19
- Co do kurw…- wrzasnęła i próbowała wstać
- Jezu.. – jakiś męski głos krzyknął z oddali –
Charliiiii…siad pacanie! Zostań!!- głos był całkiem blisko – Boże tak strasznie
przepraszam.
Weronika siedziała oszołomiona, obok niej z plastikowym
talerzem w zębach machając ogonem siedział dziwny, wielokolorowy pies i patrzył
to na Nią to na właściciela niskiego głosy niebieskimi oczami.
- Matko naprawdę przepraszam – odezwał się mężczyzna – wiatr
zawiał, jak rzucałem.. pies… -nagle jakby się zawstydził
- Powinieneś go trzymać na smyczy albo bawić się tam, gdzie
nie ma ludzi – warknęła – no co się tak gapisz?
- Przepraszam, ale… nie masz biustonosza. Znaczy to w Kali
normalne ale masz…
Weronika spłonęła rumieńcem szczęśliwie mało widocznym spod
opalenizny, chwyciła gore od bikini i założyła naprędce.
- białe ślady – dokończył tłumiąc wesołość – czyli nie
jesteś stąd i to Cię krepuje, bo nie jesteś..
- Ok., ok…zrozumiałam – podniosła się i sięgnęła po bluzkę.
- Cholera, poczekaj…- mężczyzna podszedł blisko
- Co znowu?
- Masz pokaleczone plecy, ten kundel Cię podrapał. Niedobry
Charli zwrócił się do psa – siedź tam i ani mru mnru – pies skulił się i
patrzył na swojego pana – słuchaj to trzeba przemyć, żeby się nie wdało
zakażenie.
Schylił się po jej spódnicę.
- Załóż to, pójdziemy do mnie. Spokojnie – dodał widząc jej
niepewny wzrok – jak chcesz mogę Cię do szpitala odwieźć ale to chyba
niekonieczne. I nie bój się, mieszkam w tym domu, o tam – wskazał ręką na
budynek majaczący gdzieś niemal na horyzoncie.
Spojrzała na Niego badawczo. Posłusznie naciągnęła spódnicę,
za co się znowu zganiła w duchu że po raz kolejny słucha czyichś poleceń no ale
w sumie miał rację.
- Mieszkam sam, ale córka mnie właśnie odwiedza. Powinna być
w domu za pół godziny, akurat jak tam dotrzemy. Chyba, ze wolisz po kogoś
zadzwonić – wyciągnął z kieszeni telefon i wyciągnął w jej stronę.
- Podobno zwierzęta łagodzą obyczaje, zatem jest szansa, ze
mi nic nie zrobisz – skrzywiła się, bo plecy zaczynały ją piec. Pewni gdzieś do
zadrapania spłynęła kropka słonej wody, która pozostawił niebieskooki pis. –
dobrze, chodźmy.
- Jasne. Tak w ogóle to Paul jestem – wyciągnął rękę
- Weronika.
Dopiero teraz obrzuciła właściciela niebieskookiego psa
wzrokiem. Był wysokim blondynem, dobrze ale nie przesadnie zbudowanym. Miał na
sobie szorty, koszulkę chyba upchnął do kieszeni. Na stopach miał…
- ech – westchnęła w duchu….
Na stopach miał bowiem niebieskie trampki z ultramarynowymi
sznurówkami. Ten kolor ja chyba prześladował i zaczynała się zastanawiać, czy
go nie znienawidzi. Właściciel psa miał podobnie jak jego pupil także
niebieskie oczy, które uważnie na Nią patrzyły.
- To co, idziemy?
Trochę trwało nim doszli do celu. Otworzył przed nią ukrytą
w zaroślach furtkę, pies oczywiście pobiegł przodem wesoło poszczekując.
Zatopili się w wilgotną zieleń a po kilkunastu sekundach stanęli na trawniku
okalającym basen. W cieniu drzew… „drzewa…phi.. myślałam, że będą palmy”stało
kilka leżaków. Nieco dalej trawa przechodziła w gładkie, płaskie kamienie,
które ukryte pod dachem stanowiły cos w rodzaju ganka przed przeszklonym
wejściem do niskiego budynku.
Zaprosił ją gestem do środka. Panował tam miły chłód ale nie
było to przejmujące zimno. Wnętrze było surowe, wykonane z naturalnych
materiałów choć można rzec, że modne w swej prostocie. Podłogę pokrywał
częściowo kamień a częściowo drewno. Ściany były wykonane z grubego kamienia.
Rozejrzała się i nie widząc klimatyzatorów stwierdziła, że chłód prawdopodobnie
zawdzięcza to wnętrze takim a nie innym materiałom budowlanym. Salo, bo do
niego weszli, miał kominek „na co komu kominek w Kalifornii?” , nieco dalej
stała niska, drewniana ława ze szklanym blatem, kilka foteli, od głębokich
klubowych po proste, designerskie z duża ilością aluminium. Tu i ówdzie były
ustawione lampy podłogowe. Brakowało światła górnego a kinkiety na ścianach
były przeznaczone chyba wyłącznie do oświetlania eksponowanych tam obrazów i
zdjęć. Przeszła wolno przez pomieszczenie podążając za gospodarzem. Ten się jej
ciekawie przyglądał pochylając głowę na bok i jednocześnie szukając czegoś w
podręcznej apteczce.
- Masz niesamowite wnętrze…znaczy – zdała sobie sprawę z
dwuznaczności – chodzi mi o ten salon…
- Podoba Ci się? To mi niezmiernie miło – uśmiechnął się – a
teraz podejdź i usiądź. Nie tak, tyłem do mnie, musze widzieć dokładnie…
Usadowił ja na wysokim stołku barowym przy blacie przedzielającym
salon i kuchnię. Zapalił jedną z lamp. Przysunął ją i zabrał się za
oczyszczanie pleców dziewczyny.
Weronika co chwila wydawała z siebie syk bo plecy ją
szczypały niemiłosiernie. Wyglądało na to że pies podrapał ją dosyć dokładnie,
centymetr koło centymetra.
- Długo tu mieszkasz? – zapytała gdzieś pomiędzy
syknięciami.
- W Kalifornii całe życie. W tym domu…- zamyślił się –
jakieś 10 lat, może odrobinę dłużej. Kupiłem za pierwszy większy przypływ gotówki.
Wiesz, taka fala… - zaśmiał się.
- też by mi się przydała taka fala – westchnęła dziewczyna –
ałaaaa!!!! – nagle podskoczyła – to cholernie boli!
- To jest chyba najgłębsze. Z wierzchu nie widać, bo wąskie
ale głębokie. Przepraszam, ale musze jeszcze raz…. – zatrzymał głos jakby
pytając ją o zdanie.
Kiwnęła zrezygnowana głową i zacisnęła dłonie na blacie –
lej Wać, bólu oszczędź… - wyszeptała pod nosem.
- Masz seksowny głos jak tak mruczysz do siebie.
Podniosła głowę zdziwiona tym tekstem i już miała coś
odparować gdy On polał jej plecy większą dawką środka odkażającego. Najpierw
krzyknęła a potem poleciały z jej oczu łzy.
- No dobra płaczesz z bólu czy nad moim marnym tekstem? –
stanął przed Nią z niewyraźną miną.
- Niezły jesteś….. – patrzyła Mu w oczy z uznaniem
- Ależ ja nie wiem, o czym Ty mówisz – pokazał w uśmiechu swoje
hollywoodzko białe zęby
- Jasne… ten tekst miał odwrócić moją uwagę w najgorszym
momencie.. a już chciałam wziąć twoje słowa na serio i Cię zbesztać.
Zeszła ze stołka i skrzywiła się. Skóra na plecach miejscami
nadal bolała.
- Wiesz co, mam propozycję. Jeśli nie masz innych planów,
posiedź ze mną. Za mniej więcej godzinę przyjedzie moja córka. Zjemy razem
kolację. Później nasmaruję Cię takim specjalnym olejkiem, żeby się rany goiły a
skóra nie ciągnęła i nie pękała.
- Taki masz sposób na podryw?
- Tzn?
- Na niewychowanego psa i opatrywanie ran?
- Nie e…-zmieszał się nieco
- Żartowałam – poklepała Go po ramieniu. Sięgnęła do torebki
i rzuciła okiem na wyświetlacz telefonu. Nieodebranych połączeń – zero…. Nieoczytanych
wiadomości – zero…. – jasne, z wielka przyjemnością. Jeśli tylko Twoja córka
mnie nie rozszarpie to chętnie zostanę, nie mam planów. – odwróciła się do
Niego tyłem i udała że studiuje malowidło na przeciwległej ścianie. On jednak
zauważył grymas, który przebiegł przez jej twarz, kiedy sprawdzała komórkę. Nie
wiedział, czy to zawód czy raczej ulga. Był ciekaw ale pytać Nie chciał. W
końcu to nie jego sprawy.
- A Ty co robisz w LA? Mieszkasz tu? – schował apteczkę do
szafki.
- A wyglądam? – okręciła się wokół własnej osi
- Czy ja wiem…. W sumie nie bardzo. Za mało opalona jesteś,
nie jesteś blondynką i masz silikonowych ust i piersi.
Obydwoje się roześmieli.
- Przyjechałam na wakacje. W sumie kilkudniowy wyjazd bo to
jego kolejna część. Jeszcze ma być kilka dalszych ale nie wiem, jak to będzie
wyglądało – zamyśliła się – wcale nie jestem pewna, czy chcę dalej jechać a nie
wracać do domu. Albo coś w tym guście…
- Chcesz mrożonej kawy? A może jesteś głodna? Przepraszam,
przerwałem Ci myśl.
- Nie szkodzi. Na obydwa pytania odpowiedź twierdząca. Za
wiele to dziś nie jadłam. A co do mojego toku myślenia to chyba potrzebuję zmiany.
I to teraz, natychmiast, już. Bez czekania ani sekundy. Tylko nie wiem jakiej
zmiany.
- Sami jesteśmy reżyserami naszego życia – westchnął –
chińszczyzna? Piza? Jakieś sałatki?
- Owocowa tylko duża. I tu się mylisz mój drogi. Czasem
rzeczywiście dyrygujemy naszym życiem a czasem jesteśmy jedynie liściem
płynącym w jego nurcie i nie możemy zrobić absolutnie nic.
Popatrzył na Nią. Pomyślał, że to zabawne porównanie jednak
po chwili przyznał w duchu rację. On miał wiele szczęścia ale znał ludzi,
którzy nie radzili sobie z własną egzystencją i nie umieli bądź nie mogli temu
zaradzić. Kiwnął głową i podał jej mrożoną kawę. Wyjął owoce i dużą salaterkę i
zaczął kroić. Najpierw ananasa, później gruszkę i całą resztę. Weronika stanęła
obok Niego bez słowa i wzięła drugi nóż. Stali tak w ciszy kilka minut i tylko
stukanie ostrzy o deski świadczyło o tym ,że to nie stop klatka z jakiegoś
filmu.
Kiedy sałatka była gotowa, przenieśli się nad basen. Wybrali
miejsce w cieniu. Paul pokazał gestem, by sobie pierwsza nałożyła.
- Opowiesz mi o tym? – przerwał ciszę – O tym życiu, które
chcesz zmienić?
- A wiesz, że tak? Mam dosyć gadania sama ze sobą. – I zaczęła
opowiadać nie szczędząc detali szczególnie z ostatnich kilku tygodni. On nie
przerywał. Czasem się uśmiechnął, zmarszczył czoło lub pokiwał z niedowierzaniem
głową. Kiedy na zakończenie powiedziała „No i nie wiem, co mam robić. Stoję jak
osiołek przed żłobami z sianem i owsem i nie wiem, co wybrać. W końcu z głodu
zejdę”.
Kiedy otwierał usta by jej odpowiedzieć, rozległ się
dzwonek.
- To pewnie Mead przyjechała. Moja córka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz