził. Nie wierzyła, żeby z własnej woli wdał się w bójkę. Zdobyła się na wysiłek i spytała Matta, czy to był napad rabunkowy. Nie. Portfel, telefon... wszystko było na miejscu. Adam stał obok przyciskając czoło do szyby. Był blady jak ściana a mocno zaciśnięte szczęki pulsowały. Potem porozmawiali z lekarzem. Ona nic nie pamiętała z tej rozmowy, poza zmęczona twarzą doktora kiwającego przecząco głową i rozkładającego bezradnie ręce. Po jakimś czasie, nawet nie wiedziała ile tam byli, Adam objął ja i powiedział, że nic tu po nich. Odwieźli ją taksówką do domu, odprowadził ja pod same drzwi, powiedział, żeby się martwiła, ze musi wracać do NY ale przyleci pierwszym możliwym samolotem z powrotem pilotować sprawę. Powiedział też, że się odezwie i żeby czekała na telefon. Przytulił ja mocno,postali tak chwilę a Ona płakała mu w kurtkę. Potem odsunęła twarz, otarła mokre policzki. Pocałował ją. Weszła do mieszkania i zamknęła drzwi. Gdy ucichło zgrzytanie zamków usłyszała jego kroki na schodach. Odrętwiała powlokła się do sypialni. Nie pamiętała, czy zdjęła do spania buty...

Teraz otworzyła oczy. Spojrzała jeszcze raz na telefon. Odpisała na wiadomość. „Czekam”. Dostała raport. Czyli jeszcze jest w NY.
Co za idiotyczna sytuacja. Już pomijając fakt, że to się przydarza jej, że nagle kumulacja zainteresowania po latach posuchy i jeden z fajniejszych kandydatów zostaje przypadkowo wyeliminowany, to kto do cholery chciałby skrzywdzić Chrisa? Dlaczego jego? Co sim stało? I jeśli to nie był napad rabunkowy to co? Nie odpowiedział jakiemuś pijanemu czy naćpanemu kolesiowi na pytanie o godzinę? Albo odpowiedział nie po niemiecku? Zastąpił komuś drogę?
Te pytania ją zabijały. Podejrzewała, że w którymś momencie pewnie będzie musiała odpowiedzieć na kilka pytań policji, jak będzie wiadomo, ze spędziła z Nim tamten wieczór. Ale przecież nie powie im nic znaczącego.
  • Boże Ty widzisz i nie grzmisz? - zawołała na głos wznosząc wzrok do nieba. - To bez sensu, tylko pobudzę sąsiadów.
Nalała sobie cały kieliszek porto, przeniosła się na łóżko, wypiła połowę duszkiem i otworzyła magazyn. Liczyła, ze sen przyjdzie szybko. Bardzo tego potrzebowała.

piątek, 13 września 2013

11.
Rano naprawdę nie miała ochoty wstawać. Oczy jej się kleiły z niewyspania i poduszka działała na głowę jak magnes. Miała gonitwę niesprecyzowanych myśli i nawet nie podejmowała próby ich usystematyzowania. A do tego wszystkiego była masakrycznie niewyspana. Czekał ją dzień częściowo na uczelni, częściowo w pracy. Na myśl tak o jednym jak i o drugim nakryła się kołdrą, przewróciła na drugi bok i wyszeptała „jeszcze dwa minutki...”
Niestety budzik w komórce był nieubłagany a że przezornie położyła telefon na parapecie, musiała wstać by go wyłączyć. Ogarnęła wzrokiem pokój i choć wcale jej się nie podobało to, co zobaczyła, a były to rozrzucone ubrania, jej buty, torba, której zawartość wysypała się na podłogę, to machnęła na to wszystko ręką i poszła do kuchni nastawić wodę na kawę. Następnie skierowała się do łazienki pod ciepły prysznic, który zmywał z niej powolnie acz konsekwentnie sen budząc delikatnie. Spojrzała na odbicie w lustrze.
  • Dzisiaj to Ty raczej nikogo byś nie uwiodła.
Obraz nie był zachęcający. Podkrążone oczy, blada cera i pryszcz na brodzie, któremu się przyjrzała. To jednak była opryszczka w fazie wzrostu.
  • Świetnie... królowa piękności normalnie – sięgnęła do szafki po maść z antybiotykiem.
Sporym wyzwaniem okazało się skompletowanie garderoby na wilgotny, na co wskazywały smugi wody na szybach, dzień. Jednak wygrała walkę z zawartością szafy, odniosła także sukces w starciu z torbą, zgarniając jej zawartość nogą do środka. Drugą noga odkopała swoje porozrzucane ciuchy w okolice łóżka i przeniosła się do kuchni. Posłała niechętne spojrzenie laptopowi i na myśl, by sprawdzić maile otrząsnęła się. Zerknęła na zegarek i wzięła głęboki oddech.
  • Chyba muszę coś po drodze kupić. Kawę robię na wynos – zakomunikowała na głos sama do siebie – jeszcze tylko komórka i była gotowa do wyjścia. Zamknęła drzwi sprawdzając dwa razy. Działała automatycznie i miała wrażenie, że jej pamięć krótkotrwała nie działa.
    Na ulicy przeszył ja chłód i szybko zapięła kurtkę i założyła czapkę. Chwilę się gimnastykowała z rękawiczkami ale odniosła sukces i dumna z siebie podążyła w kierunku stacji metra.
    Filip czekał na nie przed salą.
  • O rany wybacz, notatki z wczoraj..nie wiem czy mam...
  • Spoko, nie pali się. - uśmiechnął się do Niej uroczo. Miała okazję, po raz kolejny zresztą, podziwiać dwa równe rzędy modelowych, niemal hollywoodzkich białych zębów – jak się masz?
  • Trochę jestem niewyspana... i zdezorganizowana... - zdjęła kurtkę dając mu uprzednio do potrzymania kubek z resztką kawy – ale zaraz się doprowadzę do porządku. Jesteśmy spóźnieni?
  • Nie, spokojnie. Pojechała po drugi projektor bo ten nie chciał działać. Choć do środka – otworzył drzwi i przepuścił ją przed sobą tak się ustawiając, by się delikatnie musiała o Niego otrzeć.- Tam są dwa miejsca, zająłem – pokazał gestem część sali, z której był dobry widok na ścianę, na której wyświetlano prezentację a jednocześnie samym będąc nieco poza wzrokiem prowadzącego.
  • Jesteś genialny w wyborze miejsc. - poklepała go po ramieniu – będę mogła się zdrzemnąć. Tylko jakbym chrapała to mnie obudź.
  • Jesteś niewyspana? - spojrzał czujnie
  • Odrobinę..- zakryła ręką usta próbując ukryć ziewnięcie
  • Randka się zakończyła śniadaniem? Znaczy nad ranem? - zapytał z przekąsem
  • Niee.... to nie tak... zresztą nieważne, za długo by opowiadać. I nie warto. Zresztą, nie wiem sama. Jak odeśpię i złapie do tego dystans to może.
  • No to spij – nie drążył tylko usiadł – jakby coś to się oprzyj.
Wykład, zgodnie z zamierzeniami zresztą przespała. Kolejny także. W zasadzie trudno to było nazwać snem bo było to takie drzemanie jak u królika pod miedzą. W głowie panowało tornado i sama nie bardzo wiedziała jak w ogóle była w stanie się wyłączyć i zdrzemnąć. Ale od Filipa emanowało ciepło i spokój zatem bez większych oporów skorzystała z jego propozycji i wsparła się na jego szerokich plecach.
  • Może nie powinnaś iść do pracy? - spojrzał na Nią, kiedy wychodzili z sali spojrzeniem bardziej ojcowskim – nie wyglądasz najlepiej.
  • Nie no muszę. Nie mogę ich zostawić na lodzie godzinę przed zmianą. - przeciągnęła się – zresztą dam jakoś radę. Dziś tylko 4 godziny.
  • Odprowadzę Cię.
  • Spoko. Nie ma takiej potrzeby.
  • Ale ja się będę czuł spokojniejszy. Jesteś moja przyjaciółka i nie chcę, żebyś np. przespała stacje i się spóźniła. - uśmiechnął się i puścił oczko – zresztą i tak nie mam zbyt wiele dziś do roboty.
  • No dobra. Tylko musisz mnie w takim układzie zabawiać rozmową.
  • Rozmowa z Tobą to przyjemność.
Miała ochotę na jakąś cięta ripostę ale jej szare komórki nie działały więc tylko się do Niego uśmiechnęła i pozwoliła mu wziąć swoja torbę. Całkiem jak w podstawówce. Kiedy chłopak adorował dziewczynę brał jej torbę i ją odprowadzał. Filip był jednak nie z tych czasów.
Podczas drogi do knajpy niewiele ze sobą rozmawiali. Ona nie miała siły a On tez był jakiś zamyślony. Odstawił ją pod same drzwi, spytał kontrolnie czy na pewno da radę te cztery godziny i oddał się. Chwilę stała i patrzyła na jego sylwetkę. Wgapiała wzrok w plecy trochę bezmyślnie. Potem zsunęła nieco niżej i pomyślała odruchowo, że chyba ma ładny tyłek, skoro dużo sportu uprawia. No i pewnie zgrabne, długie nogi. Taka wycieczka w świat fantazji sprawiła, ze sama się z siebie zaśmiała i weszła do knajpy.
W środku jak zwykle panował lekki chaos. Susanna rozmawiała przez telefon i przywitała ja skinieniem głowy. Alfie jak zwykle mruczał coś pod nosem na zapleczy mieszając czekoladę dla dziecka pary jedzącej deser. Modliła się w duchu, żeby był ruch to wtedy nie będzie musiała z nikim rozmawiać. Po mniej więcej godzinie pojawił się Mark. Nie było innych klientów więc poprosił ja na chwilę.
  • Hej. Wszystko w porządku? - zaprosił gestem by usiadła na krześle obok
  • Tak, czemu pytasz?
  • Martwiłem się. Nie odbierasz, nie odpowiedziałaś na żadną wiadomość.
„Faktycznie. Telefonu nie sprawdzała od, właśnie, od kiedy? Od wczorajszego wieczoru chyba. A może i wcześniej.”
  • Poza tym wybacz, ale nie wyglądasz najlepiej. Jesteś chora?
  • Nie, źle spałam. A telefon przepraszam, jakoś o nim zapomniałam. Nie mam nawyku sprawdzana. Przepraszam, ze nie odpisałam. Miałam zamiar ale jakoś mi uciekło.
„Cholera dziewczyno po co się tłumaczysz” skarciła sama siebie w myślach, „ w końcu to nie jego sprawa. Co mu się wydaje, ze jedno zaproszenie na coś w stylu randki zobowiązuje ją do czegokolwiek?”
  • Pomyślałem, że Cię obraziłem. Że się na mnie obraziłaś. Przepraszam Cie za przedwczoraj, na prawdę nie wiem, co we mnie wstąpiło. Bardzo mi głupio.
  • Nie ma sprawy. Tylko następnym razem trochę powściągnij emocje – pokazała Mu siniaka, który stał się wyraźniejszy – bo pójdę na obdukcję – zaśmiała się opuszczając rękaw.
  • Posłuchaj – zaciął się i coś międlił w myślach – może – w tym momencie jak na zawołanie otworzyły się drzwi i do środka weszła spora grupka młodych ludzi.
  • Mark przepraszam, ale chyba muszę wracać do pracy – postanowiła zignorować rozpoczęte przez niego zdanie – zaraz Alfi będzie marudził.
Wstała od stołu, posłała lekki uśmiech i wróciła na zaplecze. Na prawdę nie miała ochoty na jego zaloty. Nie to, że w ogóle. Bo prawdopodobnie nie dostarczył by jej przez kilka miesięcy tyle atrakcji, ile miała przez ostatnie dwa wieczory, ale nie czuła się na siłach teraz z Nim pertraktować i odmawiać, co by z pewnością uczyniła.
Zgodnie z oczekiwaniami młodzież czy raczej studenci zrobili sporo zamieszania. Mark przed wyjściem wetknął głowę na zaplecze i spytał, czy może ja odprowadzić po pracy do domu ale pomachała przecząco głową. Wycofał się a ona mogła się zając sałatkami.
Cztery godziny minęły szybko i szczęśliwa zebrała się do wyjścia. Przed lokalem stał Filip.
  • Co Ty tu robisz?
  • Mówiłem, że nie mam dziś nic specjalnego do roboty.
  • No ale skąd wiedziałeś, o której kończę? Bo chyba nie sterczysz tu od czterech godzin?
  • Nie. Ale może pamiętasz, że wspomniałaś, ze dziś pracujesz cztery godziny właśnie. Postanowiłem Cię odtransportować bezpiecznie do domu.
  • Fiiiluś...
  • Nie Filusiuj mi tu. Daj torbę...
  • Ale jeszcze muszę zakupy zrobić.
  • To Ci pomogę. Widzisz, przydam się jak znalazł. Będziesz mogła zrobić większe zakupy bo przytacham Ci wszystko pod drzwi. A nawet, jeśli pozwolisz, za nie wstawię.
  • Ty wariat jesteś. Ale Ci dziękuję. Dobrze wiedzieć, że na kogoś mogę liczyć.
  • Na mnie zawsze i o każdej porze – powiedział do Niej z uśmiechem – Kochanie – dodał w myślach.

środa, 4 września 2013

10.
  • Być może- pochylił się, jakby chciał ja pocałować, ale przesunął usta nieco dalej i wyszeptał – ale z pewnością ktoś nas obserwuje i to nie jest wytwór mojej wyobraźni.
  • Gdzie – szarpnęła się – jak?... skąd... - chciała się odwrócić ale objął ja mocno.
  • Nie szarp się. Nie puszczę Cię a on czy ona jest za daleko, żeby sprawdzić, kto to – głaskał ją po plecach żeby się uspokoiła – nawet jeśli bym spróbował dobiec może zdążyć uciec i wmiesza się w ludzi na placu, zniknie w którejś knajpie czy bramie.
Weronice w głowie galopowały myśli. Kiedy Chris wczoraj mówił, że ktoś ich obserwuje, wzięła to za fantazję faceta, który próbuje czymś zaimponować. Ale teraz... Jeśli to był przypadek, to było co najmniej dziwne. A jeśli panowie jednak rozmawiali? I się umówili? Ale w sprawie potencjalnego podglądacza? Nie... to nie możliwe... zatem kto to u licha może być? Kto ich obserwuje?
  • To pewnie jakaś Twoja narwana fanka. Mam tylko nadzieję, ze mi nie obleje twarzy kwasem i nie zacznie w paczkach zdechłych szczurów w płatkach róż.
  • Hm... nic mi nie wiadomo o takich fankach.
  • Może po prostu Twoje dziewczyny czy Kochanki nie dzieliły się z Tobą tą informacją. Albo już nie mogły.
  • O ile wiem, wszystkie żyją i maja się dobrze.
  • O!? Prowadzisz ewidencję i robisz aktualizacje? Pewnie masz całe setki stron notatek... - popatrzyła na niego zaczepnie. W odpowiedzi uśmiechnął się tylko.
  • Obawiam się, że nigdy nie zgadniesz, ile miałem kobiet.
  • A sądzisz, ze mnie to serio interesuje?!
  • Jasne. I chciałabyś się przekonać, co jest we mnie takiego, ze ich setki..ba! Tysiące na mnie lecą..
  • Ty Narcyzie! Serio uważasz, że cały świat się kreci wokół Ciebie?
  • Cały nie.... niewiele ponad 50%... bo kobiet jest więcej.
    Roześmiała się na głos.
  • Matko, jaki z Ciebie palant...
  • Ale całkiem atrakcyjny.
  • Tak uważasz?
  • Gdyby było inaczej dawno byś poszła a nie stała i wysłuchiwała tego, co uważasz za brednie licząc jednak po cichu na zaliczenie się do grona kobiet, które ze mną spały. Znaczy technicznie nie spały – poprawił się – tylko uprawiały seks. Sypiać zasadniczo wole sam.
  • Robisz wyjątki?
  • Rzadko.
Nastała cisza. Dosyć niespodziewanie każdemu z nich zabrakło słów. Weronikę bawiła jego poza bo była pewna, że to poza. Tym bardziej kiedy sobie zestawiła jego gadanie z tym, co jej poprzedniego dnia powiedział Chris. Nabierała przekonania, że Adam jest wrażliwym facetem, może próbuje coś komuś udowodnić...w sumie nieważne. Na prawdę ją bawił a przepychanki słowne jej się podobały. Mobilizowały jej mózg do szybkich i ciętych ripost. A to też jej się podobało. Po zajęciach na uniwersytecie, które też angażowały jej mózg, ale w zupełnie innym wymiarze i pracy w knajpie, która w ogóle nie angażowała umysłu uznała to dobry omen i mimo wszystko postanowiła wyciągnąć z tego spotkania, ile się da. Nie uważała się za dziwkę, nie sypiała z przypadkowymi kolesiami a do łóżka szła nie wcześniej niż na 7 randce ale tym razem miała przemożną ochotę iść na całość. Wiedziała, że tego chce. I wiedziała, że On wie, że Ona chce. Adam jakby odczytując jej myśli wziął delikatnie jej dłoń i przysunął do swojej tworzy. Lekko podciągnął rękaw i dotknął wargami wewnętrznej strony nadgarstka. Przesunął usta kilka milimetrów wyżej i ponowił pieszczotę. Potem czubkiem języka zjechał w kierunku dłoni.
  • Słuchaj... możemy tak tu stać i marznąć, narażając się na głodny i zły lub zazdrosny raczej wzrok osoby ukrytej kilkadziesiąt metrów stad, albo... - ponowił pieszczotę przerwana na okoliczność wypowiedzi
  • Albo? - Weronika już się zdecydowała. Miała tylko nadzieję, że On się nie rozmyśli. A jeśli, to spróbuje Go zaciągnąć do siebie...
  • Albo udać się do hotelu na szybki numerek...
  • U Ciebie tylko szybkie wchodzą w grę?
  • Zasadniczo nie. Ale jest północ a o 4 rano mam samolot czyli na lotnisku muszę być najpóźniej o 3 a jestem niespakowany...
  • Matko gadasz jak baba...I może przeniesiemy ta niezwykle interesująca werbalną grę wstępną do hotelu, bo mi zimno – na potwierdzenie tych słów przeszedł ja dreszcz. Co prawda nie tyle z zimna ile z emocji,ale On tego nie musiał wiedzieć.
Tym razem zaśmiał się On i zrobił to szczerze. Dobrze się czuł w towarzystwie tej dziewczyny. Bardzo mu się podobało, że nie czerwieni się i nie zawstydza, tylko odparowuje jego bezczelne uwagi wprost, choć widział, że to nie leży w jej naturze. Ale podjęła walkę i mu to zaimponowało. Bał się, że to będzie jakaś rozlazła panna, która po pierwszym niewybrednym żarcie wyleje na niego wino i wybiegnie z restauracji. Co prawda sytuację nieco komplikował fakt, że widziała się wczoraj z Chrisem, ale skoro twierdziła, ze się z Nim nie przespała, a nie miał powodu by jej nie wierzyć, znał w końcu tez i swojego kumpla, zatem drogę miał otwartą. No i nie zamierzał z niej rezygnować. Dawno z żadną kobietą nie czuł się tak... właśnie, jak się czuł? Komfortowo. Tak, to dobre słowo. Co prawda trochę udawał i przerysowywał swoje zachowanie, ale Ona wiedziała, że On gra. Podjęła pałeczkę i odbijała te piłki. Było ciekawie. Tak. Postanowił zaryzykować.
  • Chodź. Idziemy. - wziął ja za rękę i pociągnął za sobą
  • Dokąd?
  • Kontynuować grę wstępną w wyższej temperaturze. Mój hotel jest jakieś 100 metrów stąd.
Wzięła Go pod rękę, bo naprawdę zaczęło jej być zimno. W odpowiedzi objął ją. Po kilku metrach zatrzymała Go i delikatnie pocałowała. Pogładził jej twarz i się uśmiechnął. Poszli dalej w ciszy, przytuleni. Przed samym hotele nieco rozluźnili uścisk i weszli do foyer trzymając się za ręce. Przy recepcji stało dwóch najwyraźniej zdenerwowanych mężczyzn w garniturach a obsługa chyba próbowała rozwiązać ich problem. Poza nimi nikogo nie było. Prześliznęli się zatem w miarę niezauważeni do windy. Stanęli naprzeciwko siebie. Kiedy jej drzwi się zasunęły ich oczy spotkały się. Weronika przypuszczała, że On wykona za chwilę jakiś nieprzyzwoity gest, coś na potwierdzenie opinii, jaką miał choćby w brukowcach. Nic takiego nie nastąpiło. Na przeciwko niej stał facet, bardzo przystojny zresztą, którego oczy płonęły wręcz pożądaniem. Facet o rysach regularnych, nieco ostrych lecz przez to męskich, samczych,jakby pewnie sam o sobie powiedział. Facet o symetrycznej twarzy z lekkim zarostem, ładnym kształcie uszu o pełnych i mięsistych płatkach, które tak bardzo lubiła. O oczach nieokreślonego koloru, który gdyby dotyczył kota mógłby być określony, jako bury. Tan facet pożerał ją wzrokiem co jej się bardzo podobało.
Winda stanęła na 7 piętrze i przeszli do pokoju. Ciekawa była, czy lider takiej grupy jedzie po bandzie i bierze jakiś super wypasiony apartament, czy zwykły pokój. Kiedy otworzył drzwi jej oczom ukazało się wnętrze będące kompromisem pomiędzy opcjami, które brała pod uwagę. Nie miała jednak czasu rozejrzeć się dokładnie. Kiedy tylko drzwi się zamknęły przywarł do niej wpijając się w jej usta i przyciskając do ściany całym sobą. Dłonie oparł po obu stronach jej twarzy jakby jeszcze się wahając lub dając sobie chwile czasu na ruch, po którym już nie będzie odwrotu. Poddając się jego pieszczotom zaczęła jednocześnie rozpinać jego płaszcz. Potraktował to jako ostateczne przyzwolenie. Tak jej jak i jego okrycie wierzchnie dosyć szybko wylądowały na podłodze a jego dłonie pod jej pośladkami, nadal zresztą w spodniach. Podniósł ją, nie przestając całować i pozwolił opleść się nogami. Zanurzyła dłonie w jego włosach. Chwilę tak stali, a kiedy skierował kroki w kierunku sypialni, najwidoczniej nie mógł się zdecydować między rozłożystym małżeńskim łożem a chyba także wygodną kanapą w salonie, rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Adam zdawał się to ignorować, ale pukający nie ustawał. Weronika odsunęła twarz.
  • Może powinieneś sprawdzić, kto to?
  • Pewnie jakiś pijak zabłądził....
  • W takim hotelu?
Pukanie było nieustające i natarczywe, choć nie bardzo głośne. Po chwili dołączył do Niego głos.
  • Adam...Adam, otwórz...Adam wiem, że tam jesteś.
Wzywany opuścił głowę na piersi, zamknął oczy i westchnął.
  • Jednak nie pijak – powiedziała Werka z przekąsem
  • Niestety nie - pocałował ja w usta i postawił na podłodze. Jeszcze chwile stał obejmując ją, po czym w końcu rozluźnił dłonie, przejechał prawa po włosach, twarzy i brodzie, potrząsnął głową i mrucząc „nie wierzę” skierował się do drzwi. Niechętnie je otworzył. Nie musiał pytać, kto zacz bo poznał głos.
  • Czatowałeś pod drzwiami czekając na mój powrót?
  • Tak jakby – Matt wszedł do pokoju z impetem ale widok Weroniki trochę go przystopował – kuźwa, sory stary..
  • Jak widzisz to nie jest najlepszy możliwy...
  • Wiem, widzę, sory stary – Matt mu przerwał – ale mamy problem.
  • Jaki problem.. - Adam westchnął co świadczyło o tym, że niespecjalnie serio traktuje słowa przyjaciela.
  • Nie odbierasz telefonu to nie wiesz.
  • Oświeć mnie zatem...
  • Chris jest w szpitalu.

piątek, 30 sierpnia 2013

9.

  • Nie to nie, nalegała nie będę – pogładziła się nieelegancko po brzuchu. Przestało jej zależeć na tym, co sobie pomyśli. Spojrzała w kierunku okna. Ulica tonęła w ciemności, jakby zgasły wszystkie światła. - dziwnie ciemno za oknem nie uważasz?
  • Faktycznie – podążył za jej wzrokiem – może im zasilanie siadło.
  • Ale u nas jasno.. dziwne...
Jakby w odpowiedzi na jej słowa za oknem rozbłysły lampy.
  • I tajemniczy nastrój zniknął. - popatrzyła na swojego partnera – na mnie chyba pora.
  • No tak... najadłaś się, napiłaś i teraz znikasz.
  • Jakoś niespecjalnie mnie zachęcałeś, bym została. Chyba będzie łatwiej, jak każde z nas wróci do siebie i jak najprędzej zapomni o tym niefortunnym wieczorze.
  • Niefortunnym? Wcale tak nie uważam.
  • Czyżby? Przecież przed chwila powiedziałeś, ze miałeś inny scenariusz?
  • Co nie znaczy, że to co się wydarzyło mnie rozczarowało albo zniechęciło. Jesteś zołza. Osa. Tniesz i tryskasz jadem. Rozmowa z Tobą to szermierka a jeden nieostrożny ruch i krew się leje strumieniem. Ale się nie nudziłem. Wiesz co – pochylił się ku niej – chodźmy się przejść nim Cię odstawię do domu. Dobrze nam to zrobi na trawienie i pogadamy.
  • No to chodźmy.
Wyszli z lokalu. Weronika spojrzała do góry. Niebo było czyste i po chwili skupiania wzroku dojrzała na nim gwiazdy.
  • Często tak głowę zadzierasz?
  • Lubię patrzeć w gwiazdy. Takie odległe i niezbadane. Cała tajemnica naszego istnienia się w nich kryje, cały nasz początek i koniec...
Musiała zamilknąć bo ni stąd ni zowąd zamknął jej usta pocałunkiem. Poczuła ciepłe i słodkie wargi, jak powoli obejmowały jej usta. Lekko napierały, ale nie zuchwale tylko jakby nieśmiało prosząc o więcej. Zaskoczona odwzajemniła pocałunek choć otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Kiedy Adam się od niej odsunął chwilę stali w milczeniu i patrzyli na siebie. Ona była zaskoczona, On wydawał się spokojny.
  • A to co było? - zaczęła – jakaś zabawa? Konkurujesz z Chrisem? Do łóżka chcesz mnie zaciągnąć? Czy o co Ci chodzi?
  • Czy możemy nie mieszać do tego Twoich innych randek? Nie interesuje mnie co robiłaś z moim kumplem albo z innymi kolesiami.
  • Jasne.... - mruknęła pod nosem ale chyba nie usłyszał.
  • Posłuchaj, ok. Chętnie bym się z Tobą przespał ale nie o to chodziło. Podobasz mi się ot tak po prostu. Nieważne jest nic więcej. Nie jest to żadne współzawodnictwo z nikim innym. Gdybym nie wiedział, że wczoraj się z nim widziałaś zachowałbym się dokładnie tak samo. No może pocałowałbym Cię w trakcie kolacji.... jesteś jędza, nie dasz się ustawić, nie siedzisz cicho jak mysz i odparowujesz ciosy aż boli i to mnie kręci. Jak cholera. Taki jakiś masochista jestem. Może dlatego że dziewczyny się do mnie kleją i za mną biegają a ja wolę zawalczyć. I im trudniej tym lepiej. Chyba nie powinienem Ci tego mówić no ale trudno, tak jest. Masz teraz instrukcję obsługi. Im bardziej niedostępna będziesz tym bardziej będę twój.
Weronika patrzyła na niego zastanawiając się, ile z tego co mówi jest prawdą. Taka szczerość i wylewność na pierwszej randce? To bzdura jakaś. Zbyt grubymi nićmi szyte.
  • Wiesz co... jakoś Ci nie wierzę. Nie wiem, po co to mówisz ale jeśli byś tak myślał rzeczywiście to raczej byś tego nie zdradził. To mi daje władzę i narzędzie do ręki. Mam Tobą sterować? To bez sensu....
Odwróciła się na pięcie i zaczęła iść w kierunku metra. Po kilku krokach ją dogonił ale nie próbował zatrzymać tylko szedł w milczeniu obok.
  • No dobra o co Ci chodzi? - stanęła i odwróciła się do Niego. Musiała śmiesznie wyglądać z wyciągniętą zaczepnie do przodu szyją, całym korpusem w pozycji przypominającej skoczka narciarskiego i odsuniętymi do tyłu rękoma.
  • O co mi chodzi? - przysunął się do niej, mocno objął w pasie, by nie miała wątpliwości, kto tu rządzi i przysunął się blisko – posłuchaj dziewczynko uważnie, bo powiem to tylko raz i nie będę się powtarzał. Mam na Ciebie ochotę – przysunął twarz bliżej – tak, taki apetyt...jak patrzyłem jak te wszystkie smaczne rzeczy nikną w Twoich namiętnych ustach – zaczęła czuć jego ciepły oddech na policzkach – to pomyślałem, że chciałbym być takim...eklerkiem – teraz już widziała każdy jeden włosek jego zarostu i zaczęły się pod nią uginać nogi. Zrobiło się jej ciepło i poczuła ogarniająca ja niemoc – i dotykać Twoich warg od środka co noc – musnął wargami jej policzek – albo częściej – dotknął wargami jej warg.
Weronika miała wrażenie, że grunt się jej usuwa spod nóg i zaraz odpłynie. Wystarczyłoby, żeby ją teraz pociągnął za rękę do hotelu... jej silna wola prawdopodobnie zostałaby pod tą witryną sklepową, gdzie eksponowano jakąś biżuterię w trupie czaszki, co zauważyła resztką świadomości.
  • Ale nie zrobię tego dziś. Nie chcę robić nic na siłę i wbrew Tobie – odsunął ją od siebie stanowczym ruchem – bo chcę, żebyś mnie pragnęła.
Weronika potrząsnęła głowa z niedowierzaniem, jakby budziła się ze snu.
  • Koleś.... co Ty wziąłeś i się nie podzieliłeś? Zawsze tak masz, że się bawisz uczuciami? - już nie wiedziała czy się złościć czy śmiać. Chyba łatwiej by było wziąć wszystko na żart.
  • Nie oceniaj mnie tak surowo. Żarty żartami... uważam, że doskonale do siebie pasujemy.
  • Ty mi proponujesz jakiś związek czy coś?
  • To lekka nadinterpretacja ale chętnie bym zrezygnował z sypiania z innymi laskami na rzeczy sypiania tylko z Tobą.
  • Boże! Jakim Ty jesteś żałosnym dupkiem!
  • Na którego lecisz...
  • Może trochę...
  • A widzisz!
  • Nie pochlebiaj sobie. Jesteś dupkiem, zabawnym to fakt– zastanowiła się przez chwile, czy nie posuwa się za daleko, nie pozwala mu na zbyt wiele, czy On jej nie obraża. Ale, w sumie, jakie to miało znaczenie? Nie wychodzi za niego za mąż a przynajmniej jej pracują szare komórki – ale dupkiem.
  • I chętnie byś się ze mną przespała.
  • Nawet jeśli to co z tego wynika?
  • To, że mam rację.
  • Ok, załóżmy, że masz rację. Może tym razem mi zdradzisz scenariusz, bym mogła wejść w rolę?
  • Nie ma scenariusza – podrapał się ręką po brodzie – słuchaj nie wiem, o co chodzi, ale jakoś nie umiem przy Tobie udawać czy być nie szczery. Jestem kiepskim materiałem na faceta. Jestem muzykiem. Latam po świecie, śpię w hotelach, mam masę fanek i groupies, które za mną jeżdżą, ii – zawiesił się na chwile – i nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, co potrafią zrobić. Co nie oznacza, że korzystam. - zobaczył jej drwiące spojrzenie – No tak. Po tym, co Ci mówiłem nie masz podstaw, by mi wierzyć. Ale nie rucham wszystkiego, co się rusza. To że Ci zaproponowałem seks to dlatego, że mnie pociągasz jak mało kto. Pewnie dlatego, ze masz silny charakter. Nie jestem Ci w stanie zaproponować stabilnego związku. Mogę Ci zaproponować w miarę regularny seks, jak będę tutaj. Albo jak Ty przylecisz do mnie, co sfinansuję. Nie chcę Ci proponować nic więcej, bo nie wiem, czy potrafię. Ale bardzo bym chciał z Tobą być blisko. Nie tylko ciałem.
  • Uff.... to duża dawka sprzecznych ze sobą informacji. Z jednej strony seks z drugiej bliskość nie tylko ciałem.... przeczysz sam sobie.
  • To nie tak. Proponuję Ci to, czego jestem pewien. Nie jestem Ci w stanie obiecać czegoś, czego nie umiem przewidzieć, zagwarantować. Daję Ci tyle, ile mogę Ci dać – zrobił krok do tyłu i rozłożył ręce – daję Ci swoje ciało. Rób z nim, co chcesz. - skłonił głowę i zamknął oczy.
  • Myślałam, że Ty muzykiem jesteś a nie aktorem...komikiem raczej – skrzyżowała ręce na piersi – przecież Ciebie nie można traktować na serio.
  • A chcesz zobaczyć moje tatuaże? - przysunął się do niej z powrotem i objął dłońmi jej twarz.
  • Masz nierówno pod sufitem – roześmiała się

niedziela, 25 sierpnia 2013

8.
  • To jest jakiś żart – nadal stała niemal bez ruchu a ręka wyciągnięta na powitanie Adama zwisała w przestrzeni wypuszczona przez jego uścisk jak zapomniany latawiec.
  • Może wejdziemy do środka? Trochę wieje.
  • Możesz mi to wytłumaczyć? - nie ustępowała patrząc mu prosto w oczy. W oczy koloru.. właśnie, jakiego?
  • A mogę w środku? - otworzył drzwi a Ona z pewnym oporem weszła do środka. Kelnerka wyglądała, jakby go znała bardzo dobrze, wymienili jakieś grzeczności i poprowadziła ich do stolika.
Weronika usiadła. Postanowiła nadał utrzymywać pozę naburmuszonej ale w środku dosłownie zżerała ją ciekawość. Kelnerka podała karty. On przejrzał swoja pobieżnie, odłożył na bok, oparł łokcie na stole, podparł brodę dłońmi i patrzył na Nią z lekko drwiącym uśmiechem.
  • Co Cię tak bawi?
  • Ty.
  • Ja!?
  • Tak. Udajesz naburmuszoną ale ciekawość aż Cię rozsadza od środka i uznajesz to za niebywale ekscytujące.
  • Próbujesz mnie obrazić czy być zabawny?
  • Pudło. Stwierdzam fakt.
  • Dobra, starczy tych gierek. Zaplanowałeś to? -skrzyżowała ramiona i oparła się o krzesło lekko powiększając dystans do swego rozmówcy.
  • Niby jak!? Dziewczyno! Co Ty myślisz że ja jakiś..no nie wiem, James Bond jestem?
  • Chcesz powiedzieć, ze to przypadek?
  • Co Ty pod jakąś gwiazdą teorii spiskowej się urodziłaś? Jasne, że tak! - opuścił dłonie i klepnął się nimi w uda – jak niby miałbym to zorganizować? Gadałem z Tobą na tym portalu...
  • Miałeś być zajęty po południu a tymczasem bawiłeś się z kolegami w knajpie, w której pracuję...
  • O czym nie wiedziałem bo mi nie podałaś takiej informacji. A z kumplami, kolegami z zespołu, jak już zapewne wiesz od mojego kumpla-kolegi z zespołu Chrisa, bowiem spędziłaś z Nim ostatnią noc, była to kolacja biznesowa, ustalona wcześniej! Miejsce wybrane tak, by nikt nam nie przeszkadzał!
W Weronice zawrzało... Co ten pajac insynuuje? Albo co mu Chris nagadał?
  • Nie spędziłam nocy z Twoim kumplem, jeśli już chcesz wiedzieć... - nie dokończyła bo pojawiła się kelnerka. Adam chciał ją odesłać gestem ale Weronika zdecydowała się na zamówienie – jestem głodna. Poproszę na przystawkę koktajl z krewetek, później zupę krem z truflami... macie Kraby? Świetnie, zatem poproszę a na deser krem brulee. Ty nic nie zamawiasz? - złożyła kartę z trzaskiem wiedząc,że pozycje, które wybrała do najtańszych nie należą. Popatrzył na Nią.
  • Razy dwa – oddał swoja kartę kelnerce. Do tego dwa esspresso na koniec, dla mnie teraz zielona herbatę..aa... dla Pani też. Dziękujemy.
Kelnerka odeszła.
  • Sporo jesz...
  • Jeszcze nie zaczęłam, mam..zresztą nieważne – wzięła głęboki oddech – nie spałam z Chrisem, choć nie sądzę, by to Cię powinno interesować. Do domu wróciłam sama.
Adam patrzył na Nią zmrużonymi oczami nieokreślonego koloru. Trochę nieelegancko wyciągnął się na krześle, wysuwając swoje szczupłe nogi obute w niebieskie tenisówki ze sznurówkami w kolorze ultramaryny.
  • Zatem musiał sobie coś później poderwać bo do tej pory Go nie widziałem. Może coś z Tobą dziewczyno jest nie tak, skoro mu nie wystarczyłaś..- uśmiechnął się zaczepnie pokazując przy tum kły jak wilk. To było okropne, ale tym swoim nieokrzesanym sposobem bycia wzbudzał w Niej odrazę przemieszana z dziwnym pożądaniem. Zawsze lubiła niegrzecznych chłopców ale nie zdawała sobie sprawy, że pozwoli tak sobą pomiatać.
  • Ty nie powinieneś się leczyć?
  • Na co niby?
  • Na chamskość chociażby.
  • Nie wiedziałem, że jest takie słowo i taka jednostka chorobowa.
  • Jest. Jesteś pierwszym przypadkiem.
Kelnerka postawiła przed nimi koktajle i zieloną herbatę.
  • Smacznego moja droga....
  • Droga to będzie kolacja...
  • Spokojnie, moja karta zniesie więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.
  • Uważaj wyobraźnie mam bujną.
  • Tak? Zatem gdzie mam węża?
  • Raczej nie w kieszeni. Ani w spodniach, bo byśmy nie siedzieli przy posiłku. Prawdopodobnie w głowie, mózg Ci wyżera...
  • To chyba Ci się pomyliło z kawałem o mózgojadzie...
  • Absolutnie nie. Zaadoptowałam do obecnej sytuacji i warunków. Dobre te krewetki – odsunęła pucharek.
  • Prawda, dawno nie jadłem tak smacznych. Masz jakieś tatuaże?
  • To ma jakieś znaczenie w kontekście krewetek?
  • Tak. Mam wytatuowana krewetkę.
  • Na pośladku w kolorach tęczy?
  • Skąd wiesz? - zabrał się do zupy, która się właśnie pojawiła – no to jak z tymi tatuażami?
  • Zasadniczo – spróbowała kremu i chwilę się nim delektowała budując napięcie – jeśli liczyć na sztuki, to są... - zatrzymała łyżkę i przymknęła oczy udając,że się skupia – to 10.
  • Żartujesz?! - zrobiła na nim wrażenie – jak to? Gdzie?
  • Cztery widzisz.
  • Nie rozumiem – wyglądało na to, że autentycznie nie ma pojęcia, o czym ona mówi.
  • Makijaż permanentny... dwie górne i dwie dolne kreski to cztery sztuki, które widzisz.
  • Eee..... - wyglądał na rozczarowanego
  • Jeśli nie masz tatuażu na swoim... narzędziu na przykład, to nie waż się tego oceniać. Powieki są tak wrażliwe,że płakałbyś z bólu...
  • I po co Ci to?
  • Jakbym wiedziała, że to tak boli to bym się w życiu nie zdecydowała...a jak już zaczęła robic to było trochę za późno.
  • A to nie dają jakiegoś, ja wiem, znieczulenia czy coś? - wyglądało, jakby był żywo zainteresowany tematem.
  • Dają, a jakże. Bez tego to bym się chyba dotknąć nie dała. Ale mam taki,nie wiem wysoki czy niski próg bólu w każdym razie miałam wrażenie, ze mi powieki żyletkami tną.
  • Ajj...-skulił się nieco w sobie – i po co Ci to?
  • Zawsze chciałam to sobie zrobiłam.
  • No dobra – skończył zupę i wytarł usta serwetką – a reszta?
  • A reszty nie zobaczysz.
  • Ej... nie bądź taka.
  • Jaka?
  • Twarda...
  • No... widzę postęp. Porzuciłeś sarkazm na rzecz trafnej i obiektywnej oceny sytuacji.
  • Przecież to nie jest nic złego. Dlatego się ze mną umówiłaś, ze zaintrygował Cie wulgarny, zaczepny koleś, który nieustępliwie i żartobliwie dążył do spotkania się z Tobą. Jakoś specjalnie długo się zresztą nie opierałaś...
  • Darmowe żarcie w cztero-gwiazdkowej knajpie... mogę przełknąć jeszcze kilka Twoich zaczepek tym bardziej, że chyba jest remis... - na stół wjechały Kraby. Weronika zabrała się za swojego z wprawą, która zaskoczyła jej towarzysza.
  • Łał, jestem pod wrażeniem.
  • Czego? Tego, że dotrzymuję Ci kroku?
  • W czym niby?
  • W pyskówkach, w argumentach, w jedzeniu – popatrzyła na jego postępy z krabem – a w przypadku tego skorupiaka chyba sobie radzę o niebo lepiej.
Nie skomentował, tylko się uśmiechnął. Nie wiedziała, co siedzi w jego głowie ale postanowiła się po prostu dobrze najeść za cudze pieniądze. Tym bardziej, ze śniadanie strawiła już w okolicach 10 i od tego czasu nie miała w ustach nic poza kolejną zakupiona na peronie metra kawą i żołądek zaczepiał się jej o kręgosłup. Takie miała przynajmniej wrażenie.
  • Ty sporo jesz
  • Powtarzasz się.
  • Lubisz ostry seks?
  • Tak – odpowiedziała szybko by pokryć zmieszanie. Skąd mu do licha to pytanie przyszło do głowy. Bezczelny typ.
  • Tak myślałem. Każde moje zdanie odparowujesz, jakby to była szermierka a nie randka.
  • Przynajmniej jej szybko nie zapomnisz.
  • Przeciwnie. Przesunę do lamusa natychmiast po opuszczeniu lokalu.
  • Tak? - zdziwiła się szczerze – czemu?
  • Nie lubię jak coś nie idzie po mojej myśli.
  • Zatem scenariusz był inny – odsunęła talerz z resztkami – opowiedz, jak to miało wyglądać.
  • Nie no co Ty, teraz to bez sensu. Skoro wszystko potoczyło się inaczej nie warto.
  • Dlaczego? Ciekawa jestem jaką mi role napisałeś. - mówiąc to połykała niemal wzrokiem deser
  • Na pewno inną, niż odegrałaś.
  • Pokorna miałam być? Oczarowana? No nie daj się prosić...
  • Może kiedyś

środa, 21 sierpnia 2013

7.
Weszła do domu ociągając się. Chciała trzasnąć drzwiami ze złości ale zrezygnowała bo zgubiła gdzieś po drodze argument, dlaczego miałaby to zrobić. Zamknęła je powoli za sobą i nie zdejmując nic ani nie zapalając światła powlokła się bezwiednie, noga za nogą do kuchni. Usiadła na oświetlonym blaskiem elektrycznego zegarka krzesła i zastygła. W zasadzie nie wiedziała, czy powinna się złościć, czy cieszyć. Facet okazał się dżentelmenem, których brak w owych czasach. Nie próbował jej zaciągnąć do łóżka a na taka propozycję była przygotowana. I może to ją złościło. Czyżby była dla Niego nieatrakcyjna? Chyba była rozczarowana tym, że nie nalegał. Miałaby okazję pokazać rogi i odmówić, jak to planowała. A tak.... zestawił ją z murka mocno obejmując, pociągnął za rękę do oddalonych o 20 metrów taksówek, dał kierowcy banknot, nie widziała jaki, poprosił zawieźć, gdzie Pani sobie zażyczy, przytulił ja na odchodne, pocałował w czoło i wsadził do auta zamykając dokładnie za Nią drzwi. Była tak zaskoczona, ze zabrakło jej słów i pozwoliła się prowadzić jak cielę. Kierowca pytał dwa razy nim wydukała z siebie adres. Nie wiedziała, co myśleć. A teraz siedziała po ciemku, w pełnym rynsztunku nadal nie zdecydowana, czy się cieszy czy jest zła, że tak się sprawy potoczyły. Wreszcie skupiła wzrok na zegarku. Było grubo po północy. Chwilę biła się z myślami, czy sprawdzić, co w świecie wirtualnym słychać ale odłożyła to na rano. Szybki prysznic i spać. Tak, to dobry pomysł a jutro na pewno jakoś się do tego ustosunkuje. Albo o sprawie zapomni. Bo On przecież nie zadzwoni. Co prawda wziął jej numer, ale... nie, pewnie nie zadzwoni, tak samo jak nie chciał się z Nią przespać i tym samym straciła wspaniałą okazję, by okazać mu siłę swojego charakteru. „No cóż, jego strata” - powiedziała do siebie na głos i skierowała się do łazienki.

Bzyczenie było natrętne i nie ustające. „Komar o tej porze roku?”. Powoli jednak zdawała sobie sprawę, w miarę uzyskiwania świadomości, że to nie komar a budzik, przypominacz w telefonie raczej. Chciała go schować pod poduszkę jednak kilka lat temu wyrobiła w sobie nawyk kładzenia go poza zasięgiem ręki, by musiała wstać w celu odebrania lub wyłączenia. Zaspanym wzrokiem spojrzała na wyświetlacz. Była 7 rano. Za godzinę powinna być w pracy, a była w totalnym proszku. Znowu przecież wychodzi na cały dzień, mało – znowu ma randkę wieczorem z tym wytatuowanym... Och... schowała głowę w dłoniach i skuliła się na łóżku... jeszcze dwie minutki...
Musiała się spiąć w sobie. Jedną ręką robiła jajecznice a drugą próbowała prasować. Wymyśliła sobie lniana koszulę z głębokim dekoltem a do tego ciemno szare dżinsy i takież trzewiki. Nie wiedziała, czemu tak ważne było, żeby dobrze ale swobodnie wyglądała. Chyba po wczorajszym wieczorze chciała czuć, że ma kontrolę. Gotowa wyszła z domu i sprawdziła telefon w drodze na stację. Dwie wiadomości. Uśmiechnęła się pod nosem. Otworzyła. Pierwsza od Marka. A to zaskoczenie... „Przepraszam za wczoraj, poniosło mnie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Mam nadzieję, ze Ci nie zrobiłem krzywdy i że mi wybaczysz i dasz się jednak gdzieś niedługo zaprosić. Bardzo mi zależy na Twojej... przyjaźni...”. Dziwne. Nigdy wcześniej nie dostała smsa od Marka. Otworzyła drugą i zmarszczyła brwi. Filip. A temu co? „Hejka. Będziesz dziś na zajęciach? mógłbym później przejrzeć notatki? Papa”. No tak, zatrzymała się w biegu. Ma dziś dwie godziny wykładów, o których zapomniała. Cudownie. Sprawdziła torbę – notatnik był na miejscu. „Jasne, że tak. Wszystko ok?” odpisała i schowała telefon. Dzisiejszy dzień zapowiadał się intensywnie. Postanowiła, że się spóźni nieco ale musi kupić sobie dużą, słodką kawę. Ta wypita w domu była niewystarczająca. Kiedy poczuła jej zapach, wróciły jak bumerang wspomnienia dnia wczorajszego i przeszedł ją dreszcz. Koleś nie napisał. Żadnego dobranoc. Żadnego całuję, było miło. Nie zadzwonił. Czyli jednak, nie była w jego typie. No cóż, trudno. Trzeba się otrząsnąć. Dziś kolejna randka. Z tym, wytatuowanym.... wężem czy jak mu.
    Kilka godzin w kawiarni minęły szybko. Ruch był umiarkowany, jednak na tyle absorbujący by nie wdawać się w żadne rozmowy z Susanną. Alfiego nie było i było to bardzo przyjemne zaskoczenie. Późniejszy wykład też minął jak z bicza strzelił i nieubłaganie zbliżała się godzina 17.30.
Przeszła jedną stację metra, by odetchnąć trochę i uspokoić emocje. Była ciekawa, jaki ten... wytatuowany jest. A jednocześnie cały czas nurtował ją Chris. Dlaczego się nie odezwał? Może Ona powinna? Potrząsnęła głową. Przecież nie może ciągle tym sobie zawracać głowy.
Była już blisko. Przed lokalem pod markizą stał, no właśnie... Stanęła jak słup soli i rozdziawiła buzię niczym małe dziecko... przed lokalem stał facet od niebieskich sznurówek.
  • Co Ty tu robisz? - wreszcie wykrztusiła
  • Też się cieszę, że Cię widzę. Adam jestem – wyciągnął rękę i czekał, aż poda mu swoją – znany także jako Tatoo79. Ale to tylko dla baardzo dobrych znajomych – mrugnął do niej okiem.

czwartek, 15 sierpnia 2013

6. Jemy - nie tyjemy
  • Sporo jesz... - powiedział Chris i tuż po tym, jak to zrobił zaczerwienił się – przepraszam, to nietakt z mojej strony... Kobiety się nie pyta o wiek, nie zwraca uwagi na ilość jedzenia i zawsze się jej mówi, że jest najpiękniejsza.
  • To ty kłamca jesteś znaczy się... - wytarła serwetką usta ukrywając przy okazji rozbawieniem.
  • Ja nigdy nie kłamię, czasem tylko przedstawiam którąś wersje prawdy – usiłował nie patrzeć na jej talerz dokładnie wyczyszczony z całej zawartości ale wzrok mu stale uciekał w jego kierunku.
  • Gdzieś słyszałam ten tekst...
  • Jack Nicholson. Chyba w „Lepiej późno niż później” ale głowy nie dam....
Bawiło ją jego zakłopotanie.
  • Mam chorą tarczycę. Mogę jeść dużo, jak facet ale to na mnie „nie wchodzi”. Przynajmniej na razie.
  • A to chyba poważna sprawa?
  • Szczerze? Znam poważniejsze...
  • Nie powinnaś tego leczyć.
  • Powinnam. Ale po jednych lekach miałam zawroty głowy, uderzenia gorąca i palpitacje serca takie, że mnie pogotowie dwa razy zabierało, po innych mogłam spać 24 na 7 a po kolejnych wysypkę. Jestem pod kontrolą lekarza ale bez leków. Dopóki nie będzie jakiegoś nowego środka dostępnego na rynku nic nie mogę brać.
  • Trochę przekichane....- zasępił się – od dawna tak masz?
  • Zawsze jadłam więcej niż ojciec ale dopiero 3 czy 4 lata temu zdiagnozowano problem. I to przy innej okazji... ale nie mówmy o tym – upiła łyk wina – przepyszne było to mięso.
  • Chcesz jakiś deser? - machnął na kelnera – może lody?
  • Niieee..... ale torcik szwardzwaldzki bym chciała – oblizała się jak małe dziecko.
  • To dwa poprosimy. Dla mnie jeszcze esspresso a dl Ciebie?
  • Też.
  • To wszystko.
Kelner oddalił się zabierając ze sobą ich puste talerze.
  • Wiesz, co dobre.
  • To spadek po tacie. On bardzo lubi ten torcik, podobnie jak węgierski. A i krem sułtański. No i kilka innych rzeczy jeszcze.
  • Twój ojciec to niezły smakosz – nagle kieszeń Chrisa zaczęła wibrować – cholera przepraszam – wyjął telefon – zapomniałem wyłączyć wibracje.
  • Coś ważnego? Może odbierz...
  • Nie – schował aparat z powrotem do kieszeni uprzednio wyłączywszy uporczywe bzyczenie – to chłopaki...
  • Aaa..... - odpowiedziała inteligentnie bo myśli miała już zajęte torcikiem, który kelner właśnie przed nią postawił – hałaśliwa ferajna z wczoraj? to Twoi kumple? Współpracownicy? - usiłowała pogodzić kęs przepysznego ciasta i mówienie.
  • W zasadzie wszystko razem i jeszcze trochę. Znamy się od podstawówki. Od kilkunastu lat gramy razem i razem włóczymy się po świecie. Przyjaźnimy się i pracujemy razem.
  • Zaraz, znaczy jesteście zespołem? - zdziwiła się
    Zamiast odpowiedzieć wyjął telefon i włączył cicho, by nie przeszkadzać innym klientom restauracji, utwór muzyczny.
  • Hej, ja to znam. Od kilku miesięcy wszystkie stacje muzyczne to puszczają – zanuciła – znam to niemal na pamięć. Chcesz powiedzieć, że to wasze? - była szczerze zdziwiona. Piosenkę znała bardzo dobrze natomiast nie miała pojęcia jak wygląda ktokolwiek z „Friday thirteen”
  • Tak jakby... - powiedział, jakby go to zawstydzało
  • Hej! To świetny kawałek! Znam jeszcze kilka Waszych utworów. Ale numer – nie mogła uwierzyć własnym oczom. - Słuchałam Was często ale nigdy nie widziałam. Nie patrzyłam nigdy w googlach, jak wyglądacie.
  • No patrz, a myślałem, że w dobie internetu wszyscy wszystko googlują – zaśmiał się i upił malutki łyczek espresso.
  • Przyznaję się bez bicia, rzadko słucham muzy w internecie. I tak spędzam długie godziny przed ekranem. W czasie wolny, jeśli go mam chętnie siadam z książką, puszczam radio...
  • Otwieram wino, wypijam ze swoją dziewczyną....
  • Ej, to nie Wasz tekst!
  • Nie, ale ładnie się rymuje
  • Kurcze, tak jak teraz myślę to pasujecie... robiliście tyle hałasu dzisiaj.. jak banda rozwydrzonych dzieciaków. Przydałyby się Wam klapsy w tyłki.
  • Od Ciebie z wielka przyjemnością – pochylił się do niej i spojrzał w oczy.
  • Czaruś – odsunęła się przezornie – kończysz ten torcik?
  • A co? Masz ochotę? Bo ja nie bardzo już mogę...
  • Nie no dojadać po Tobie nie będę.
  • Jeszcze nie.... na tym etapie związku się jeszcze wzbraniasz ale zobaczysz, będziemy jedli z jednego talerza i pili z jednej szklanki – mówiąc to wykonał teatralny gest o bliżej nieokreślonym znaczeniu.
  • No proszę.... jak Ty wszystko już przewidziałeś...a moje zdanie w tej farsie się nie liczy? - Wercia zbierała widelczykiem okruszki ciasta z talerza unikając patrzenia na ledwie rozpoczętą porcje jej towarzysza.
  • Serio, jak masz ochotę nie krępuj się...albo nie – machnął na kelnera – jeszcze jeden torcik dla Pani.
Kelner uprzejmie skinął głowa i tyle go widzieli.
  • Wyglądacie na zgrana grupę. Jak ze sobą wytrzymaliście tyle lat? - powróciła do tematu zespołu, który był jej zdaniem bezpieczniejszy i bardziej odpowiedni na pierwsza randkę.
  • Znamy się prawie całe życie, mieszkaliśmy jako dzieci w jednej dzielnicy, potem była ta sama szkoła. Kiedy mieliśmy po 13 lat, bo jesteśmy z tego samego rocznika, postanowiliśmy założyć zespół. To był piątek. W dodatku trzynasty. No i nazwa była gotowa.
Kelner postawił przed nią tort. Kawałek sprawiał wrażenie większego, niż poprzedni.
  • Dziękuję – powiedziała do kelnera i ukroiła kawałek.
  • Gapa jestem, nawet nie spytałam... jaka jest Twoja rola w zespole?
  • Klawisze. Miałem w domu pianino z czasów młodości mojej mamy, która kochała ten instrument. Chodziłem do szkoły muzycznej. Zresztą jak pozostała czwórka.
  • Czwórka? Przecież było Was sześciu dziś a Ty plus czterech to pięć.
  • W zespole nas pięciu jest, Ten szósty, co cały na czarno był to koleś z wytwórni. Dogrywaliśmy detale naszej przyszłorocznej trasy. Przy okazji wyszło kilka małych projektów i dlatego zdecydowaliśmy się na kolację poza biurem, żeby było na luzie. Potem chłopaki poszli na kręgle.
  • A Ty czemu z nimi nie poszedłeś? - odsunęła pusty talerz i uśmiechnęła się z zadowoleniem, jakiego dostarcza pełny żołądek.
  • Bo się z Tobą umówiłem.
  • I nie mają Ci tego za złe?
  • A czemu mają mieć? Nie żyjemy w komunie, nie mamy obowiązku spędzać ze sobą czasu. Robimy to bo się lubimy i wolimy pograć w kręgle czy bilard niż iść na dziwki.
  • Uuu... mocne słowa...- uśmiechnęła się zalotnie – ale wątpię, czy prawdziwe.
  • Możesz myśleć co chcesz, ale nie łajdaczymy się na prawo i lewo. Image sceniczny to tylko image sceniczny. Perkusista i basowiec mają żony i każdy jest już ojcem. Matt jest zaręczony a ja i Adam jesteśmy singlami. - wyłapał jej kontrolne spojrzenie – co nie znaczy, że sypiamy z kim popadnie i kiedy się nadarzy okazja. Adam miał dziewczynę dwa lata, bardzo ja kochał... puściła się z jakimś fotografem. Robił dobra minę do złej gry ale przeżył to mocno. Tym bardziej że doniósł o tym jakiś portal plotkarski ze zdjęciami a ona mu w żywe oczy, że to fotomontaż. Chciał jej wierzyć. Zaszła w ciążę. I pewnie by go przekonała, że to jego dziecko gdyby nie pewien medyczny problem. Adam nie wiedział, jak jej powiedzieć, że nie może być ojcem na początku związku, potem jakoś odwlekał ten moment, czekał na właściwy. Kiedy mu się rzuciła na szyję twierdząc „Kochanie, będziemy rodzicami” uśmiechnął się do niej i mówi „Cudownie. A kto jest tatusiem? Bo ja jestem bezpłodny”.
  • Możesz mówić o tajemnicach swojego przyjaciela?
  • Tak, od tego momentu tak. Adam może ni etyle pozwolił ile powiedział, że ukrywać więcej tego nie będzie.
  • No dobrze a Ty?
  • Ja? - zamyślił się a na ustach zastygł mu grymas ni to zadowolenia ni niesmaku – ja jestem idealistą i wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia.
  • Jeszcze powiedz, że jesteś dziewicem.
  • Hahaa! Co za określenie. Jeszcze nie słyszałem. Chcesz coś jeszcze? - kiwnęła odmownie głową więc skinął na kelnera by ten przyniósł rachunek. - Trochę pojechałaś po bandzie. Ale zdziwiłabyś się wiedząc, z iloma kobietami spałem.
  • Tak wiele ich było? - zapytała zaczepnie
Nic nie odpowiedział bo podszedł kelner. Chris uregulował należność.
  • Idziemy?
  • Tak, jasne. Ale nie zmieniaj tematu.
  • Zaraz Ci dokończę – wziął z szatni jej okrycie, pomógł się ubrać. Szybko zarzucił swoje na ramiona i wyszli. Okazało się, że na zewnątrz jest całkiem przyjemnie. Zniknął gdzieś przeszywający wilgotny chłód, który czuć było w powietrzu od samego rana. Zrobiła się całkiem ciepła jak na tę porę roku bezwietrzna i bezchmurna noc. Spojrzała w niebo – było pełne dobrze widocznych gwiazd.
  • Romantycznie, prawda – wziął ją za rękę. Nie broniła się – choć się trochę przejdziemy. Dobrze zrobi na trawienie..poza tym obiecałaś mi spacer.
  • Ja Tobie? - wydęła usta udając oburzenie – nie przypominam sobie bym Ci cokolwiek obiecywała – ale dała się prowadzić.
  • Choć, nie marudź. Taka piękna noc, nie można jej zmarnować.
  • Aha i jeszcze pewnie mnie do jakiegoś parku, lasu zagajnika chcesz zaciągnąć albo w ciemna bramę.
  • Masz fantazję. Ale spokojnie, nie mam żadnych ukrytych planów i proponuję, o, tamten plac. Jest kilka ławek, ładnie widać niebo.... no i ten Twój Anioł Struż, będzie widoczny jak na dłoni jeśli się zdecyduje ujawnić. Nie będzie mógł podejść blisko.
  • O kim Ty mówisz – zdenerwowała się ale przytrzymał ją by się nie odwróciła za siebie.
  • No o tym kolesiu z bramy przed knajpą. On chyba nadal za nami łazi.
  • Nie no nie żartuj z takich rzeczy – była na serio zaniepokojona – po co miałby to robić. On czy ktokolwiek inny?
  • Jest zazdrosny o Ciebie. - objął ją
  • No nie bądź śmieszny – zaśmiała się nerwowo, zupełnie nie w jej stylu.
  • Z tym chichotem Ci nie do twarzy. Nie chciałaś się z nim umówić a umówiłaś się z innym. Jak go stać na przemoc wobec kobiet to stać go na szpiegowanie. Dobra zresztą nieważne – zatrzymał się – nie będziemy spędzać wieczoru rozmawiając o twoim adoratorze.
  • Zatem o czym będziemy rozmawiać? O Tobie?
  • To całkiem niezły temat – zaśmiał się w taki dźwięczny, dziecięcy sposób.
    Popatrzyła na niego. Przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.
  • Wiesz co, tak w półmroku, w tym wieczornym świetle latarni jesteś całkiem przystojny.
  • Uważaj... - pochylił się w jej kierunku
  • Na co – lekko przeciągnęła sylaby akcentując je zaczepnie
  • To się robi niebezpieczne – niby zachęcał uśmiechem ale nie posunął się do przodu o milimetr
  • Boisz się o siebie czy o mnie? - cofnęła się nieznacznie tym samym powiększając dystans między ich twarzami.
  • Posłuchaj, jestem muzykiem, moje życie to trasa...
  • Ej, to nudne... zaraz mnie poczęstujesz gadką, że nie jesteś stały w uczuciach, że gdzie strona tam żona, że kochasz wszystkie kobiety, że szanujesz itp....
  • No nie do końca o tym myślałem – wsadził ręce do kieszeni. Zaczęli iść obok siebie – coś w tym jest, co mówisz, bo tak się kojarzy życie muzyka.. Ale nie moje życie. Ja chciałem powiedzieć, że moje życie, jako muzyka w dużej mierze przebiega poza domem. Że nie każda kobieta jest w stanie to zaakceptować, dać kredyt zaufania i radzić sobie z cieknącym kranem, kiedy mnie nie ma..
  • No wiesz – weszła mu w słowo – zawsze można wezwać jakiegoś przystojnego hydraulika.
  • To fakt. Ale chodzi mi o to, żeby tego nie robić. Żeby rozmawiać, a nie na siebie krzyczeć, żeby sobie pomagać a nie sobie rzucać kłody pod nogi, żeby być partnerami a nie wrogami...
  • No ładne to co mówisz – stanęła. Popatrzyła na podświetlony kościół i zamyśliła się. Niby już kilka razy w życiu słyszała tego typu teksty. Ale zawsze były wypowiadane przy okazji maślanego wzroku utkwionego, prawdziwie lub nie, w jej twarzy. A tym razem kolega, miała wrażenie, mówił to szczerze. - tylko ile w tym prawdy?
  • To pytanie retoryczne chyba. - popatrzył na nią, poprawił kosmyk włosów wysuwający się niesfornie zza jej ucha. Zjechał dłonią z policzka na ramię – przecież wiesz, że nie kłamię. Masz intuicję.
  • Tia – weszła na niewielki murek i zrównała się z nim wzrokiem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak On jest wysoki. Świat z perspektywy kilkudziesięciu centrymetrów więcej wyglądał nieco inaczej. Czy lepiej tego nie wiedziała ale na pewno inaczej. - jakoś ta moja intuicja zasypia czasami.
Przysunął się do niej i położył jej ręce na swoich ramionach. Lekko się wzdrygnęła a On to wyczuł.
  • Ok, powiem coś banalnego, ale... możesz mi zaufać... - objął ją w pasie i się przysunął jeszcze bliżej
  • Aha, jasne – przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy. Ciekawa była, czy będzie chciał ja pocałować. Ale On nie wykonał żadnego ruchu..
  • Na nic nie będę napierał. Pierwszy ruch, pierwsze dwa ruchy należą do Ciebie..
  • Dwa?
  • Wysil wyobraźnię – odsłonił w uśmiechu dwa rzędy zębów bielszych niż śnieg. Miała wrażenie, że to ją oślepia.
  • Iiiii.... wysilić....ech – westchnęła głęboko i wtuliła się w jego szyje i włosy. Poczuła ciepło i zapach. On pachniał...właśnie, czym On pachniał? Świeżo zaparzoną kawą... mocnym espresso z jedną łyżeczką brązowego cukru...i piernikiem, takim dopiero co wyjętym z piekarnika, ciepłym i miękkim jak wata cukrowa, aromatem zdradzającym obecność bakalii. Pachniał obietnicą rodzynek i daktyli, ciepłą glazurą z czekolady. Pachniał przyprawami korzennymi i cynamonem. 
    Powoli wycofała twarz z włosów i zatrzymała się na policzku. Miał przyjemnie ciepłą skórę,z lekkim meszkiem, jak brzoskwinia. Miękką i przyjemną w dotyku, jak mięsisty aksamit. Czuła pulsowanie krwi w skroniach. Tylko nie wiedziała, czy to był jej czy jego puls. Pachniał... cholera, pachniał nagością... namiętnością, czułością, radością... grzechem i pokutą... i ciastem drożdżowym z kruszonką i z rodzynkami posmarowanym aromatycznym masłem i popitym mlekiem..