poniedziałek, 14 października 2013

13.


Kilkanaście przecznic dalej na poddaszu zabytkowej kamienicy zapaliło się światło. Właściciel rzucił klucze na stolik obok lustra dominującego w obszernym hallu wejściowym. Chwilę stał po czym zsunął ze stóp niebieskie conversy, chwilę poruszał palcami stóp i powoli przeszedł do obszernego salonu. Skierował się do aneksu kuchennego, urządzonego nowocześnie i wyposażonego w najdroższe sprzęty. Z chłodziarki na wino wyciągnął pierwszą z brzegu butelkę, z blatu zgarnął wymyślny otwieracz do wina i powoli, po cichu niczym kot podszedł do szezlonga ustawionego pod olbrzymim, półokrągłym oknem, z którego rozciągał się widok na część starego Berlina. Odkorkował butelkę i upił łyk z gwinta zamykając oczy. Chwilę trzymał płyn w ustach po czym powoli przepuścił go do żołądka. Z jego gardła wydobył się pomruk zadowolenia. Upił drugi łyk. Usiadł na szezlongu i uśmiechnął się do siebie. Wyciągnął z kieszeni telefon, zalogował się do systemu i na ekranie pojawił się obraz z ulicy, przy której mieszkała Weronika. Naciśnięcie klawisza uruchomiło przewijanie. Widział, jak wchodziła do domu w towarzystwie rosłego chłopaka objuczonego zakupami.Przewinął w przód. Teraz obraz przedstawiał wnętrze jej mieszkania. Widział, jak rozmawiali i jak się żegnali. Przewinął jeszcze raz. Włączył głos, by słyszeć, co mówią. Upił kolejny łyk wina.
  • A mówią, że pieniądze szczęścia nie dają.... jednak tylko wtedy, gdy ich nie ma. Jak są, to służą jak Piętaszek Robinsonowi – pociągnął kolejny łyk – ech ta technika... teraz mi nie umknie żaden Twój adorator Kochanie. I powoli każdego z nich wy e li mi nu ję – przesylabizował słowo i zaśmiał się do siebie a z jego ust na brodę i szyję pociekły strużki białego wina przedniej jakości.





Weronika obudziła się i stwierdziła, że przy najmniejszym ruchu głowa jej szeleści. Chwilę zajęło jej złapanie ostrości w prawym oku, które zdołała otworzyć. Widziała głównie kolor czerwony ale nie wiedziała skąd...dlaczego... poruszyła głową. Lewa strona twarzy jakoś nieprzyjemnie ją „ciągnęła”. Nadludzkim niemal wysiłkiem podniosła się nieco na ręce. Coś odlepiło się od jej twarzy boleśnie i zasyczała. Kiedy zaczęła widzieć także na drugie oko zobaczyła wielką, czerwona plamę na poduszce i magazyn, także zabarwiony na czerwono. Chwilę potrwało nim złożyła fakty: porto, magazyn, zmęczenie, plama... usnęła z kieliszkiem albo i butelką, wylała zawartość, przykleiła się do gazety.
  • Boszzz...co za degrengolada – mruknęła sama do siebie. Powoli zsuwała się z łóżka. Na tym etapie jeszcze nie zastanawiała się, jak dopierze pościel. Stanęła powoli. Głowa, o dziwo jej nie bolała. Skierowała się do kuchni ale widok w lustrze ją zatrzymał. Spojrzała na siebie z politowaniem. Miała na sobie ciuchy z wczoraj. Bluzka oczywiście zaplamiona. Lewa strona twarzy miała na sobie druk z magazynu i fragment jakiegoś zdjęcia. Chwilę patrzyła na siebie a potem zaczęła się śmiać. Stwierdziła, że tak żałośnie to nigdy się nie prezentowała i chyba warto by to uwiecznić. Wróciła po telefon by zrobić sobie zdjęcia. Miała kiedyś aparat, tak zwaną małpkę ale od kiedy dorobiła się smartfona z całkiem niezła optyką przestała używać aparatu. Odblokowała telefon. Pstryknęła sobie kilka zdjęć i już go miała odłożyć, gdy zobaczyła ikonkę wiadomości.
„Właśnie wylądowałem. Jadę prosto do szpitala. Daj znać, czy dojedziesz lub gdzie się spotkamy. Bo powinniśmy”
Obudziła się i wytrzeźwiała w mgnieniu sekundy. „Która jest do cholery godzina...aaa...telefon pokaże”
Była 14.50.
„Jezu to ile ja spałam”...
Rzuciła komórkę na fotel, pobiegła do łazienki. Pozbyła się, bądź co bądź śmierdzących ciuchów wpychając je do pralki. Nastawiła pranie i odkręciła wodę. Wybiegła nago po telefon i wracając, trzęsącymi się trochę z zimna a trochę z emocji, zmęczenia i kaca palcami pisała „Będę w szpitalu. Czekaj”.
Szybko zmyła z siebie pamiątki ostatniej doby, wyszorowała zęby i język „porto dobre jakoś się pije ale później wali Ci z buzi jak od kloszarda”, przepłukała usta płynem o zapachu mocnej mięty. Chuchnęła w dłoń i niezadowolona z efektu powtórzyła płukanie. Chuchnęła w dłoń. Pokiwała głową na boki co miało wyrażań niezdecydowaną aprobatę. Potruchtała do szafy. Wbiła się w jakieś czyste dżinsy, zarzuciła koszulę, na to kamizelkę, szal. Sięgnęła po skarpetki i zdała sobie sprawę, że nie założyła bielizny ale szkoda jej było czasu. Zgarnęła zegarek, torbę, wrzuciła do niej komórkę i kilka paczek chusteczek higienicznych, zarzuciła płaszcz na plecy i ostatkiem rozsądku wróciła się spod drzwi do łazienki zażyć wynalazku XX wieku czyli antyperspiranta. Psiknęła we włosy perfumami i wybiegła z mieszkania. Zamknęła drzwi. Był to chyba jeden z nielicznych budynków, gdzie drzwi trzeba było zamykać na klucz a nie wystarczyło zatrzasnąć. Błogosławiła to wiele razy, kiedy będąc już na zewnątrz orientowała się, że klucz jest w środku.
Wybiegła na ulicę. Lodowaty powiew, mimo słońca na niebie zatrzymał ją w miejscu i przeszył na wylot. Nie mogła złapać tchu ale dało jej to czas na otrzeźwienie myśli.
„Taksówka, autobus czy U-bahn...czym będzie najszybciej”.... pognała w kierunku stacji metra.


Wszystkie korytarze szpitalne maja jedną cechę wspólną...żeby nie wiem jak nowoczesne były, urządzone bogato czy z klasą, są przygnębiające. Czai się na nich ból, żal, czuć słony zapach łez, z rzadka ulgę czy radość. Szła jak w transie, na wyczucie. Chyba gdzieś na twardy dysk mózgu zbiła sobie drogę do Chrisa tamtej nocy a teraz bezbłędnie choć bezwiednie ją odtwarzała. Skręcił w prawo i stanęła nagle. Kilkanaście metrów od niej stał blady jak ściana Adam. Rozmawiał z lekarzem. Ten mu coś klarował, rozłożył ręce. Adam potarł nerwowo ręką brodą. Lekarz poklepał Go po ramieniu i odszedł.
  • Adam – powiedziała cicho.
Odwrócił się w jej kierunku a na twarz nagle wpłynął cień ulgi. Lekko rozchylił ramiona a Ona niewiele myśląc pobiegła i wpadła w nie z impetem.
  • Jak dobrze że jesteś – wyszeptał jej do ucha mocno przyciskając do siebie – bałem się, że nie przyjedziesz.
  • Co Ty gadasz...to ja się bałam, ze nie przyjedziesz.
Chwilę tak stali w uścisku. Wreszcie rozdzielili się. Popatrzył na nią, odgarnął jej włosy z policzka i skupił wzrok na jej twarzy.
  • Cco się stało? Czemu tak na mnie patrzysz? - speszyła się.
  • Masz druk na kości policzkowej. Jakieś pojedyncze literki – przysunął się bliżej, wyciągnął z kieszeni chustkę... tak, taką męską, materiałową chustkę do nosa, lekko poślinił i zaczął jej wycierać buzię jak Tata dziecku. Poczuła jak ją oblewa kolor czerwony i pali się ze wstydu.
  • No, już nie ma żadnej literki...- schował chustkę do kieszeni a Ona nie wiedziała, gdzie podziać oczy – Ciężka noc?
  • Tia.... długa i mocna...
  • Mocna?
  • No... nie wiem, ile procent miało to Porto ale zaledwie resztka wsiąkła w poduszkę. Zadziwiająca większość krąży po moim krwioobiegu.
Zaśmiali się obydwoje.
  • Co z Chrisem?
Adam zamknął na chwilę oczy – utrzymują go w śpiączce farmakologicznej. Była dziś Policja. Mamy się stawić na komisariacie. Lekarz dał mi namiar – wyciągnął wizytówkę z kieszeni.
  • Może najpierw zadzwonić, może nie trzeba będzie na komendę teraz jechać? - powiedziała nieśmiało. Potrzebowała jeszcze chwili spokoju. Jeśli spokojem można nazwać stanie na szpitalnym korytarzu obok faceta, który, mimo calej otoczki ostatnich kilku dni pociągał ją coraz bardziej i z drugim, który po randce z nią został niemal wypatroszony i walczy o życie. „Ironia losu” pomyślała.
  • Yyy... dobra – wyciągnął telefon. Zdziwiło ją, ze nie dyskutuje, nie oponuje, nie jest złośliwy- Witam. Nazywam się Adam L, jestem przyjacielem Chrisa B. Dostałem wizytówkę w szpitalu od lekarza....tak, zatrzymałem się w W.... dobrze, za godzinę będzie ok. Do widzenia. - schował telefon. -Mamy randkę z detektywem za godzinę w hotelu.
  • Mogę wejść do Chrisa?
  • Wercia – wziął ją za ramiona – to nie jest fajny widok, nie wiem,czy powinnaś... - gdzieś głęboko w jego oczach zobaczyła coś zgoła innego. On nie zastanawiał się, jak Ona sobie sobie z tym poradzi ale dlaczego chce tam iść...co zaszło między Nią a jego przyjacielem, dlaczego jej tak na Chrisie zależy...i czy zależy...i co Ona myśli i dlaczego do cholery to wszystko się dzieje..miało być zupełnie inaczej..
  • Nie spałam z Nim – wypaliła szeptem przez zęby – mam poczucie winy, ze coś takiego mu się stało po tym, jak mnie wsadził do taksówki. Ze może jakbym się z Nim przespała to by Go to nie spotkało, kumasz? - poczuła drżenie brody zwiastujące zbliżający się płacz a tego nie lubiła.
  • Oki, przepraszam, więcej nie będę, nie mam prawa... - puścił jej ramię – Lekarz powiedział, ze jak będziesz chciała to na chwilę dosłownie...
Minęła go i weszła do pokoju, w któym leżał podpięty do różnych aparatur Chris. Nie wytrzymała i się rozpłakała. Podeszła do nieprzytomnego, pogładziła po dłoni, pochyliła się i szepnęła kilka czułych słów do ucha. Kilka jej łez spadło mu na policzek i usta. Gdyby na nie patrzyła to by zobaczyła, że nimi poruszył, jakby chciał się oblizać. Ona jednak odwróciła się i wyszła.
Na korytarzu wzięła Adama pod rękę i skierowali się do wyjścia.

1 komentarz:

  1. robi się coraz ciekawiej :-) niech cię wena nie opuszcza...W.J

    OdpowiedzUsuń