Wena mi trochę koresponduje z pogodą a pogoda jest w typie "niechcemisie"... no ale jest nowy rozdział, dla tych co mają jeszcze siłę i cierpliwość. Jak zwykle komentarze chętnie widziane.
20.
Po wyjściu Weroniki z pokoju Adam stał przez chwile
zdziwiony całą ta sytuacja. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. W sumie,
to w ogóle nie myślał, czego się spodziewać. Kiedy dostał wiadomość, od razu
podjął decyzję. I nie było w niej miejsca na sentymenty. Zresztą, jakie
sentymenty… Lubił ja, owszem. Była oryginalna, marudna, potrafiła wybuchnąć a
jej nastrój zmieniał się jak pogoda nad morzem. Wprowadzała do jego życia
dodatkowy koloryt, choć na brak rozrywek nie mógł narzekać. Ale żeby coś
więcej? Nie…
Pokręcił głową, podrapał się po karku, wsadził ręce do
kieszeni i wyszedł na taras. Nabrał powietrza w płuca, zatrzymał je na kilka sekund,
aż poczuł, jak jego ciało domaga się nowej porcji tlenu i powoli wypuścił je by
zaczerpnąć normalny oddech. Ten sposób na skupianie się, idiotyczny skądinąd odkrył
kilka lat temu. Mózg stojący w obliczu braku dopływu tlenu wykonuje jakąś
magiczną pracę. Wyłącza chyba wszystkie niepotrzebne procesy, co pozwalało
Adamowi rozjaśnić myśli. Nie wiedział, jak to działa ale działało. Na Niego
przynajmniej, bo nikomu nie zdradzał swojej tajemnicy. Obrażona dziewczyna. Przyjaciel
wybudzony ze śpiączki kilka tysięcy mil stąd, kariera, fani, kolorowe życie,
duża kasa. Co się liczyło?
Przypomniał sobie, jak przez przypadek wszedł na portal,
gdzie znalazł zdjęcie Weroniki. Strasznie był wtedy pijany, upił się zresztą w
samotności, z rozpaczy nad beznadzieją swojego życia. Tak przynajmniej myślał w
tamtym momencie. Otworzył laptopa. Wyskoczyła jakaś reklama. Kliknął raz drugi
i trzeci. Zalogował się (nie pamiętał teraz nawet hasła…), przeleciał (taaaak,
to właściwe określenie – zaśmiał się do siebie w myślach) jakieś kilkaset
anonsów. Zatrzymał się na Weronice. Sam nie wiedział, o co chodziło. Napisał. Zamknął
laptopa i próbował oddać się w objęcia Morfeusza lecz nim to nastąpiło opróżnił
do końca butelkę Jacka Daniela. Potem zaczęli cos tam ze sobą pisać, umówili
się. Jak weszli do tego baru w Berlinie i zobaczył kelnerkę to już wiedział, ze
to ona. Ale postanowił grać. Mało – postanowił nic nikomu nie mówić a jeszcze
na dodatek zachęcał Chrisa do tego, by się z Nią umówił. Ciekawy był, co
dziewczyna zrobi, jeśli dojdzie do randki to jak się zachowa. Zamierzał
wszystko z przyjaciela wyciągnąć. Posunął się nawet do tego, że ich śledził. Chyba
Go nawet widzieli, jak zapalał papierosa ale był na tyle daleko, by pozostać
nierozpoznanym. Konsekwentnie pałętał się w pobliżu przez cały wieczór. Jednak
zbyt szybko odpuścił. W nieodpowiednim momencie zwinął żagle i nie widział, kto
napadł na jego kumpla.
Zakrył dłońmi twarz, westchnął po raz kolejny głęboko i
wszedł do środka. Złapał jeszcze nawet nie rozpakowana torbę, po chwili namysłu
rzucił na stół kartę kredytową i wyszedł. W taksówce myśli i wyrzuty sumienia
dopadły Go ponownie. Nie mógł sobie wybaczyć, że był takim niekonsekwentnym
dupkiem. Już jak tak bardzo chciał śledzić randkowiczów, mógł pozostać przy
kumplu do końca. O dziwo, nie wyrzucał sobie, że w ogóle się na ten krok
zdecydował ale że przerwał to w najmniej odpowiednim, jak się okazało, momencie.
Może by złapał tego sukinsyna, może by obronił przyjaciela, może, może… może…..
Tak czy inaczej z wyrzutami sumienia i ciągłym brakiem jasności w głowie w
pewnych tematach, wysiadł z taksówki i szybkim krokiem udał się do stanowiska
odpraw, gdzie czekał na niego zamówiony wcześniej bilet. Nie miał czasu na strefę
bezcłową zatem od razu przeszedł do samolotu. Na pokładzie pojawił się jako
jeden z ostatnich. PO starcie poprosił stewardesę o drinka i oddał się dalszym rozmyślaniom.
Wrócił do Weroniki. Zastanawiał się, co do Niej czuł i czy w ogóle coś.
Tak, coś czuł. Musiał to sam przed sobą przyznać. Ale co?
Nie umiał tego nazwać. Miłość? Cholera wie. Pożądanie? Owszem, było mu z Nią w
łóżku idealnie. Ale co dalej, ewentualnie…? Ma ją poprosić, by weszła na stałe
do jego życia? Nie był pewien, czy ma ochotę się aż tak wiązać.
Wypił jednym haustem drinka i poprosił o kolejnego. Był zły
na siebie, że ma taki zamęt w głowie i nie potrafi tego poukładać. Drażniły Go
wydarzenia ostatnich tygodni. Dopóki był z Weroniką nie myślał o tym. Ale
teraz, sam, miał inna perspektywę i zaczynało go to wszystko uwierać jak
przyciasne slipy.
- No ale jakieś decyzje powinieneś podjąć. Jakoś to trzeba
dalej poprowadzić. W tę albo w tamtę. Dla siebie… Dla Niej…. – powiedział na
głos. Na szczęście był to szept i chyba nikt Go nie słyszał.
Kolejny drink od stewardesy wychylił znowu duszkiem. Poczuł
przyjemne ciepło w okolicy żołądka i oczu. Zamknął je i odpłynął szybciej, niż
się tego spodziewał.
Chris leżał zupełnie przytomny ale niesamowicie słaby. Gapił
się beznamiętnie w sufit i rozmyślał nad tym, co się stało. Pamiętał o dziwo
wszystko. I to, co się działo przed wypadkiem, i kolesia który Go zranił i to
co mówili ludzie Go odwiedzający w szpitalu. Pamiętał płaczącą Weronikę,
wściekłego Adama, jakiegoś milczącego policjanta i pielęgniarkę o seksownym
głosie. Jeśli chodzi o oprawcę, to pamiętał, ale niestety nie wszystko. Nie
widział jego twarzy, słyszał tylko jakiś szept, bardziej świst przekleństwa czy
groźby rzucony spomiędzy zębów. Napastnik chyba był nieco od Niego wyższy, ale
nie mógł stwierdzić tego na sto procent. Nie rozumiał jak to się wszystko stało
i dlaczego. Co mógł, opowiedział już temu milczącemu policjantowi. Gość mu nie
przerywał choć zadawał masę pytań spoza tematu. Głównie dotyczących Adama i
Weroniki a tego ranny nie rozumiał. Na jego pytania detektyw odpowiadał, ze to On
tu jest od zadawania pytań a nie Chris i On wie, co robi. Kiedy skończył Go
przesłuchiwać, powiedział, że wkrótce się odezwie i żeby nie wyjeżdżał z
Berlina jeszcze przez najbliższe dwa tygodnie, nawet jeśli Go wypiszą ze
szpitala.
Pielęgniarka o seksownym głosie i, jak się okazało,
egzotycznej urodzie, poinformowała Go, że lekarz powiadomił kilku jego
znajomych, m.in. jakiegoś Adama, który rzekomo miał przylecieć najbliższym
samolotem. Skąd tego jednak nie wiedziała. Pytał, czy słyszała imię Weronika,
Ona jednak pokiwała przecząco głową. Pomyślał, że może z zazdrości tak zrobiła
(kto tam wie, co siedzi w głowie kobiety…?). Jej spojrzenie jednak było szczere
a na odchodne dodała, że nie słyszała żadnych damskich imion ale też nie
słyszała wszystkich, do których lekarz prowadzący dzwonił zatem może czegoś nie
wiedzieć. Po czym uśmiechnęła się przesłodko, co złagodziło niemal do zera
wszystkie boleści pacjenta i wyszła z sali bezgłośnie. Zostawiła Go z masą
pytań, których nie zdążył lub zdecydował się nie zadać. W końcu to tylko
pielęgniarka i nie sądził, by pytanie o to, jak np. wyglądała Weronika, gdy Go
odwiedzała, miało sens. Albo raczej, czy było na miejscu. Przecież… to na
koniec dnia nie miało żadnego znaczenia. Zamknął oczy i postanowił spróbować
się zdrzemnąć do następnej wizyty lekarza. Nim policzył do pięciu spał.
Detektyw po raz kolejny przerzucał materiały dotyczące zajścia
sprzed kilku tygodni, gdy napadnięto młodego Amerykanina. Przypominał sobie
rozmowy z jego przyjacielem i dziewczyną, która była… dziewczyną ich obu? żadnego?
Przyjaciółką? Dziwką? Sam nie wiedział. Zaobserwował kiedyś z ukrycia w
szpitalu jej wybuch płaczu przy łóżku chorego. Z kolei kiedy rozmawiał z Nią i
tym wytatuowanym muzykiem miał wrażenie, że tych dwoje łączy ze sobą cos
więcej.
- Pojebane to życie – przejechał dłonią po czole i zmierzwił
włosy – i do tego kurwa nie ma absolutnie nic. Jedno wielkie gówno – powiedział
głośniej i odrzucił teczkę na biurko. Czegoś tu ciągle brakowało, obraz był
niepełny. Nie było punktu zaczepienia. Nie natrafił na nikogo, kto mógłby być
wrogiem muzyka. Myślał tez o wrogach dziewczyny ale tę hipotezę odrzucił. Ona
nic nie znaczyła poza tym, zaatakowano by ja a nie jego. Pozostawał zatem
przypadkowy napad, którego świadków nie było, nie było śladów, nie było zdjęcia
choćby ułamka twarzy, DNA, nie było nic. Kompletnie nic.
- Szefie – z zamyślenia wyrwał Go głos blondyna, który stał
przed jego biurkiem nerwowo przestępując z nogi na nogę. Pracował z Nim przy
sprawie Amerykanina.
- No?
- Jest coś dziwnego. Chyba powinien Pan to zobaczyć.
- A chodzi o?
- Sprawę tej napaści. Ale może pojedźmy na miejsce, po drodze
Panu opowiem, co udało mi się ustalić. Całkiem przypadkiem zresztą.
Detektyw wziął z oparcia kurtkę i podążył za swoim kolegą
zachodząc w głowę, czy to, czego się dowie, nada wreszcie bieg sprawie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz