czwartek, 29 maja 2014

Wena mi trochę koresponduje z pogodą a pogoda jest w typie "niechcemisie"... no ale jest nowy rozdział, dla tych co mają jeszcze siłę i cierpliwość. Jak zwykle komentarze chętnie widziane.

20.


Po wyjściu Weroniki z pokoju Adam stał przez chwile zdziwiony całą ta sytuacja. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. W sumie, to w ogóle nie myślał, czego się spodziewać. Kiedy dostał wiadomość, od razu podjął decyzję. I nie było w niej miejsca na sentymenty. Zresztą, jakie sentymenty… Lubił ja, owszem. Była oryginalna, marudna, potrafiła wybuchnąć a jej nastrój zmieniał się jak pogoda nad morzem. Wprowadzała do jego życia dodatkowy koloryt, choć na brak rozrywek nie mógł narzekać. Ale żeby coś więcej? Nie…
Pokręcił głową, podrapał się po karku, wsadził ręce do kieszeni i wyszedł na taras. Nabrał powietrza w płuca, zatrzymał je na kilka sekund, aż poczuł, jak jego ciało domaga się nowej porcji tlenu i powoli wypuścił je by zaczerpnąć normalny oddech. Ten sposób na skupianie się, idiotyczny skądinąd odkrył kilka lat temu. Mózg stojący w obliczu braku dopływu tlenu wykonuje jakąś magiczną pracę. Wyłącza chyba wszystkie niepotrzebne procesy, co pozwalało Adamowi rozjaśnić myśli. Nie wiedział, jak to działa ale działało. Na Niego przynajmniej, bo nikomu nie zdradzał swojej tajemnicy. Obrażona dziewczyna. Przyjaciel wybudzony ze śpiączki kilka tysięcy mil stąd, kariera, fani, kolorowe życie, duża kasa. Co się liczyło?
Przypomniał sobie, jak przez przypadek wszedł na portal, gdzie znalazł zdjęcie Weroniki. Strasznie był wtedy pijany, upił się zresztą w samotności, z rozpaczy nad beznadzieją swojego życia. Tak przynajmniej myślał w tamtym momencie. Otworzył laptopa. Wyskoczyła jakaś reklama. Kliknął raz drugi i trzeci. Zalogował się (nie pamiętał teraz nawet hasła…), przeleciał (taaaak, to właściwe określenie – zaśmiał się do siebie w myślach) jakieś kilkaset anonsów. Zatrzymał się na Weronice. Sam nie wiedział, o co chodziło. Napisał. Zamknął laptopa i próbował oddać się w objęcia Morfeusza lecz nim to nastąpiło opróżnił do końca butelkę Jacka Daniela. Potem zaczęli cos tam ze sobą pisać, umówili się. Jak weszli do tego baru w Berlinie i zobaczył kelnerkę to już wiedział, ze to ona. Ale postanowił grać. Mało – postanowił nic nikomu nie mówić a jeszcze na dodatek zachęcał Chrisa do tego, by się z Nią umówił. Ciekawy był, co dziewczyna zrobi, jeśli dojdzie do randki to jak się zachowa. Zamierzał wszystko z przyjaciela wyciągnąć. Posunął się nawet do tego, że ich śledził. Chyba Go nawet widzieli, jak zapalał papierosa ale był na tyle daleko, by pozostać nierozpoznanym. Konsekwentnie pałętał się w pobliżu przez cały wieczór. Jednak zbyt szybko odpuścił. W nieodpowiednim momencie zwinął żagle i nie widział, kto napadł na jego kumpla.
Zakrył dłońmi twarz, westchnął po raz kolejny głęboko i wszedł do środka. Złapał jeszcze nawet nie rozpakowana torbę, po chwili namysłu rzucił na stół kartę kredytową i wyszedł. W taksówce myśli i wyrzuty sumienia dopadły Go ponownie. Nie mógł sobie wybaczyć, że był takim niekonsekwentnym dupkiem. Już jak tak bardzo chciał śledzić randkowiczów, mógł pozostać przy kumplu do końca. O dziwo, nie wyrzucał sobie, że w ogóle się na ten krok zdecydował ale że przerwał to w najmniej odpowiednim, jak się okazało, momencie. Może by złapał tego sukinsyna, może by obronił przyjaciela, może, może… może….. Tak czy inaczej z wyrzutami sumienia i ciągłym brakiem jasności w głowie w pewnych tematach, wysiadł z taksówki i szybkim krokiem udał się do stanowiska odpraw, gdzie czekał na niego zamówiony wcześniej bilet. Nie miał czasu na strefę bezcłową zatem od razu przeszedł do samolotu. Na pokładzie pojawił się jako jeden z ostatnich. PO starcie poprosił stewardesę o drinka i oddał się dalszym rozmyślaniom. Wrócił do Weroniki. Zastanawiał się, co do Niej czuł i czy w ogóle coś.
Tak, coś czuł. Musiał to sam przed sobą przyznać. Ale co? Nie umiał tego nazwać. Miłość? Cholera wie. Pożądanie? Owszem, było mu z Nią w łóżku idealnie. Ale co dalej, ewentualnie…? Ma ją poprosić, by weszła na stałe do jego życia? Nie był pewien, czy ma ochotę się aż tak wiązać.
Wypił jednym haustem drinka i poprosił o kolejnego. Był zły na siebie, że ma taki zamęt w głowie i nie potrafi tego poukładać. Drażniły Go wydarzenia ostatnich tygodni. Dopóki był z Weroniką nie myślał o tym. Ale teraz, sam, miał inna perspektywę i zaczynało go to wszystko uwierać jak przyciasne slipy.
- No ale jakieś decyzje powinieneś podjąć. Jakoś to trzeba dalej poprowadzić. W tę albo w tamtę. Dla siebie… Dla Niej…. – powiedział na głos. Na szczęście był to szept i chyba nikt Go nie słyszał.
Kolejny drink od stewardesy wychylił znowu duszkiem. Poczuł przyjemne ciepło w okolicy żołądka i oczu. Zamknął je i odpłynął szybciej, niż się tego spodziewał.



Chris leżał zupełnie przytomny ale niesamowicie słaby. Gapił się beznamiętnie w sufit i rozmyślał nad tym, co się stało. Pamiętał o dziwo wszystko. I to, co się działo przed wypadkiem, i kolesia który Go zranił i to co mówili ludzie Go odwiedzający w szpitalu. Pamiętał płaczącą Weronikę, wściekłego Adama, jakiegoś milczącego policjanta i pielęgniarkę o seksownym głosie. Jeśli chodzi o oprawcę, to pamiętał, ale niestety nie wszystko. Nie widział jego twarzy, słyszał tylko jakiś szept, bardziej świst przekleństwa czy groźby rzucony spomiędzy zębów. Napastnik chyba był nieco od Niego wyższy, ale nie mógł stwierdzić tego na sto procent. Nie rozumiał jak to się wszystko stało i dlaczego. Co mógł, opowiedział już temu milczącemu policjantowi. Gość mu nie przerywał choć zadawał masę pytań spoza tematu. Głównie dotyczących Adama i Weroniki a tego ranny nie rozumiał. Na jego pytania detektyw odpowiadał, ze to On tu jest od zadawania pytań a nie Chris i On wie, co robi. Kiedy skończył Go przesłuchiwać, powiedział, że wkrótce się odezwie i żeby nie wyjeżdżał z Berlina jeszcze przez najbliższe dwa tygodnie, nawet jeśli Go wypiszą ze szpitala.
Pielęgniarka o seksownym głosie i, jak się okazało, egzotycznej urodzie, poinformowała Go, że lekarz powiadomił kilku jego znajomych, m.in. jakiegoś Adama, który rzekomo miał przylecieć najbliższym samolotem. Skąd tego jednak nie wiedziała. Pytał, czy słyszała imię Weronika, Ona jednak pokiwała przecząco głową. Pomyślał, że może z zazdrości tak zrobiła (kto tam wie, co siedzi w głowie kobiety…?). Jej spojrzenie jednak było szczere a na odchodne dodała, że nie słyszała żadnych damskich imion ale też nie słyszała wszystkich, do których lekarz prowadzący dzwonił zatem może czegoś nie wiedzieć. Po czym uśmiechnęła się przesłodko, co złagodziło niemal do zera wszystkie boleści pacjenta i wyszła z sali bezgłośnie. Zostawiła Go z masą pytań, których nie zdążył lub zdecydował się nie zadać. W końcu to tylko pielęgniarka i nie sądził, by pytanie o to, jak np. wyglądała Weronika, gdy Go odwiedzała, miało sens. Albo raczej, czy było na miejscu. Przecież… to na koniec dnia nie miało żadnego znaczenia. Zamknął oczy i postanowił spróbować się zdrzemnąć do następnej wizyty lekarza. Nim policzył do pięciu spał.





Detektyw po raz kolejny przerzucał materiały dotyczące zajścia sprzed kilku tygodni, gdy napadnięto młodego Amerykanina. Przypominał sobie rozmowy z jego przyjacielem i dziewczyną, która była… dziewczyną ich obu? żadnego? Przyjaciółką? Dziwką? Sam nie wiedział. Zaobserwował kiedyś z ukrycia w szpitalu jej wybuch płaczu przy łóżku chorego. Z kolei kiedy rozmawiał z Nią i tym wytatuowanym muzykiem miał wrażenie, że tych dwoje łączy ze sobą cos więcej.
- Pojebane to życie – przejechał dłonią po czole i zmierzwił włosy – i do tego kurwa nie ma absolutnie nic. Jedno wielkie gówno – powiedział głośniej i odrzucił teczkę na biurko. Czegoś tu ciągle brakowało, obraz był niepełny. Nie było punktu zaczepienia. Nie natrafił na nikogo, kto mógłby być wrogiem muzyka. Myślał tez o wrogach dziewczyny ale tę hipotezę odrzucił. Ona nic nie znaczyła poza tym, zaatakowano by ja a nie jego. Pozostawał zatem przypadkowy napad, którego świadków nie było, nie było śladów, nie było zdjęcia choćby ułamka twarzy, DNA, nie było nic. Kompletnie nic.
- Szefie – z zamyślenia wyrwał Go głos blondyna, który stał przed jego biurkiem nerwowo przestępując z nogi na nogę. Pracował z Nim przy sprawie Amerykanina.
- No?
- Jest coś dziwnego. Chyba powinien Pan to zobaczyć.
- A chodzi o?
- Sprawę tej napaści. Ale może pojedźmy na miejsce, po drodze Panu opowiem, co udało mi się ustalić. Całkiem przypadkiem zresztą.

Detektyw wziął z oparcia kurtkę i podążył za swoim kolegą zachodząc w głowę, czy to, czego się dowie, nada wreszcie bieg sprawie.

środa, 14 maja 2014

19


- Co do kurw…- wrzasnęła i próbowała wstać
- Jezu.. – jakiś męski głos krzyknął z oddali – Charliiiii…siad pacanie! Zostań!!- głos był całkiem blisko – Boże tak strasznie przepraszam.
Weronika siedziała oszołomiona, obok niej z plastikowym talerzem w zębach machając ogonem siedział dziwny, wielokolorowy pies i patrzył to na Nią to na właściciela niskiego głosy niebieskimi oczami.
- Matko naprawdę przepraszam – odezwał się mężczyzna – wiatr zawiał, jak rzucałem.. pies… -nagle jakby się zawstydził
- Powinieneś go trzymać na smyczy albo bawić się tam, gdzie nie ma ludzi – warknęła – no co się tak gapisz?
- Przepraszam, ale… nie masz biustonosza. Znaczy to w Kali normalne ale masz…
Weronika spłonęła rumieńcem szczęśliwie mało widocznym spod opalenizny, chwyciła gore od bikini i założyła naprędce.
- białe ślady – dokończył tłumiąc wesołość – czyli nie jesteś stąd i to Cię krepuje, bo nie jesteś..
- Ok., ok…zrozumiałam – podniosła się i sięgnęła po bluzkę.
- Cholera, poczekaj…- mężczyzna podszedł blisko
- Co znowu?
- Masz pokaleczone plecy, ten kundel Cię podrapał. Niedobry Charli zwrócił się do psa – siedź tam i ani mru mnru – pies skulił się i patrzył na swojego pana – słuchaj to trzeba przemyć, żeby się nie wdało zakażenie.
Schylił się po jej spódnicę.
- Załóż to, pójdziemy do mnie. Spokojnie – dodał widząc jej niepewny wzrok – jak chcesz mogę Cię do szpitala odwieźć ale to chyba niekonieczne. I nie bój się, mieszkam w tym domu, o tam – wskazał ręką na budynek majaczący gdzieś niemal na horyzoncie.
Spojrzała na Niego badawczo. Posłusznie naciągnęła spódnicę, za co się znowu zganiła w duchu że po raz kolejny słucha czyichś poleceń no ale w sumie miał rację.
- Mieszkam sam, ale córka mnie właśnie odwiedza. Powinna być w domu za pół godziny, akurat jak tam dotrzemy. Chyba, ze wolisz po kogoś zadzwonić – wyciągnął z kieszeni telefon i wyciągnął w jej stronę.
- Podobno zwierzęta łagodzą obyczaje, zatem jest szansa, ze mi nic nie zrobisz – skrzywiła się, bo plecy zaczynały ją piec. Pewni gdzieś do zadrapania spłynęła kropka słonej wody, która pozostawił niebieskooki pis. – dobrze, chodźmy.
- Jasne. Tak w ogóle to Paul jestem – wyciągnął rękę
- Weronika.
Dopiero teraz obrzuciła właściciela niebieskookiego psa wzrokiem. Był wysokim blondynem, dobrze ale nie przesadnie zbudowanym. Miał na sobie szorty, koszulkę chyba upchnął do kieszeni. Na stopach miał…
- ech – westchnęła w duchu….
Na stopach miał bowiem niebieskie trampki z ultramarynowymi sznurówkami. Ten kolor ja chyba prześladował i zaczynała się zastanawiać, czy go nie znienawidzi. Właściciel psa miał podobnie jak jego pupil także niebieskie oczy, które uważnie na Nią patrzyły.
- To co, idziemy?
Trochę trwało nim doszli do celu. Otworzył przed nią ukrytą w zaroślach furtkę, pies oczywiście pobiegł przodem wesoło poszczekując. Zatopili się w wilgotną zieleń a po kilkunastu sekundach stanęli na trawniku okalającym basen. W cieniu drzew… „drzewa…phi.. myślałam, że będą palmy”stało kilka leżaków. Nieco dalej trawa przechodziła w gładkie, płaskie kamienie, które ukryte pod dachem stanowiły cos w rodzaju ganka przed przeszklonym wejściem do niskiego budynku.
Zaprosił ją gestem do środka. Panował tam miły chłód ale nie było to przejmujące zimno. Wnętrze było surowe, wykonane z naturalnych materiałów choć można rzec, że modne w swej prostocie. Podłogę pokrywał częściowo kamień a częściowo drewno. Ściany były wykonane z grubego kamienia. Rozejrzała się i nie widząc klimatyzatorów stwierdziła, że chłód prawdopodobnie zawdzięcza to wnętrze takim a nie innym materiałom budowlanym. Salo, bo do niego weszli, miał kominek „na co komu kominek w Kalifornii?” , nieco dalej stała niska, drewniana ława ze szklanym blatem, kilka foteli, od głębokich klubowych po proste, designerskie z duża ilością aluminium. Tu i ówdzie były ustawione lampy podłogowe. Brakowało światła górnego a kinkiety na ścianach były przeznaczone chyba wyłącznie do oświetlania eksponowanych tam obrazów i zdjęć. Przeszła wolno przez pomieszczenie podążając za gospodarzem. Ten się jej ciekawie przyglądał pochylając głowę na bok i jednocześnie szukając czegoś w podręcznej apteczce.
- Masz niesamowite wnętrze…znaczy – zdała sobie sprawę z dwuznaczności – chodzi mi o ten salon…
- Podoba Ci się? To mi niezmiernie miło – uśmiechnął się – a teraz podejdź i usiądź. Nie tak, tyłem do mnie, musze widzieć dokładnie…
Usadowił ja na wysokim stołku barowym przy blacie przedzielającym salon i kuchnię. Zapalił jedną z lamp. Przysunął ją i zabrał się za oczyszczanie pleców dziewczyny.
Weronika co chwila wydawała z siebie syk bo plecy ją szczypały niemiłosiernie. Wyglądało na to że pies podrapał ją dosyć dokładnie, centymetr koło centymetra.
- Długo tu mieszkasz? – zapytała gdzieś pomiędzy syknięciami.
- W Kalifornii całe życie. W tym domu…- zamyślił się – jakieś 10 lat, może odrobinę dłużej. Kupiłem za pierwszy większy przypływ gotówki. Wiesz, taka fala… - zaśmiał się.
- też by mi się przydała taka fala – westchnęła dziewczyna – ałaaaa!!!! – nagle podskoczyła – to cholernie boli!
- To jest chyba najgłębsze. Z wierzchu nie widać, bo wąskie ale głębokie. Przepraszam, ale musze jeszcze raz…. – zatrzymał głos jakby pytając ją o zdanie.
Kiwnęła zrezygnowana głową i zacisnęła dłonie na blacie – lej Wać, bólu oszczędź… - wyszeptała pod nosem.
- Masz seksowny głos jak tak mruczysz do siebie.
Podniosła głowę zdziwiona tym tekstem i już miała coś odparować gdy On polał jej plecy większą dawką środka odkażającego. Najpierw krzyknęła a potem poleciały z jej oczu łzy.
- No dobra płaczesz z bólu czy nad moim marnym tekstem? – stanął przed Nią z niewyraźną miną.
- Niezły jesteś….. – patrzyła Mu w oczy z uznaniem
- Ależ ja nie wiem, o czym Ty mówisz – pokazał w uśmiechu swoje hollywoodzko białe zęby
- Jasne… ten tekst miał odwrócić moją uwagę w najgorszym momencie.. a już chciałam wziąć twoje słowa na serio i Cię zbesztać.
Zeszła ze stołka i skrzywiła się. Skóra na plecach miejscami nadal bolała.
- Wiesz co, mam propozycję. Jeśli nie masz innych planów, posiedź ze mną. Za mniej więcej godzinę przyjedzie moja córka. Zjemy razem kolację. Później nasmaruję Cię takim specjalnym olejkiem, żeby się rany goiły a skóra nie ciągnęła i nie pękała.
- Taki masz sposób na podryw?
- Tzn?
- Na niewychowanego psa i opatrywanie ran?
- Nie e…-zmieszał się nieco
- Żartowałam – poklepała Go po ramieniu. Sięgnęła do torebki i rzuciła okiem na wyświetlacz telefonu. Nieodebranych połączeń – zero…. Nieoczytanych wiadomości – zero…. – jasne, z wielka przyjemnością. Jeśli tylko Twoja córka mnie nie rozszarpie to chętnie zostanę, nie mam planów. – odwróciła się do Niego tyłem i udała że studiuje malowidło na przeciwległej ścianie. On jednak zauważył grymas, który przebiegł przez jej twarz, kiedy sprawdzała komórkę. Nie wiedział, czy to zawód czy raczej ulga. Był ciekaw ale pytać Nie chciał. W końcu to nie jego sprawy.
- A Ty co robisz w LA? Mieszkasz tu? – schował apteczkę do szafki.
- A wyglądam? – okręciła się wokół własnej osi
- Czy ja wiem…. W sumie nie bardzo. Za mało opalona jesteś, nie jesteś blondynką i masz silikonowych ust i piersi.
Obydwoje się roześmieli.
- Przyjechałam na wakacje. W sumie kilkudniowy wyjazd bo to jego kolejna część. Jeszcze ma być kilka dalszych ale nie wiem, jak to będzie wyglądało – zamyśliła się – wcale nie jestem pewna, czy chcę dalej jechać a nie wracać do domu. Albo coś w tym guście…
- Chcesz mrożonej kawy? A może jesteś głodna? Przepraszam, przerwałem Ci myśl.
- Nie szkodzi. Na obydwa pytania odpowiedź twierdząca. Za wiele to dziś nie jadłam. A co do mojego toku myślenia to chyba potrzebuję zmiany. I to teraz, natychmiast, już. Bez czekania ani sekundy. Tylko nie wiem jakiej zmiany.
- Sami jesteśmy reżyserami naszego życia – westchnął – chińszczyzna? Piza? Jakieś sałatki?
- Owocowa tylko duża. I tu się mylisz mój drogi. Czasem rzeczywiście dyrygujemy naszym życiem a czasem jesteśmy jedynie liściem płynącym w jego nurcie i nie możemy zrobić absolutnie nic.
Popatrzył na Nią. Pomyślał, że to zabawne porównanie jednak po chwili przyznał w duchu rację. On miał wiele szczęścia ale znał ludzi, którzy nie radzili sobie z własną egzystencją i nie umieli bądź nie mogli temu zaradzić. Kiwnął głową i podał jej mrożoną kawę. Wyjął owoce i dużą salaterkę i zaczął kroić. Najpierw ananasa, później gruszkę i całą resztę. Weronika stanęła obok Niego bez słowa i wzięła drugi nóż. Stali tak w ciszy kilka minut i tylko stukanie ostrzy o deski świadczyło o tym ,że to nie stop klatka z jakiegoś filmu.
Kiedy sałatka była gotowa, przenieśli się nad basen. Wybrali miejsce w cieniu. Paul pokazał gestem, by sobie pierwsza nałożyła.
- Opowiesz mi o tym? – przerwał ciszę – O tym życiu, które chcesz zmienić?
- A wiesz, że tak? Mam dosyć gadania sama ze sobą. – I zaczęła opowiadać nie szczędząc detali szczególnie z ostatnich kilku tygodni. On nie przerywał. Czasem się uśmiechnął, zmarszczył czoło lub pokiwał z niedowierzaniem głową. Kiedy na zakończenie powiedziała „No i nie wiem, co mam robić. Stoję jak osiołek przed żłobami z sianem i owsem i nie wiem, co wybrać. W końcu z głodu zejdę”.
Kiedy otwierał usta by jej odpowiedzieć, rozległ się dzwonek.

- To pewnie Mead przyjechała. Moja córka.

niedziela, 11 maja 2014

Ponieważ moja wena weszła na nieco inne tory, zatem zmieniłam nieco pierwotny zamysł. Jedne postacie znikną lub usuna się nieco w cień, inne pojawią się na scenie. Jak to w życiu bywa, na różnych jego etapach otaczają nas różni ludzie i nie zawsze jest tak, że te same osoby towarzyszą nam w przeważającej jego części.
Miłego czytania.
No i czekam na ewentualne uwagi :)





18.


- Chyba lecimy?
- Nie, Ty zostajesz, ja lecę do Berlina.
Skrzyżowała ręce na piersiach i ściągnęła twarz. Nie chciała się z Nim kłócić ale nie rozumiała, dlaczego chce ją tu zostawić.
- Czemu nie mogę lecieć z Tobą?
- Bo po pierwsze zabukowałem już jeden bilet. Po drugie należą Ci się porządne wakacje więc nie chcę Ci ich psuć. – wstał i podszedł do Niej kładąc dłonie na ramionach i patrząc w oczy – Zostawię Ci kasę, będziesz się mogła rozerwać, poopalać, połazić po sklepach i takie tam….
- Bzdura – otrząsnęła się z Jego dotyku – nie chcesz, żebym była przy Chrisie. Czujesz się niepewny. Chcesz mnie tylko dla siebie. Boisz się mojego z Nim spotkania – patrzyła Mu zadziornie w oczy.
- Słuchaj…- odsunął się – nie będę się z Tobą kłócił. Lecę sam. Rozmowę dokończymy jak wrócę. Samolot mam za nieco ponad godzinę i muszę jechać na lotnisko.
- Świetnie – zgarnęła swoją torebkę i kartę do pokoju – zatem przyjemnego lotu i być może do niezobaczenia.
Wyszła zostawiając Go nieco osłupiałego. Chciała trzasnąć drzwiami ale to było wykonalne. Te nowoczesne rozwiązania, domykacie itp.
- Nawet jak człowiek chce sobie ulżyć to nie może – wymruczała sama do siebie na korytarzu. Zacisnęła dłonie w pięści i zatupała nogami jak małe dziecko. Potem puściła się biegiem do wind. Adam najwidoczniej nie miał zamiaru za Nią gonić, bo nie słyszała ani Jego kroków ani głosu choć chwile na windę czekała. Zjechała na dół, spytała boya hotelowego jak najszybciej dojść do plaży. Grzecznie wskazał kierunek, jednak Ona zmieniła zdanie i postanowiła się przejść po ulicy. Wyszła głównym wejściem i od razu dopadło ja duszne powietrze, którym się zachłysnęła. Szła jednak dzielnie przed siebie nie patrząc na twarze mijanych ludzi. Po jakimś czasie, gdy pierwsza wściekłość minęła, zaczęła zwracać uwagę na samochody, na motocykle, na mijających ja turystów. W sumie nie wiedziała, czemu się wściekła. To chyba jednak był dobry moment, żeby sobie pewne sprawy przemyśleć. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze chwila. Zatrzymała się i podniosła głowę do góry. Palmy. Czy kiedykolwiek widziała palmę większą niż kilkadziesiąt centymetrów? Chyba niekoniecznie. Rozejrzała się dookoła. Obok chodnika był pas zieleni a za nim wstążka asfaltu, po której jeździli rolkarze, rowerzyści i jakieś pojedyncze osoby zabijały sobie czas joggingiem lub spacerem. Dalej był piach i błękit wody. Przeszła przez trawę i asfalt i weszła na plażę. Zdjęła sandały i uśmiechnęła się czując pod stopami miękki, niemal parzący piasek. Nie zważając na jego temperaturę a może właśnie przez nią puściła się biegiem w kierunku oceanu. Wbiegła z krzykiem w fale po chwili zdając sobie sprawę, że woda sięga jej powyżej kolan i całą spódnice ma w zasadzie mokrą.
- Dobrze, że jesteś przewidująca – mruknęła do siebie i wyszła z powrotem na piasek. Jeszcze w hotelu przyszło jej do głowy, by zamiast bielizny założyć bikini, tak na wszelki wypadek a teraz sama siebie chwaliła za ten pomysł. Ściągnęła spódnicę i przewiesiła przez torebkę. To samo zrobiła z bluzką i postanowiła się przejść po plaży. Chłonęła sobą szum wody, nieliczne głosy osób korzystających z pięknej pogody. Jakieś dziecko przebiegło jej drogę i ze śmiechem wpadło w fale. Przystanęła i patrzyła rozbawiona na, prawdopodobnie dziesięciolatka. Był taki radosny i niefrasobliwy. Kiedy Ona tak się czuła? Kiedy miała w nosie wszystko i wszystkich i nie zważała na to, co mówią i co sądzą inni? Niby była niezależna, niby potrafiła zadbać o siebie, praca, studia… Niby robiła co chciała ale czy rzeczywiście? Czy czuła się beztroska? Czy związek z facetem, który zaproponował jej ten wyjazd to była oznaka takiej beztroski? I czy to w ogóle był związek? Przecież na dobra sprawę to na co Ona liczyła? Że jakiś mega bogaty koleś się w Niej zakocha i zapewni jej życie jak z bajki? Bzdura. Takie rzeczy dzieją się w filmach.
Przysiadła na piasku. Po chwili zmieniła zdania. Rozłożyła na nim swoją przesuszoną nieco oceaniczną bryzą spódnicę, ułożyła się na niej wkładając torebkę pod głowę i rozmyślała dalej. Po raz kolejny uznała, że ostatnie tygodnie to jakiś pieprzony żart kogoś gdzieś na górze. Albo za kulisami, Że za chwilę rozlegnie się głośny śmiech i padnie „jesteś w ukrytej kamerze” albo „wkręciliśmy Cię”. Przecież takie rzeczy nie przydarzają się zwykłym śmiertelnikom. Ok., o ile sytuacje z baru mogła uznać jako rzeczywistą, nawet propozycje Chrisa i kolację o tyle cała reszta to jakiś kiepski scenariusz niedorobionego reżysera, który chciał w krótkim okresie czasu zawrze jak najwięcej problemów i emocji. Chris, Adam, ten wypadek, policjant, te całe randki internetowe, te wakacje….
- Dziewczyno, ciesz się z tego, co przeżywasz. Nie każdej lasce koleś proponuje wycieczkę niemal dookoła świata. I do tego jest całkiem miły i przystojny – wyszeptała do siebie i uśmiechnęła się pod nosem. W sumie Adam był… ok. Przyzwyczaiła się do Niego, pociągał ją, ale… Właśnie. Jedno wielkie „ale”. Czuła się jak dziwka. On płacił, On dyktował warunki, On wymagał i ustalał.
Naburmuszyła się i odruchowo zbiła dłonie w pięści. Czy dlatego tak bardzo się wkurzył, jak powiedział że leci sam? Czy może faktycznie chciała być przy Chrisie? O co jej tak na prawdę chodziło? Przecież to były przygody. Każdego z Nich lubiła, każdego na swój sposób.
Usiadła zmęczona tym tokiem rozumowania ale nie chciało jej ulecieć z głowy. Zmieniła pozycje przerzucając się na brzuch. Rozpięła stanik z tyłu, żeby nie było białego paska choć skóre miała już dosyć ładnie opaloną zatem pewnie by się specjalnie nie odznaczał. Powróciła do swoich rozważań.
- Zatem o co Ci tak naprawdę chodzi Nika?- zapytała samą siebie.
- Ano chodzi mi o to, że nie jestem wcale zadowolona ze swojego życia – odpowiedziała sobie sama na głos po dłuższej chwili.
Była zorganizowana, poukładana, nie puszczała się..
- Aż do teraz – mruknęła po raz kolejny i zachichotała – dziewczynko. O co ci do chuja chodzi?
Właśnie… Chyba zaczynało to do Niej docierać. Ostatnie tygodnie to było szaleństwo. Ale głownie emocjonalne. Poznawanie wielu nowych rzeczy. Miejsc. Ale czy to czyniło ja szczęśliwą? Czy czuła się dobrze? A co będzie dalej? Niby wiedziała, że planowanie nie pomaga, bo życie plany koryguje zatem na ile mogła żyła chwilą. Oczywiście w miarę możliwości pozostając w zgodzie ze sobą by móc patrzeć co rano w lustro. Ale.. co chciała osiągnąć? Jak będzie wyglądało jej Zycie po powrocie do domu? Do Berlina? Na studia? Do pracy? Do przyjaźni z … przyjaźni…właśnie. Jakoś z perspektywy tysięcy mil jej Przyjaciel, jak Go zawsze nazywała, stał się mało ważny. Jakby stracił na wartości, zdewaluował się. Ceniła Go nadal ale jakoś nagle uświadomiła sobie brak tęsknoty za Nim. Może to tak jest, że ludzie w twoim życiu pojawiają się na jakąś chwilę, na jakiś dłuższy lub krótszy czas. Idziecie kawałek razem a potem wasze drogi się rozchodzę. Czasem bez żalu, czasem z niedopowiedzeniami. Tak chyba się właśnie działo, takie miała wrażenie. Że coś się wypaliło. Że ta cała przygoda z Adamem to przygoda, nic więcej ale Ona musi z niej wyciągnąć jak najwięcej dla siebie. Wreszcie może znaleźć czy raczej odnaleźć prawdziwą siebie. Zastanowić się nad tym , co kocha a czego nie. Co chce zrobić ze swoim życiem. Nie można całe życie pracować w barze za jakieś marne grosze, żyć z dnia na dzień, wegetować. Trzeba mieć jakiś plan, do czegoś dążyć, coś realizować..
- Ej mała – zganiła się na głos – zaprzeczasz sama sobie. A gdzie Carpe Diem?
W dupie – dodała w myślach. Może czas najwyższy zmienić nastawienie. Przynajmniej spróbować.
-Kobieto…czego Ty kurwa chcesz…zastanów się a potem zacznij do tego dążyć. Masz dużą szansę, że się nie uda ale przynajmniej nie będziesz żałowała, że nie spróbowałaś.
W tym momencie usłyszała na głową świst i coś uderzyło w piasek obok niej obsypując ją drobnymi ziarenkami a ułamek sekundy później wylądowało na niej jakieś owłosione cielsko drapiąc pazurami i zostawiając na jej rozgrzanym ciele oprócz kropli wody także masę piachu i chyba spore zadrapania.

czwartek, 1 maja 2014



17.

- Szanowna Pani, oto hotel. – Zatrzymał krążownika szos przed rozłożystym, choć niewysokim budynkiem. Weronika zadarła głowę do góry i oceniła na jakieś 4, góra pięć pięter.
- Taki mały? – udała rozczarowanie..
- Mały, ale wariat – mrugnął do niej okiem otwierając drzwi po stronie pasażera i pomagając jej się wydostać z przepastnego wnętrza auta – poczekaj, jak zobaczysz, co ma do zaoferowania. Wygody, o jakich możesz pomarzyć jedynie… ewentualnie – dodał nieco ciszej.
- Ej, ktoś tu nie docenia mojej wyobraźni chyba? Mają gadające deski klozetowe albo stołki barowe z hologramami?*
Popatrzył na Nią przeciągle i już otwierał usta, by coś odpowiedzieć ale zrezygnował i tylko się roześmiał.
- Okej, oddaję pole, masz fantazję. Chodź, idziemy się zameldować.
Foyer prezentowało się imponująco. Nie ociekało złotem, bynajmniej. Było urządzone w pastelowych, przyjemnych kolorach, stylowymi meblami i tkaninami o najwyższej jakości. Ściany ozdabiała sztuka współczesna ale nie krzykliwa i bijąca po oczach a zgrana idealnie z wnętrzem, choć bynajmniej nie mdła. Od marmurowej zapewnie posadzki bił przyjemny chłód i Weronika miała ochotę zdjąć obuwie i pochodzić boso ale uznała że aż tak wyluzowana nie jest i chyba nie wypada. Szła posłusznie z swoim partnerem, wykonywała automatycznie polecenia i odpowiadała na pytania ale cała jej uwaga, no dobrze, 95% było skupione na wnętrzu. Chłonęła je każdym możliwym centymetrem swojego ciała, każdym oddechem i spojrzeniem. Bała się mrugnąć oczami w obawie, że obraz zniknie. Przywarła maksymalnie jak się dało do lady recepcyjnej i stała z półotwarta buzią chłonąc lekkość zwiewnych tkanin nieznacznie poruszanych ledwo wyczuwalnym przeciągiem we foyer. Chłonęła blado różowe i lekko żółte kolory ścian. Dekoracje wykonane z zimnego, wypolerowane metalu, subtelnie umieszczone pod sufitem i na ścianach oświetlenia (jakże tu musiało być pięknie wieczorem… musi pamiętać, by to sprawdzić). Wodziła stopą po posadzce będąc niemal o krok od pozbycia się obuwia, zamknięcia oczy i postawienia bosych stóp na chłodnej powierzchni białego kamienia.
Adam obserwował ją z zaciekawieniem. W końcu dotknął delikatnie jej dłoni
- Halo… mam Cię tu zostawić, czy idziemy do pokoju?
-Co? Tak… nie…co?
-Idziemy do pokoju? Czy wolisz tu zostać?
-Niee…nie wiem… tu jest tak pięknie. Nie wiem, o co chodzi w tym wnętrzu, może to te barwy, może jakieś feng shui czy coś, pojęcia nie mam. Ale mogłabym przestać tu całe życie.
-Znudziło by Ci się – odparł z przekonaniem i zaciągnął do windy. Piętro raptem trzecie.
Phi-pomyślała - mogliśmy iść po schodach…..
Skierowali się na prawo i weszli do… no tak. Nie był to zwykły pokój tylko dwupoziomowy, jak się okazało apartament.
Weronika zlustrowała szybko wnętrze utrzymane w stylu Art Deco, bez trudu dostrzegła schody prowadzące na piętro, kątem oka zanotowała łazienkę, pewnie olbrzymią. Podeszła do okna i wyjrzała. Za terenem zielonym przylegającym do hotelu rozpościerała się plaża. Odwróciła się, oparła o parapet, skrzyżowała ręce na piersiach.
- Adam….
-Tak? – jej towarzysz klęczał pochylony nad torbą i czegoś zawzięcie szukał.
-Dlaczego wydajesz na mnie taką kupę forsy?
-Że co proszę? – chyba jej nie słyszał bo nie oderwał się od swojego zajęcia. Nagle coś dojrzał-AHA!- wyjął ładowarkę do komputera – przepraszam, możesz powtórzyć?
-Pytałam, dlaczego wydajesz na mnie takie absurdalnie wielkie pieniądze? Przecież ten… apartament musi kosztować fortunę. I te wszystkie loty klasą nieekonomiczną, te kolacje, przyjemności… przecież to fortuna…..
- Kochanie – podszedł do niej z uśmiechem błąkającym się na jego niezbyt wydatnych wargach – po pierwsze jest to także mój urlop a ja jestem przyzwyczajony do pewnego standardu i nie zamierzam z niego rezygnować, żeby ktoś się czuł psychicznie lżej czy lepiej.
- Podlec – syknęła a On położył jej ręce na talii.
- Po drugie, co w sumie wynika z pierwszego, czy podróżowałabyś ze mną czy nie samochody wynajmowałbym takie same, w tych samych hotelach spał. Jedyna kwestia to bilety i posiłki, ale za to możesz mi oddać w naturze –obrócił ją delikatnie przodem do okna. Naparł nieco całym ciałem, tak że przywarł niemal do niej a jego dłonie powędrowały w kierunku jej brzucha.
Podniosła rękę i zagłębiła palce w jego zmierzwione włosy. Ustami dotykał jej szyi a dłonie błądziły mu bezwiednie.
-Dobra dzieciaku, wskakuj pod prysznic, ja muszę kilka telefonów wykonać i jedziemy na wycieczkę. – odsunął się od Niej jednym zdecydowanym ruchem, dał klapsa w tyłek i gestem wskazał łazienkę.
Wzruszyła ramionami. Bo choć miała na Niego straszną ochotę, o dziwo z dnia na dzień większą, to akurat w tym momencie wolałaby połazić po plaży czy rzeczywiście coś zobaczyć. Poszukała wzrokiem walizki, która leżała w sypialni. Otworzyła ją, wyjęła długa powiewną spódnicę i bluzkę, bieliznę i udała się do łazienki. W zasadzie należałoby powiedzieć pokoju kąpielowego. Był prawdopodobnie rozmiarów jej mieszkania z wielką wanną, chyba z jacuzzi, jak się domyśliła, dumnie stojącą na środku. Były tu też dwie umywalki imponujących rozmiarów, prysznic, pod którym zmieściłoby się przynajmniej ze cztery osoby na raz i jeszcze kilka rzeczy plus lustra szafki, podgrzewacze do ręczników i inne detale, których przeznaczenia nie znała. Zdecydowała się na prysznic i chwile jej zajęło, zanim rozszyfrowała, jak odkręcić wodę i ustawić odpowiedni strumień i temperaturę. Kiedy to uczyniła sos piknęło i miała wrażenie, jakby ja bardzo delikatnie kopnął prąd z pokrętła kranu. Trwało chwilę, nim się wreszcie ogarnęłam i wyszła. Rzuciła rzeczy byle jak do walizki i przeszła do salonu. Adam siedział na geometrycznym, skórzanym fotelu i stukał telefonem w jego metalowe wstawki, wybijając jakiś znany jej rytm, którego jednak nie mogła skojarzyć.
Kiedy ją zobaczył, nie przestał jeszcze przez chwilę. Uśmiechnął się tylko jakoś dziwnie.
- Mam dwie wiadomości, dobra i zła. Która chcesz na początku?
- Złą – przeszedł ją dreszcz.
- Muszę Cię tu zostawić na kilka dni, max na tydzień. – przestał stukać i podniósł się z fotela.
- A dobra? – postanowiła nie pytać o powód wyjazdu. Była zła.
- Chris się wybudził, lecę do Berlina.



* Inspiracją „Nell” Anny Rybkowksiej