6. Jemy - nie tyjemy
- Sporo jesz... - powiedział Chris i tuż po tym, jak to zrobił zaczerwienił się – przepraszam, to nietakt z mojej strony... Kobiety się nie pyta o wiek, nie zwraca uwagi na ilość jedzenia i zawsze się jej mówi, że jest najpiękniejsza.
- To ty kłamca jesteś znaczy się... - wytarła serwetką usta ukrywając przy okazji rozbawieniem.
- Ja nigdy nie kłamię, czasem tylko przedstawiam którąś wersje prawdy – usiłował nie patrzeć na jej talerz dokładnie wyczyszczony z całej zawartości ale wzrok mu stale uciekał w jego kierunku.
- Gdzieś słyszałam ten tekst...
- Jack Nicholson. Chyba w „Lepiej późno niż później” ale głowy nie dam....
Bawiło ją jego zakłopotanie.
- Mam chorą tarczycę. Mogę jeść dużo, jak facet ale to na mnie „nie wchodzi”. Przynajmniej na razie.
- A to chyba poważna sprawa?
- Szczerze? Znam poważniejsze...
- Nie powinnaś tego leczyć.
- Powinnam. Ale po jednych lekach miałam zawroty głowy, uderzenia gorąca i palpitacje serca takie, że mnie pogotowie dwa razy zabierało, po innych mogłam spać 24 na 7 a po kolejnych wysypkę. Jestem pod kontrolą lekarza ale bez leków. Dopóki nie będzie jakiegoś nowego środka dostępnego na rynku nic nie mogę brać.
- Trochę przekichane....- zasępił się – od dawna tak masz?
- Zawsze jadłam więcej niż ojciec ale dopiero 3 czy 4 lata temu zdiagnozowano problem. I to przy innej okazji... ale nie mówmy o tym – upiła łyk wina – przepyszne było to mięso.
- Chcesz jakiś deser? - machnął na kelnera – może lody?
- Niieee..... ale torcik szwardzwaldzki bym chciała – oblizała się jak małe dziecko.
- To dwa poprosimy. Dla mnie jeszcze esspresso a dl Ciebie?
- Też.
- To wszystko.
Kelner oddalił się zabierając ze sobą ich puste talerze.
- Wiesz, co dobre.
- To spadek po tacie. On bardzo lubi ten torcik, podobnie jak węgierski. A i krem sułtański. No i kilka innych rzeczy jeszcze.
- Twój ojciec to niezły smakosz – nagle kieszeń Chrisa zaczęła wibrować – cholera przepraszam – wyjął telefon – zapomniałem wyłączyć wibracje.
- Coś ważnego? Może odbierz...
- Nie – schował aparat z powrotem do kieszeni uprzednio wyłączywszy uporczywe bzyczenie – to chłopaki...
- Aaa..... - odpowiedziała inteligentnie bo myśli miała już zajęte torcikiem, który kelner właśnie przed nią postawił – hałaśliwa ferajna z wczoraj? to Twoi kumple? Współpracownicy? - usiłowała pogodzić kęs przepysznego ciasta i mówienie.
- W zasadzie wszystko razem i jeszcze trochę. Znamy się od podstawówki. Od kilkunastu lat gramy razem i razem włóczymy się po świecie. Przyjaźnimy się i pracujemy razem.
- Zaraz, znaczy jesteście zespołem? - zdziwiła sięZamiast odpowiedzieć wyjął telefon i włączył cicho, by nie przeszkadzać innym klientom restauracji, utwór muzyczny.
- Hej, ja to znam. Od kilku miesięcy wszystkie stacje muzyczne to puszczają – zanuciła – znam to niemal na pamięć. Chcesz powiedzieć, że to wasze? - była szczerze zdziwiona. Piosenkę znała bardzo dobrze natomiast nie miała pojęcia jak wygląda ktokolwiek z „Friday thirteen”
- Tak jakby... - powiedział, jakby go to zawstydzało
- Hej! To świetny kawałek! Znam jeszcze kilka Waszych utworów. Ale numer – nie mogła uwierzyć własnym oczom. - Słuchałam Was często ale nigdy nie widziałam. Nie patrzyłam nigdy w googlach, jak wyglądacie.
- No patrz, a myślałem, że w dobie internetu wszyscy wszystko googlują – zaśmiał się i upił malutki łyczek espresso.
- Przyznaję się bez bicia, rzadko słucham muzy w internecie. I tak spędzam długie godziny przed ekranem. W czasie wolny, jeśli go mam chętnie siadam z książką, puszczam radio...
- Otwieram wino, wypijam ze swoją dziewczyną....
- Ej, to nie Wasz tekst!
- Nie, ale ładnie się rymuje
- Kurcze, tak jak teraz myślę to pasujecie... robiliście tyle hałasu dzisiaj.. jak banda rozwydrzonych dzieciaków. Przydałyby się Wam klapsy w tyłki.
- Od Ciebie z wielka przyjemnością – pochylił się do niej i spojrzał w oczy.
- Czaruś – odsunęła się przezornie – kończysz ten torcik?
- A co? Masz ochotę? Bo ja nie bardzo już mogę...
- Nie no dojadać po Tobie nie będę.
- Jeszcze nie.... na tym etapie związku się jeszcze wzbraniasz ale zobaczysz, będziemy jedli z jednego talerza i pili z jednej szklanki – mówiąc to wykonał teatralny gest o bliżej nieokreślonym znaczeniu.
- No proszę.... jak Ty wszystko już przewidziałeś...a moje zdanie w tej farsie się nie liczy? - Wercia zbierała widelczykiem okruszki ciasta z talerza unikając patrzenia na ledwie rozpoczętą porcje jej towarzysza.
- Serio, jak masz ochotę nie krępuj się...albo nie – machnął na kelnera – jeszcze jeden torcik dla Pani.
Kelner uprzejmie
skinął głowa i tyle go widzieli.
- Wyglądacie na zgrana grupę. Jak ze sobą wytrzymaliście tyle lat? - powróciła do tematu zespołu, który był jej zdaniem bezpieczniejszy i bardziej odpowiedni na pierwsza randkę.
- Znamy się prawie całe życie, mieszkaliśmy jako dzieci w jednej dzielnicy, potem była ta sama szkoła. Kiedy mieliśmy po 13 lat, bo jesteśmy z tego samego rocznika, postanowiliśmy założyć zespół. To był piątek. W dodatku trzynasty. No i nazwa była gotowa.
Kelner postawił
przed nią tort. Kawałek sprawiał wrażenie większego, niż
poprzedni.
- Dziękuję – powiedziała do kelnera i ukroiła kawałek.
- Gapa jestem, nawet nie spytałam... jaka jest Twoja rola w zespole?
- Klawisze. Miałem w domu pianino z czasów młodości mojej mamy, która kochała ten instrument. Chodziłem do szkoły muzycznej. Zresztą jak pozostała czwórka.
- Czwórka? Przecież było Was sześciu dziś a Ty plus czterech to pięć.
- W zespole nas pięciu jest, Ten szósty, co cały na czarno był to koleś z wytwórni. Dogrywaliśmy detale naszej przyszłorocznej trasy. Przy okazji wyszło kilka małych projektów i dlatego zdecydowaliśmy się na kolację poza biurem, żeby było na luzie. Potem chłopaki poszli na kręgle.
- A Ty czemu z nimi nie poszedłeś? - odsunęła pusty talerz i uśmiechnęła się z zadowoleniem, jakiego dostarcza pełny żołądek.
- Bo się z Tobą umówiłem.
- I nie mają Ci tego za złe?
- A czemu mają mieć? Nie żyjemy w komunie, nie mamy obowiązku spędzać ze sobą czasu. Robimy to bo się lubimy i wolimy pograć w kręgle czy bilard niż iść na dziwki.
- Uuu... mocne słowa...- uśmiechnęła się zalotnie – ale wątpię, czy prawdziwe.
- Możesz myśleć co chcesz, ale nie łajdaczymy się na prawo i lewo. Image sceniczny to tylko image sceniczny. Perkusista i basowiec mają żony i każdy jest już ojcem. Matt jest zaręczony a ja i Adam jesteśmy singlami. - wyłapał jej kontrolne spojrzenie – co nie znaczy, że sypiamy z kim popadnie i kiedy się nadarzy okazja. Adam miał dziewczynę dwa lata, bardzo ja kochał... puściła się z jakimś fotografem. Robił dobra minę do złej gry ale przeżył to mocno. Tym bardziej że doniósł o tym jakiś portal plotkarski ze zdjęciami a ona mu w żywe oczy, że to fotomontaż. Chciał jej wierzyć. Zaszła w ciążę. I pewnie by go przekonała, że to jego dziecko gdyby nie pewien medyczny problem. Adam nie wiedział, jak jej powiedzieć, że nie może być ojcem na początku związku, potem jakoś odwlekał ten moment, czekał na właściwy. Kiedy mu się rzuciła na szyję twierdząc „Kochanie, będziemy rodzicami” uśmiechnął się do niej i mówi „Cudownie. A kto jest tatusiem? Bo ja jestem bezpłodny”.
- Możesz mówić o tajemnicach swojego przyjaciela?
- Tak, od tego momentu tak. Adam może ni etyle pozwolił ile powiedział, że ukrywać więcej tego nie będzie.
- No dobrze a Ty?
- Ja? - zamyślił się a na ustach zastygł mu grymas ni to zadowolenia ni niesmaku – ja jestem idealistą i wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia.
- Jeszcze powiedz, że jesteś dziewicem.
- Hahaa! Co za określenie. Jeszcze nie słyszałem. Chcesz coś jeszcze? - kiwnęła odmownie głową więc skinął na kelnera by ten przyniósł rachunek. - Trochę pojechałaś po bandzie. Ale zdziwiłabyś się wiedząc, z iloma kobietami spałem.
- Tak wiele ich było? - zapytała zaczepnie
Nic nie
odpowiedział bo podszedł kelner. Chris uregulował należność.
- Idziemy?
- Tak, jasne. Ale nie zmieniaj tematu.
- Zaraz Ci dokończę – wziął z szatni jej okrycie, pomógł się ubrać. Szybko zarzucił swoje na ramiona i wyszli. Okazało się, że na zewnątrz jest całkiem przyjemnie. Zniknął gdzieś przeszywający wilgotny chłód, który czuć było w powietrzu od samego rana. Zrobiła się całkiem ciepła jak na tę porę roku bezwietrzna i bezchmurna noc. Spojrzała w niebo – było pełne dobrze widocznych gwiazd.
- Romantycznie, prawda – wziął ją za rękę. Nie broniła się – choć się trochę przejdziemy. Dobrze zrobi na trawienie..poza tym obiecałaś mi spacer.
- Ja Tobie? - wydęła usta udając oburzenie – nie przypominam sobie bym Ci cokolwiek obiecywała – ale dała się prowadzić.
- Choć, nie marudź. Taka piękna noc, nie można jej zmarnować.
- Aha i jeszcze pewnie mnie do jakiegoś parku, lasu zagajnika chcesz zaciągnąć albo w ciemna bramę.
- Masz fantazję. Ale spokojnie, nie mam żadnych ukrytych planów i proponuję, o, tamten plac. Jest kilka ławek, ładnie widać niebo.... no i ten Twój Anioł Struż, będzie widoczny jak na dłoni jeśli się zdecyduje ujawnić. Nie będzie mógł podejść blisko.
- O kim Ty mówisz – zdenerwowała się ale przytrzymał ją by się nie odwróciła za siebie.
- No o tym kolesiu z bramy przed knajpą. On chyba nadal za nami łazi.
- Nie no nie żartuj z takich rzeczy – była na serio zaniepokojona – po co miałby to robić. On czy ktokolwiek inny?
- Jest zazdrosny o Ciebie. - objął ją
- No nie bądź śmieszny – zaśmiała się nerwowo, zupełnie nie w jej stylu.
- Z tym chichotem Ci nie do twarzy. Nie chciałaś się z nim umówić a umówiłaś się z innym. Jak go stać na przemoc wobec kobiet to stać go na szpiegowanie. Dobra zresztą nieważne – zatrzymał się – nie będziemy spędzać wieczoru rozmawiając o twoim adoratorze.
- Zatem o czym będziemy rozmawiać? O Tobie?
- To całkiem niezły temat – zaśmiał się w taki dźwięczny, dziecięcy sposób.Popatrzyła na niego. Przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.
- Wiesz co, tak w półmroku, w tym wieczornym świetle latarni jesteś całkiem przystojny.
- Uważaj... - pochylił się w jej kierunku
- Na co – lekko przeciągnęła sylaby akcentując je zaczepnie
- To się robi niebezpieczne – niby zachęcał uśmiechem ale nie posunął się do przodu o milimetr
- Boisz się o siebie czy o mnie? - cofnęła się nieznacznie tym samym powiększając dystans między ich twarzami.
- Posłuchaj, jestem muzykiem, moje życie to trasa...
- Ej, to nudne... zaraz mnie poczęstujesz gadką, że nie jesteś stały w uczuciach, że gdzie strona tam żona, że kochasz wszystkie kobiety, że szanujesz itp....
- No nie do końca o tym myślałem – wsadził ręce do kieszeni. Zaczęli iść obok siebie – coś w tym jest, co mówisz, bo tak się kojarzy życie muzyka.. Ale nie moje życie. Ja chciałem powiedzieć, że moje życie, jako muzyka w dużej mierze przebiega poza domem. Że nie każda kobieta jest w stanie to zaakceptować, dać kredyt zaufania i radzić sobie z cieknącym kranem, kiedy mnie nie ma..
- No wiesz – weszła mu w słowo – zawsze można wezwać jakiegoś przystojnego hydraulika.
- To fakt. Ale chodzi mi o to, żeby tego nie robić. Żeby rozmawiać, a nie na siebie krzyczeć, żeby sobie pomagać a nie sobie rzucać kłody pod nogi, żeby być partnerami a nie wrogami...
- No ładne to co mówisz – stanęła. Popatrzyła na podświetlony kościół i zamyśliła się. Niby już kilka razy w życiu słyszała tego typu teksty. Ale zawsze były wypowiadane przy okazji maślanego wzroku utkwionego, prawdziwie lub nie, w jej twarzy. A tym razem kolega, miała wrażenie, mówił to szczerze. - tylko ile w tym prawdy?
- To pytanie retoryczne chyba. - popatrzył na nią, poprawił kosmyk włosów wysuwający się niesfornie zza jej ucha. Zjechał dłonią z policzka na ramię – przecież wiesz, że nie kłamię. Masz intuicję.
- Tia – weszła na niewielki murek i zrównała się z nim wzrokiem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak On jest wysoki. Świat z perspektywy kilkudziesięciu centrymetrów więcej wyglądał nieco inaczej. Czy lepiej tego nie wiedziała ale na pewno inaczej. - jakoś ta moja intuicja zasypia czasami.
Przysunął się do
niej i położył jej ręce na swoich ramionach. Lekko się
wzdrygnęła a On to wyczuł.
- Ok, powiem coś banalnego, ale... możesz mi zaufać... - objął ją w pasie i się przysunął jeszcze bliżej
- Aha, jasne – przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy. Ciekawa była, czy będzie chciał ja pocałować. Ale On nie wykonał żadnego ruchu..
- Na nic nie będę napierał. Pierwszy ruch, pierwsze dwa ruchy należą do Ciebie..
- Dwa?
- Wysil wyobraźnię – odsłonił w uśmiechu dwa rzędy zębów bielszych niż śnieg. Miała wrażenie, że to ją oślepia.
- Iiiii.... wysilić....ech – westchnęła głęboko i wtuliła się w jego szyje i włosy. Poczuła ciepło i zapach. On pachniał...właśnie, czym On pachniał? Świeżo zaparzoną kawą... mocnym espresso z jedną łyżeczką brązowego cukru...i piernikiem, takim dopiero co wyjętym z piekarnika, ciepłym i miękkim jak wata cukrowa, aromatem zdradzającym obecność bakalii. Pachniał obietnicą rodzynek i daktyli, ciepłą glazurą z czekolady. Pachniał przyprawami korzennymi i cynamonem.Powoli wycofała twarz z włosów i zatrzymała się na policzku. Miał przyjemnie ciepłą skórę,z lekkim meszkiem, jak brzoskwinia. Miękką i przyjemną w dotyku, jak mięsisty aksamit. Czuła pulsowanie krwi w skroniach. Tylko nie wiedziała, czy to był jej czy jego puls. Pachniał... cholera, pachniał nagością... namiętnością, czułością, radością... grzechem i pokutą... i ciastem drożdżowym z kruszonką i z rodzynkami posmarowanym aromatycznym masłem i popitym mlekiem..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz