niedziela, 8 czerwca 2014


Ponieważ moja wena dawno już odpłynęła w sina dal, zatem oddaję w ręce tych, co pozostali mi wierni rozdział ostatni. Zapraszam rzecz jasna Xtiana oraz obiecuje, że jeśli pojawi się coś nowego, będzie to widoczne. Śledźcie listę moich blogów…jakieś tam pomysły są, zobaczymy, co się wykrystalizuje. Ewentualne sugestie także mile widziane J


21



Weronika nieśpiesznie wracała plażą do hotelu. Niebo miało granatowo-popielaty odcień nocy i w związku z tym, że Paul nalegał, uległa i zgodziła się, by ja odprowadził. Mead, choć już było późno, nie ustąpiła i szła z nimi bawiąc się z psem. Wera miała wrażenie, że dziewczyna ją obserwuje i specjalnie chciała się przejść, żeby sprawdzić, czy nie będzie chciała poderwać jej ojca. Młoda miała kilkanaście lat. Była ładna, wysoka ale nie podobna specjalnie do ojca. Raczej skryta jednak jasno wyrażała swoje opinie i Weronika stwierdziła, ze jak na amerykańską nastolatkę ma wyjątkowo bogate słownictwo i nadzwyczaj rzadko w wypowiedziach pojawia się „you know what I mean”. Podczas tych kilku godzin spędzonych w domu przy plaży Wera sporo się dowiedziała o swoim gospodarzu, o jego córce i jego relacjach. Wiedziała, ze ma kobietę a właściwie dziewczynę, niewiele od swojej córki starszą, którą kocha ponad wszystko. Weronika też opowiedziała dosyć szczegółowo przygody ostatnich tygodni zatem Mead wiedziała, że w pewnym sensie jest z kimś związana. Jednak była czujna. I choć opowieści słuchała niemal z wypiekami na twarzy i nie dowierzała w całą historię, dopóki Weronika nie pokazała jej zdjęć na komórce zdjęć Adama, to widać było, że jest całą sobą po stronie partnerki ojca i nie da nikomu zmącić tego planu, jaki najwidoczniej sobie w głowie ustaliła. Poza tym, jak już rozpracowali kilka butelek piwa, Paul zaproponował, by skoro zamierza się wynieść z hotelu, zamieszkała na jakiś czas u Niego. On i tak wyjeżdżał na dwa i pół miesiąca do Europu promować film, Mead za dwa dni wracała do Matki zatem miałaby dom dla siebie. Mogłaby sobie poukładać życie. Zdziwiła ja ta propozycja i złożyła ją na karb piwa. Ale prawda jest taka, że bardzo chciała, by się z niej nie wycofał. Zamierzała wymeldować się z hotelu zabierając tylko swoje rzeczy. Poszukać jakiegoś lokum, jakiejś pracy, wyrzucić starą kartę do telefonu, zacząć zupełnie nowe Zycie. Ciepłe, bardziej słoneczne… wszystko, co zostało w Berlinie mogła zdalnie załatwić. W sumie były ferie a zaraz po nich spróbuje albo wziąć dziekankę albo może załatwi sobie przeniesienie na jakąś tutejszą uczelnię? W tym temacie Paul tez zaproponował pomoc. Mimo, że wyjeżdżał za dwa dni, to miał rano zadzwonić do swojego znajomego, wykładowcy na uniwersytecie, z prośba o popilotowanie sprawy. Nie tyle o robienie rzeczy niemożliwych ale o ułatwienie tych trudniejszych. Pracę też jej zaproponował. Żona jego kolegi miała butik i szukała dziewczyny do pomocy, na takie ¾ etatu. Wykonał telefon i od razu je umówił na jutrzejszy dzień. Weronika nadal nie mogła uwierzyć w całego swojego farta. Szli po plaży zbliżając się do jej hotelu a Ona nadal miała wrażenie, że to fatamorgana. Jednak szczypiące, podrapane plecy dawały świadectwo nagiej prawdzie. Była po drugiej stronie globu. Podczas, gdy w Berlinie było paskudnie, mrocznie, wilgotno i nieprzyjemnie, ona znajdowała się po słonecznej stronie świata i, o dziwo, miała kompletnie gdzieś, co pomyśli Adam, co się dzieje z Chrisem, jak i czy postępuję śledztwo i co sobie o niej Filek pomyśli. Postanowiła kilka godzin temu, że zaczyna nowe życie i wprowadzała ten plan z przytupem.
- No to jesteśmy. Bardzo dziękuję, ze mnie odprowadziliście – Weronika stanęła tyłem do wejścia do hotelu chcąc się pożegnać z Paulem i jego córką
- Mam pomysł – nieśmiało powiedziała Młoda a wzrok jej ojca stał się czujny – Skoro i tak musimy wracać plażą a Ty i tak zamierzasz się stąd zebrać… to… może weźmiemy Twoje rzeczy, wymeldujesz się i od razu do nas Cię przeniesiemy? Z tego co zrozumiałam nie zdążyłaś się rozpakować, czyli to zajmie kilka minut a nie będziesz miała czasu, by się rozmyślić.
Weronikę zamurowało i stała z otwartymi ustami a Paul nadal patrzył na córkę mocno podejrzliwie.
- No co? Chyba mówię logicznie – Młoda próbowała się bronić
- Jasne, tylko nie wiem… - mężczyzna przerwał jakby ważąc słowa
- Ok. wiem, że wygląda, jakby miała ochotę Cię zabić, bo uważam, że mi odbierzesz tatusia czy coś. I że wydaje Ci się, że na Ciebie patrzę, jak dla potencjalne zagrożenie dla jego dziewczyny, Jasmine. Ale tak na serio – tu wreszcie wzięła oddech – jesteś bardzo fajną laską, zaraz po Jasmine rzecz jasna, i strasznie fajnie mi się z Tobą gadało i bardzo ale to bardzo bym chciała, żebyśmy jak najwięcej były razem do czasu mojego wylotu. Bardzo brakuje mi koleżanek…- Paul przytulił córkę i Weronika miała wrażenie, że mu się nieco zaszkliły oczy -  Moje rówieśniczki są na poziomie umysłowym glonów, z Mamą nie bardzo mogę pogadać i mam tylko Jass… no i tak – Młoda wtuliła się w ojca jakby zawstydzona swoją przemową.
- No jeśli Paul nie ma nic przeciwko temu, żebyś tu poczekała z psem i pójdzie ze mną po rzeczy, to nie widzę problemu – Weronika uśmiechnęła się a Młoda odkleiła się od ojca i jednym ruchem przywarła do dziewczyny.

Mężczyzna wziął torbę.
- Na pewno wszystko wzięłaś?
- Tak, przecież, jak słusznie zauważyło Twoje dziecko, nawet nie zdążyłam się rozpakować…
- Właśnie.. szczerze powiem, że mi nieco głupio za jej wyskok – Weronika chciała mu przerwać ale ją uciszył gestem – bo w sumie samo mogłem o tym pomyśleć.
- Przestań. Cieszę się, że wyskoczyła z tym pomysłem choć jakoś tak, no nie wiem….
- Nie ufasz jej?
- Nie zrozum mnie źle…
- Wiem, o czym mówisz. To co najmniej dziwne. Ale biorąc pod uwagę, że to ledwie dwa dni, jakoś to we trójkę przetrzymamy – zaczął się śmiać, przepuścił dziewczynę przodem i zamknął drzwi.

Do mieszkania na poddaszu berlińskiej kamienicy wszedł zdenerwowany mężczyzna. Nie zdejmując okrycia ani butów skierował się do szafy.
- Wszystko nie tak… wszystko nie tak…. – mruczał pod nosem – nie wiem, gdzie jesteś..  ofiara się wybudził, kochaś przyleciał, glina węszy a ja… nie wiem, gdzie Ty Kurwa jesteś!!! – wykrzyczał. Zatrzymał się na chwilę, wziął głęboki oddech, sięgnął po metalowy przedmiot schowany w szafie i skierował się do wyjścia.



- To będzie Twoja sypialnia. Pasuje Ci?
- Jest super – Weronika ogarnęła spojrzeniem pomieszczenie. Jego okna stanowiły szklaną ścianę wychodzącą na basen. Miały rzecz jasna żaluzje chroniące przed ewentualnymi wścibskimi. Do pokoju, wyposażonego w olbrzymie, nowoczesne łoże przylegała łazienka. – Jest idealnie.
Usiadła na łóżku.
- Wiesz, tak naprawdę, to pojęcia nie mam, dlaczego to robisz…
- Przestań,,
-Nie, serio. Nie znasz mnie. Mogę Cię okraść czy coś. A Ty mi ufasz. Dlaczego? – spojrzała Mu w oczy i próbowała z nich cos wyczytać.
- Ok., będzie szczerze tylko mnie nie pogryź… - ona oparła się wygodnie na łóżku i czekała a On wbił ręce w kieszenie, chwile żuł słowa i wreszcie je wypowiedział.
- Kilka elementów. Po pierwsze zrobiła s na mnie dobre wrażenie. To znaczy nie próbowałaś mnie poderwać a to duży plus – zaśmiał się nerwowo i kontynuował – po drugie wyczułem, że Mead Ci ufa, załapałyście dobry kontakt mimo, że cały czas Cię obwąchiwała. Cała Twoja historia, choć niedorzeczna, to.. te wszystkie zdjęcia, fotografie itp…. Ale nie to jest najważniejsze. Mówiłaś o zmianie. Jak dobrze wiem, jak kurewsko trudno jakkolwiek gdziekolwiek cokolwiek osiągnąć bez znajomości… Jak nie masz farta, nikt Ci nie pomoże to co najwyżej możesz kelnerką być w barze średniej klasy bo w dobrym to tylko po znajomości – podrapał się za głową…- niemniej… uznałem, że skoro mogę to Ci pomogę. Nie widzę powodu, żeby nie. Poza tym wolę, jak dom jest zamieszkały a nie raz na dzień przychodzi ktoś dać psu jeść i tyle. No i – zrobił głębszy oddech – żeby nie było, mówię szczerze, sprawdziłem Cię – wypluł jednym tchem i badawczo na nią patrzył.
- Ale że jak? Kiedy? – była zdziwiona choć mniej, niż przypuszczała, ze może być. Chyba ostatnie tygodnie nieco przytępiły jej wrażliwość na dziwne rzeczy
- Szybki telefon do kumpla z łazienki. Musiałem tylko jakiś Twój dowód, numer, cokolwiek… dobrą okazją było jak prawko pokazywałaś. Dlatego się tak upierałem, zęby zobaczyć, czy faktycznie kategoria B tam jest…
- I kupel potwierdził, że ze mną wszystko ok.?
- Tak. Przepraszam ale wiesz
- Musiałeś. Spoko, też bym tak zrobiła. Tyle że ja nie mam kumpli w psiarni więc bym nie miała do kogo zadzwonić.
- A ten dziwny detektyw od… trzeciej żony?
- No proooszę Cię – rzuciła w Niego poduszka ale śmiejąc się, zrobił unik – po pierwsze za stary po drugie żonaty. Dobra…. Nie wiem jak Ty, ale ja bym chętnie poszła spać. Jest 3 nad ranem….
- Trzymaj się. Do dziś zatem – wycofał się i zamknął drzwi.
Dziewczyna wstała powoli z łóżka i podeszła do szklanych drzwi na ogród. Lekko je uchyliła i wyjrzała na zewnątrz. Spojrzała w niebo. Zrobiła kilka kroków do przodu i wygodnie położyła się na chłodnawej i wilgotnej trawie. Patrzyła w niebo przez kilka minut i miała już pewność, że dobrze robi. „I am home




- Pan tu spojrzy, Detektywie. Tu idą kable. A tam jest, o tam, w tym załamaniu, obok sęka…sęku…., obok sęka i jej nie widać… W środku też zleźliśmy kilka kamer tak sprytnie poukrywanych.
Detektyw przyjechał z grupą śledczą do mieszkania Weroniki. Jeszcze przed jej wyjazdem ustalił z dziewczyną, że gdyby potrzebowali, mają do jej lokum pełny dostęp. Dała mu to na piśmie i zostawiła komplet kluczy. Nie wiedział, czemu ale zrobiła to sama, bez obecności tego wytatuowanego artysty i prosiła o dyskrecję. Może coś ją męczyło, może się czegoś bała. W każdym razie, teraz po niewielkim mieszkaniu krzątało się kilku Policjantów z grupy śledczej i sprawdzali, gdzie są kamery i podsłuchy. Sprzęt, który został tu ukryty był naprawdę wysokiej klasy, zatem ktoś, kto śledził właścicielkę musiał mieć spore środki finansowe.
- No tak, to nieco zmienia postać rzeczy – podrapał się po nosie – trzeba dokładnie sprawdzić jej znajomych. Osobę po osobie. Wychodzi na to, że był motyw napaści i nie był to rabunek a prawdopodobnie albo zazdrość albo może… czy ja wiem…ochrona?
- Ochrona? – asystent spojrzał na Detektywa zdziwiony
- Bzdury gadam… ale dobra robota. Jak tu skończycie, to do domu a od rana bierzemy się za przetrzepywanie jej znajomych. Ja jeszcze wpadnę do szpitala do tego wybudzonego.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł.



Adam siedział przy łóżku Chrisa. Próbował się wykręci z opowiadania detali ale przyjaciel, który mimo faktu, że dopiero co się wybudził ze śpiączki, prezentował zadziwiającą siłę woli i trzeźwość umysłu, kazał mu, dosłownie, „nie pierdolić tylko opowiadać po kolei, jak na spowiedzi”. Zatem Adam podał mu skróconej formie i oszczędzając na pewnych detalach ostatnich dni, z grubsza całą historię.
- Ale jesteś z Nią czy nie?
- Ja sam nie wiem, czego chcę. Od czasu, jak wyszła z hotelu zero smsa czy telefonu…- zapytany westchnął
- Znaczy, idioto, Twoim zdaniem to Ona powinna się odezwać do Ciebie?
- No a nie?
- Jesteś żałosnym palantem. Kocham Cię jak brata ale jesteś kutasem – Chris skrzywił się. Próbował ułożyć się jakoś wygodnie na łóżku ale czasem rana dawała o sobie znać. – i coś Ci powiem. Jak tylko wyleze z tego szpitala to skopię Ci dupę. A potem ją odszukam. Skoro Ty „nie wiesz” to „ja wiem”. A jak się ze mną prześpi to na pewno uzna, że będąc z Tobą popełniła błąd – zaśmiał się cicho widząc, jak Adam zamierza się, jakby Go chciał pchnąć. Wiedział, że nic takiego jednak nie nastąpi.
Nagle za szklaną ścianą usłyszeli krzyk, jakiś ruch, potem znowu krzyk, strzały dwa lub trzy i uderzenie, jakby cos ciężkiego zwaliło się na podłogę.


Detektyw wszedł do szpitala, w windzie odruchowo nacisnął guzik odpowiedniego piętra i pogrążony w dociekaniach wysiadł automatycznie i dopiero teraz zauważył, że mężczyzna, z którym jechał w windzie był jakiś podenerwowany. Niby to w szpitalu normalne, ale obserwował go odruchowo w lustrze w windzie, taki odruch, w końcu był psem, i teraz zrozumiał, ze to była złość. Zaczął iść za swoim współtowarzyszem, coraz bardziej zdziwiony faktem, że obrali ten sam kierunek. Kiedy idący przed nim sięgnął do kieszeni po jakiś metalowy przedmiot, Detektyw spiął wszystkie mięśnie. Tuz pod sala Adama głośniej zawołał na mężczyznę a gdy ten nie zareagował, rzucił się na niego przypierając Go do ściany.
„Najwyżej będę musiał przepraszać, chuj z tym” pomyślał i w tym momencie zakładnik próbował mu się wyrwać. Jak na ironię, drzwi obok otworzyły się i wyszła z nich pielęgniarka z tacą ze strzykawkami. Przestraszona krzyknęła, wypuściła tacę, broń, jak się okazało, zakładnika wypaliła kilka razy. Być może pociągnął za spust ze strachu, być może odruchowo.  Detektyw pchnął go na ziemię i zwalił się na niego z hukiem, który słyszeli w sali Adam i Chris.
Detektyw sięgnął po kajdanki i skuł lekko otumanionego  mężczyznę, kazał pielęgniarce się uspokoić i zadzwonił po wsparcie.



Weronika siedziała przy blacie kuchennym i jadła sałatkę, którą zrobiła Mead. Właśnie wróciła ze spotkania z właścicielka butiku, która ja zatrudniła. Fakt, pomogła protekcja Paula ale chyb przypadły sobie do gustu. Patrzyła tez bezmyślnie na ekran włączonego telewizora. Wzrok przykuł napis „Strzelanina w berlińskim szpitalu”
-Mead, weź głośniej – Weronika zastygła
-Nerwowe to twoje miasto – wyszeptała nastolatka i podkręciła głośność.
„ W nocy w jednym z berlińskich szpitali miała miejsce strzelanina. Nie znamy detali, nie wiemy, czy to atak szaleńca czy zaplanowany zamach na Zycie któregoś z pacjentów lub personelu. Policja twierdzi, ze w odpowiednim czasie poinformuje opinie publiczna o zajściach. Na chwilę obecną wiemy, z e padły prawdopodobnie dwa lub trzy strzały, nikt nie odniósł obrażeń a napastnika obezwładnił znajdujący się przypadkowo na miejscu funkcjonariusz”.
Reporter mówił sztucznie podekscytowanym głosem a za jego plecami przeprowadzano do radiowozu wysokiego mężczyznę, którego głowa osłonięta była płaszczem. Zawiał wiatr, błysnął flesz i na ułamek sekundy twarz stała się widoczna.
„O żesz Ty kurwa mać…toż to… Filek?!”




KONIEC


czwartek, 29 maja 2014

Wena mi trochę koresponduje z pogodą a pogoda jest w typie "niechcemisie"... no ale jest nowy rozdział, dla tych co mają jeszcze siłę i cierpliwość. Jak zwykle komentarze chętnie widziane.

20.


Po wyjściu Weroniki z pokoju Adam stał przez chwile zdziwiony całą ta sytuacja. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. W sumie, to w ogóle nie myślał, czego się spodziewać. Kiedy dostał wiadomość, od razu podjął decyzję. I nie było w niej miejsca na sentymenty. Zresztą, jakie sentymenty… Lubił ja, owszem. Była oryginalna, marudna, potrafiła wybuchnąć a jej nastrój zmieniał się jak pogoda nad morzem. Wprowadzała do jego życia dodatkowy koloryt, choć na brak rozrywek nie mógł narzekać. Ale żeby coś więcej? Nie…
Pokręcił głową, podrapał się po karku, wsadził ręce do kieszeni i wyszedł na taras. Nabrał powietrza w płuca, zatrzymał je na kilka sekund, aż poczuł, jak jego ciało domaga się nowej porcji tlenu i powoli wypuścił je by zaczerpnąć normalny oddech. Ten sposób na skupianie się, idiotyczny skądinąd odkrył kilka lat temu. Mózg stojący w obliczu braku dopływu tlenu wykonuje jakąś magiczną pracę. Wyłącza chyba wszystkie niepotrzebne procesy, co pozwalało Adamowi rozjaśnić myśli. Nie wiedział, jak to działa ale działało. Na Niego przynajmniej, bo nikomu nie zdradzał swojej tajemnicy. Obrażona dziewczyna. Przyjaciel wybudzony ze śpiączki kilka tysięcy mil stąd, kariera, fani, kolorowe życie, duża kasa. Co się liczyło?
Przypomniał sobie, jak przez przypadek wszedł na portal, gdzie znalazł zdjęcie Weroniki. Strasznie był wtedy pijany, upił się zresztą w samotności, z rozpaczy nad beznadzieją swojego życia. Tak przynajmniej myślał w tamtym momencie. Otworzył laptopa. Wyskoczyła jakaś reklama. Kliknął raz drugi i trzeci. Zalogował się (nie pamiętał teraz nawet hasła…), przeleciał (taaaak, to właściwe określenie – zaśmiał się do siebie w myślach) jakieś kilkaset anonsów. Zatrzymał się na Weronice. Sam nie wiedział, o co chodziło. Napisał. Zamknął laptopa i próbował oddać się w objęcia Morfeusza lecz nim to nastąpiło opróżnił do końca butelkę Jacka Daniela. Potem zaczęli cos tam ze sobą pisać, umówili się. Jak weszli do tego baru w Berlinie i zobaczył kelnerkę to już wiedział, ze to ona. Ale postanowił grać. Mało – postanowił nic nikomu nie mówić a jeszcze na dodatek zachęcał Chrisa do tego, by się z Nią umówił. Ciekawy był, co dziewczyna zrobi, jeśli dojdzie do randki to jak się zachowa. Zamierzał wszystko z przyjaciela wyciągnąć. Posunął się nawet do tego, że ich śledził. Chyba Go nawet widzieli, jak zapalał papierosa ale był na tyle daleko, by pozostać nierozpoznanym. Konsekwentnie pałętał się w pobliżu przez cały wieczór. Jednak zbyt szybko odpuścił. W nieodpowiednim momencie zwinął żagle i nie widział, kto napadł na jego kumpla.
Zakrył dłońmi twarz, westchnął po raz kolejny głęboko i wszedł do środka. Złapał jeszcze nawet nie rozpakowana torbę, po chwili namysłu rzucił na stół kartę kredytową i wyszedł. W taksówce myśli i wyrzuty sumienia dopadły Go ponownie. Nie mógł sobie wybaczyć, że był takim niekonsekwentnym dupkiem. Już jak tak bardzo chciał śledzić randkowiczów, mógł pozostać przy kumplu do końca. O dziwo, nie wyrzucał sobie, że w ogóle się na ten krok zdecydował ale że przerwał to w najmniej odpowiednim, jak się okazało, momencie. Może by złapał tego sukinsyna, może by obronił przyjaciela, może, może… może….. Tak czy inaczej z wyrzutami sumienia i ciągłym brakiem jasności w głowie w pewnych tematach, wysiadł z taksówki i szybkim krokiem udał się do stanowiska odpraw, gdzie czekał na niego zamówiony wcześniej bilet. Nie miał czasu na strefę bezcłową zatem od razu przeszedł do samolotu. Na pokładzie pojawił się jako jeden z ostatnich. PO starcie poprosił stewardesę o drinka i oddał się dalszym rozmyślaniom. Wrócił do Weroniki. Zastanawiał się, co do Niej czuł i czy w ogóle coś.
Tak, coś czuł. Musiał to sam przed sobą przyznać. Ale co? Nie umiał tego nazwać. Miłość? Cholera wie. Pożądanie? Owszem, było mu z Nią w łóżku idealnie. Ale co dalej, ewentualnie…? Ma ją poprosić, by weszła na stałe do jego życia? Nie był pewien, czy ma ochotę się aż tak wiązać.
Wypił jednym haustem drinka i poprosił o kolejnego. Był zły na siebie, że ma taki zamęt w głowie i nie potrafi tego poukładać. Drażniły Go wydarzenia ostatnich tygodni. Dopóki był z Weroniką nie myślał o tym. Ale teraz, sam, miał inna perspektywę i zaczynało go to wszystko uwierać jak przyciasne slipy.
- No ale jakieś decyzje powinieneś podjąć. Jakoś to trzeba dalej poprowadzić. W tę albo w tamtę. Dla siebie… Dla Niej…. – powiedział na głos. Na szczęście był to szept i chyba nikt Go nie słyszał.
Kolejny drink od stewardesy wychylił znowu duszkiem. Poczuł przyjemne ciepło w okolicy żołądka i oczu. Zamknął je i odpłynął szybciej, niż się tego spodziewał.



Chris leżał zupełnie przytomny ale niesamowicie słaby. Gapił się beznamiętnie w sufit i rozmyślał nad tym, co się stało. Pamiętał o dziwo wszystko. I to, co się działo przed wypadkiem, i kolesia który Go zranił i to co mówili ludzie Go odwiedzający w szpitalu. Pamiętał płaczącą Weronikę, wściekłego Adama, jakiegoś milczącego policjanta i pielęgniarkę o seksownym głosie. Jeśli chodzi o oprawcę, to pamiętał, ale niestety nie wszystko. Nie widział jego twarzy, słyszał tylko jakiś szept, bardziej świst przekleństwa czy groźby rzucony spomiędzy zębów. Napastnik chyba był nieco od Niego wyższy, ale nie mógł stwierdzić tego na sto procent. Nie rozumiał jak to się wszystko stało i dlaczego. Co mógł, opowiedział już temu milczącemu policjantowi. Gość mu nie przerywał choć zadawał masę pytań spoza tematu. Głównie dotyczących Adama i Weroniki a tego ranny nie rozumiał. Na jego pytania detektyw odpowiadał, ze to On tu jest od zadawania pytań a nie Chris i On wie, co robi. Kiedy skończył Go przesłuchiwać, powiedział, że wkrótce się odezwie i żeby nie wyjeżdżał z Berlina jeszcze przez najbliższe dwa tygodnie, nawet jeśli Go wypiszą ze szpitala.
Pielęgniarka o seksownym głosie i, jak się okazało, egzotycznej urodzie, poinformowała Go, że lekarz powiadomił kilku jego znajomych, m.in. jakiegoś Adama, który rzekomo miał przylecieć najbliższym samolotem. Skąd tego jednak nie wiedziała. Pytał, czy słyszała imię Weronika, Ona jednak pokiwała przecząco głową. Pomyślał, że może z zazdrości tak zrobiła (kto tam wie, co siedzi w głowie kobiety…?). Jej spojrzenie jednak było szczere a na odchodne dodała, że nie słyszała żadnych damskich imion ale też nie słyszała wszystkich, do których lekarz prowadzący dzwonił zatem może czegoś nie wiedzieć. Po czym uśmiechnęła się przesłodko, co złagodziło niemal do zera wszystkie boleści pacjenta i wyszła z sali bezgłośnie. Zostawiła Go z masą pytań, których nie zdążył lub zdecydował się nie zadać. W końcu to tylko pielęgniarka i nie sądził, by pytanie o to, jak np. wyglądała Weronika, gdy Go odwiedzała, miało sens. Albo raczej, czy było na miejscu. Przecież… to na koniec dnia nie miało żadnego znaczenia. Zamknął oczy i postanowił spróbować się zdrzemnąć do następnej wizyty lekarza. Nim policzył do pięciu spał.





Detektyw po raz kolejny przerzucał materiały dotyczące zajścia sprzed kilku tygodni, gdy napadnięto młodego Amerykanina. Przypominał sobie rozmowy z jego przyjacielem i dziewczyną, która była… dziewczyną ich obu? żadnego? Przyjaciółką? Dziwką? Sam nie wiedział. Zaobserwował kiedyś z ukrycia w szpitalu jej wybuch płaczu przy łóżku chorego. Z kolei kiedy rozmawiał z Nią i tym wytatuowanym muzykiem miał wrażenie, że tych dwoje łączy ze sobą cos więcej.
- Pojebane to życie – przejechał dłonią po czole i zmierzwił włosy – i do tego kurwa nie ma absolutnie nic. Jedno wielkie gówno – powiedział głośniej i odrzucił teczkę na biurko. Czegoś tu ciągle brakowało, obraz był niepełny. Nie było punktu zaczepienia. Nie natrafił na nikogo, kto mógłby być wrogiem muzyka. Myślał tez o wrogach dziewczyny ale tę hipotezę odrzucił. Ona nic nie znaczyła poza tym, zaatakowano by ja a nie jego. Pozostawał zatem przypadkowy napad, którego świadków nie było, nie było śladów, nie było zdjęcia choćby ułamka twarzy, DNA, nie było nic. Kompletnie nic.
- Szefie – z zamyślenia wyrwał Go głos blondyna, który stał przed jego biurkiem nerwowo przestępując z nogi na nogę. Pracował z Nim przy sprawie Amerykanina.
- No?
- Jest coś dziwnego. Chyba powinien Pan to zobaczyć.
- A chodzi o?
- Sprawę tej napaści. Ale może pojedźmy na miejsce, po drodze Panu opowiem, co udało mi się ustalić. Całkiem przypadkiem zresztą.

Detektyw wziął z oparcia kurtkę i podążył za swoim kolegą zachodząc w głowę, czy to, czego się dowie, nada wreszcie bieg sprawie.

środa, 14 maja 2014

19


- Co do kurw…- wrzasnęła i próbowała wstać
- Jezu.. – jakiś męski głos krzyknął z oddali – Charliiiii…siad pacanie! Zostań!!- głos był całkiem blisko – Boże tak strasznie przepraszam.
Weronika siedziała oszołomiona, obok niej z plastikowym talerzem w zębach machając ogonem siedział dziwny, wielokolorowy pies i patrzył to na Nią to na właściciela niskiego głosy niebieskimi oczami.
- Matko naprawdę przepraszam – odezwał się mężczyzna – wiatr zawiał, jak rzucałem.. pies… -nagle jakby się zawstydził
- Powinieneś go trzymać na smyczy albo bawić się tam, gdzie nie ma ludzi – warknęła – no co się tak gapisz?
- Przepraszam, ale… nie masz biustonosza. Znaczy to w Kali normalne ale masz…
Weronika spłonęła rumieńcem szczęśliwie mało widocznym spod opalenizny, chwyciła gore od bikini i założyła naprędce.
- białe ślady – dokończył tłumiąc wesołość – czyli nie jesteś stąd i to Cię krepuje, bo nie jesteś..
- Ok., ok…zrozumiałam – podniosła się i sięgnęła po bluzkę.
- Cholera, poczekaj…- mężczyzna podszedł blisko
- Co znowu?
- Masz pokaleczone plecy, ten kundel Cię podrapał. Niedobry Charli zwrócił się do psa – siedź tam i ani mru mnru – pies skulił się i patrzył na swojego pana – słuchaj to trzeba przemyć, żeby się nie wdało zakażenie.
Schylił się po jej spódnicę.
- Załóż to, pójdziemy do mnie. Spokojnie – dodał widząc jej niepewny wzrok – jak chcesz mogę Cię do szpitala odwieźć ale to chyba niekonieczne. I nie bój się, mieszkam w tym domu, o tam – wskazał ręką na budynek majaczący gdzieś niemal na horyzoncie.
Spojrzała na Niego badawczo. Posłusznie naciągnęła spódnicę, za co się znowu zganiła w duchu że po raz kolejny słucha czyichś poleceń no ale w sumie miał rację.
- Mieszkam sam, ale córka mnie właśnie odwiedza. Powinna być w domu za pół godziny, akurat jak tam dotrzemy. Chyba, ze wolisz po kogoś zadzwonić – wyciągnął z kieszeni telefon i wyciągnął w jej stronę.
- Podobno zwierzęta łagodzą obyczaje, zatem jest szansa, ze mi nic nie zrobisz – skrzywiła się, bo plecy zaczynały ją piec. Pewni gdzieś do zadrapania spłynęła kropka słonej wody, która pozostawił niebieskooki pis. – dobrze, chodźmy.
- Jasne. Tak w ogóle to Paul jestem – wyciągnął rękę
- Weronika.
Dopiero teraz obrzuciła właściciela niebieskookiego psa wzrokiem. Był wysokim blondynem, dobrze ale nie przesadnie zbudowanym. Miał na sobie szorty, koszulkę chyba upchnął do kieszeni. Na stopach miał…
- ech – westchnęła w duchu….
Na stopach miał bowiem niebieskie trampki z ultramarynowymi sznurówkami. Ten kolor ja chyba prześladował i zaczynała się zastanawiać, czy go nie znienawidzi. Właściciel psa miał podobnie jak jego pupil także niebieskie oczy, które uważnie na Nią patrzyły.
- To co, idziemy?
Trochę trwało nim doszli do celu. Otworzył przed nią ukrytą w zaroślach furtkę, pies oczywiście pobiegł przodem wesoło poszczekując. Zatopili się w wilgotną zieleń a po kilkunastu sekundach stanęli na trawniku okalającym basen. W cieniu drzew… „drzewa…phi.. myślałam, że będą palmy”stało kilka leżaków. Nieco dalej trawa przechodziła w gładkie, płaskie kamienie, które ukryte pod dachem stanowiły cos w rodzaju ganka przed przeszklonym wejściem do niskiego budynku.
Zaprosił ją gestem do środka. Panował tam miły chłód ale nie było to przejmujące zimno. Wnętrze było surowe, wykonane z naturalnych materiałów choć można rzec, że modne w swej prostocie. Podłogę pokrywał częściowo kamień a częściowo drewno. Ściany były wykonane z grubego kamienia. Rozejrzała się i nie widząc klimatyzatorów stwierdziła, że chłód prawdopodobnie zawdzięcza to wnętrze takim a nie innym materiałom budowlanym. Salo, bo do niego weszli, miał kominek „na co komu kominek w Kalifornii?” , nieco dalej stała niska, drewniana ława ze szklanym blatem, kilka foteli, od głębokich klubowych po proste, designerskie z duża ilością aluminium. Tu i ówdzie były ustawione lampy podłogowe. Brakowało światła górnego a kinkiety na ścianach były przeznaczone chyba wyłącznie do oświetlania eksponowanych tam obrazów i zdjęć. Przeszła wolno przez pomieszczenie podążając za gospodarzem. Ten się jej ciekawie przyglądał pochylając głowę na bok i jednocześnie szukając czegoś w podręcznej apteczce.
- Masz niesamowite wnętrze…znaczy – zdała sobie sprawę z dwuznaczności – chodzi mi o ten salon…
- Podoba Ci się? To mi niezmiernie miło – uśmiechnął się – a teraz podejdź i usiądź. Nie tak, tyłem do mnie, musze widzieć dokładnie…
Usadowił ja na wysokim stołku barowym przy blacie przedzielającym salon i kuchnię. Zapalił jedną z lamp. Przysunął ją i zabrał się za oczyszczanie pleców dziewczyny.
Weronika co chwila wydawała z siebie syk bo plecy ją szczypały niemiłosiernie. Wyglądało na to że pies podrapał ją dosyć dokładnie, centymetr koło centymetra.
- Długo tu mieszkasz? – zapytała gdzieś pomiędzy syknięciami.
- W Kalifornii całe życie. W tym domu…- zamyślił się – jakieś 10 lat, może odrobinę dłużej. Kupiłem za pierwszy większy przypływ gotówki. Wiesz, taka fala… - zaśmiał się.
- też by mi się przydała taka fala – westchnęła dziewczyna – ałaaaa!!!! – nagle podskoczyła – to cholernie boli!
- To jest chyba najgłębsze. Z wierzchu nie widać, bo wąskie ale głębokie. Przepraszam, ale musze jeszcze raz…. – zatrzymał głos jakby pytając ją o zdanie.
Kiwnęła zrezygnowana głową i zacisnęła dłonie na blacie – lej Wać, bólu oszczędź… - wyszeptała pod nosem.
- Masz seksowny głos jak tak mruczysz do siebie.
Podniosła głowę zdziwiona tym tekstem i już miała coś odparować gdy On polał jej plecy większą dawką środka odkażającego. Najpierw krzyknęła a potem poleciały z jej oczu łzy.
- No dobra płaczesz z bólu czy nad moim marnym tekstem? – stanął przed Nią z niewyraźną miną.
- Niezły jesteś….. – patrzyła Mu w oczy z uznaniem
- Ależ ja nie wiem, o czym Ty mówisz – pokazał w uśmiechu swoje hollywoodzko białe zęby
- Jasne… ten tekst miał odwrócić moją uwagę w najgorszym momencie.. a już chciałam wziąć twoje słowa na serio i Cię zbesztać.
Zeszła ze stołka i skrzywiła się. Skóra na plecach miejscami nadal bolała.
- Wiesz co, mam propozycję. Jeśli nie masz innych planów, posiedź ze mną. Za mniej więcej godzinę przyjedzie moja córka. Zjemy razem kolację. Później nasmaruję Cię takim specjalnym olejkiem, żeby się rany goiły a skóra nie ciągnęła i nie pękała.
- Taki masz sposób na podryw?
- Tzn?
- Na niewychowanego psa i opatrywanie ran?
- Nie e…-zmieszał się nieco
- Żartowałam – poklepała Go po ramieniu. Sięgnęła do torebki i rzuciła okiem na wyświetlacz telefonu. Nieodebranych połączeń – zero…. Nieoczytanych wiadomości – zero…. – jasne, z wielka przyjemnością. Jeśli tylko Twoja córka mnie nie rozszarpie to chętnie zostanę, nie mam planów. – odwróciła się do Niego tyłem i udała że studiuje malowidło na przeciwległej ścianie. On jednak zauważył grymas, który przebiegł przez jej twarz, kiedy sprawdzała komórkę. Nie wiedział, czy to zawód czy raczej ulga. Był ciekaw ale pytać Nie chciał. W końcu to nie jego sprawy.
- A Ty co robisz w LA? Mieszkasz tu? – schował apteczkę do szafki.
- A wyglądam? – okręciła się wokół własnej osi
- Czy ja wiem…. W sumie nie bardzo. Za mało opalona jesteś, nie jesteś blondynką i masz silikonowych ust i piersi.
Obydwoje się roześmieli.
- Przyjechałam na wakacje. W sumie kilkudniowy wyjazd bo to jego kolejna część. Jeszcze ma być kilka dalszych ale nie wiem, jak to będzie wyglądało – zamyśliła się – wcale nie jestem pewna, czy chcę dalej jechać a nie wracać do domu. Albo coś w tym guście…
- Chcesz mrożonej kawy? A może jesteś głodna? Przepraszam, przerwałem Ci myśl.
- Nie szkodzi. Na obydwa pytania odpowiedź twierdząca. Za wiele to dziś nie jadłam. A co do mojego toku myślenia to chyba potrzebuję zmiany. I to teraz, natychmiast, już. Bez czekania ani sekundy. Tylko nie wiem jakiej zmiany.
- Sami jesteśmy reżyserami naszego życia – westchnął – chińszczyzna? Piza? Jakieś sałatki?
- Owocowa tylko duża. I tu się mylisz mój drogi. Czasem rzeczywiście dyrygujemy naszym życiem a czasem jesteśmy jedynie liściem płynącym w jego nurcie i nie możemy zrobić absolutnie nic.
Popatrzył na Nią. Pomyślał, że to zabawne porównanie jednak po chwili przyznał w duchu rację. On miał wiele szczęścia ale znał ludzi, którzy nie radzili sobie z własną egzystencją i nie umieli bądź nie mogli temu zaradzić. Kiwnął głową i podał jej mrożoną kawę. Wyjął owoce i dużą salaterkę i zaczął kroić. Najpierw ananasa, później gruszkę i całą resztę. Weronika stanęła obok Niego bez słowa i wzięła drugi nóż. Stali tak w ciszy kilka minut i tylko stukanie ostrzy o deski świadczyło o tym ,że to nie stop klatka z jakiegoś filmu.
Kiedy sałatka była gotowa, przenieśli się nad basen. Wybrali miejsce w cieniu. Paul pokazał gestem, by sobie pierwsza nałożyła.
- Opowiesz mi o tym? – przerwał ciszę – O tym życiu, które chcesz zmienić?
- A wiesz, że tak? Mam dosyć gadania sama ze sobą. – I zaczęła opowiadać nie szczędząc detali szczególnie z ostatnich kilku tygodni. On nie przerywał. Czasem się uśmiechnął, zmarszczył czoło lub pokiwał z niedowierzaniem głową. Kiedy na zakończenie powiedziała „No i nie wiem, co mam robić. Stoję jak osiołek przed żłobami z sianem i owsem i nie wiem, co wybrać. W końcu z głodu zejdę”.
Kiedy otwierał usta by jej odpowiedzieć, rozległ się dzwonek.

- To pewnie Mead przyjechała. Moja córka.

niedziela, 11 maja 2014

Ponieważ moja wena weszła na nieco inne tory, zatem zmieniłam nieco pierwotny zamysł. Jedne postacie znikną lub usuna się nieco w cień, inne pojawią się na scenie. Jak to w życiu bywa, na różnych jego etapach otaczają nas różni ludzie i nie zawsze jest tak, że te same osoby towarzyszą nam w przeważającej jego części.
Miłego czytania.
No i czekam na ewentualne uwagi :)





18.


- Chyba lecimy?
- Nie, Ty zostajesz, ja lecę do Berlina.
Skrzyżowała ręce na piersiach i ściągnęła twarz. Nie chciała się z Nim kłócić ale nie rozumiała, dlaczego chce ją tu zostawić.
- Czemu nie mogę lecieć z Tobą?
- Bo po pierwsze zabukowałem już jeden bilet. Po drugie należą Ci się porządne wakacje więc nie chcę Ci ich psuć. – wstał i podszedł do Niej kładąc dłonie na ramionach i patrząc w oczy – Zostawię Ci kasę, będziesz się mogła rozerwać, poopalać, połazić po sklepach i takie tam….
- Bzdura – otrząsnęła się z Jego dotyku – nie chcesz, żebym była przy Chrisie. Czujesz się niepewny. Chcesz mnie tylko dla siebie. Boisz się mojego z Nim spotkania – patrzyła Mu zadziornie w oczy.
- Słuchaj…- odsunął się – nie będę się z Tobą kłócił. Lecę sam. Rozmowę dokończymy jak wrócę. Samolot mam za nieco ponad godzinę i muszę jechać na lotnisko.
- Świetnie – zgarnęła swoją torebkę i kartę do pokoju – zatem przyjemnego lotu i być może do niezobaczenia.
Wyszła zostawiając Go nieco osłupiałego. Chciała trzasnąć drzwiami ale to było wykonalne. Te nowoczesne rozwiązania, domykacie itp.
- Nawet jak człowiek chce sobie ulżyć to nie może – wymruczała sama do siebie na korytarzu. Zacisnęła dłonie w pięści i zatupała nogami jak małe dziecko. Potem puściła się biegiem do wind. Adam najwidoczniej nie miał zamiaru za Nią gonić, bo nie słyszała ani Jego kroków ani głosu choć chwile na windę czekała. Zjechała na dół, spytała boya hotelowego jak najszybciej dojść do plaży. Grzecznie wskazał kierunek, jednak Ona zmieniła zdanie i postanowiła się przejść po ulicy. Wyszła głównym wejściem i od razu dopadło ja duszne powietrze, którym się zachłysnęła. Szła jednak dzielnie przed siebie nie patrząc na twarze mijanych ludzi. Po jakimś czasie, gdy pierwsza wściekłość minęła, zaczęła zwracać uwagę na samochody, na motocykle, na mijających ja turystów. W sumie nie wiedziała, czemu się wściekła. To chyba jednak był dobry moment, żeby sobie pewne sprawy przemyśleć. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze chwila. Zatrzymała się i podniosła głowę do góry. Palmy. Czy kiedykolwiek widziała palmę większą niż kilkadziesiąt centymetrów? Chyba niekoniecznie. Rozejrzała się dookoła. Obok chodnika był pas zieleni a za nim wstążka asfaltu, po której jeździli rolkarze, rowerzyści i jakieś pojedyncze osoby zabijały sobie czas joggingiem lub spacerem. Dalej był piach i błękit wody. Przeszła przez trawę i asfalt i weszła na plażę. Zdjęła sandały i uśmiechnęła się czując pod stopami miękki, niemal parzący piasek. Nie zważając na jego temperaturę a może właśnie przez nią puściła się biegiem w kierunku oceanu. Wbiegła z krzykiem w fale po chwili zdając sobie sprawę, że woda sięga jej powyżej kolan i całą spódnice ma w zasadzie mokrą.
- Dobrze, że jesteś przewidująca – mruknęła do siebie i wyszła z powrotem na piasek. Jeszcze w hotelu przyszło jej do głowy, by zamiast bielizny założyć bikini, tak na wszelki wypadek a teraz sama siebie chwaliła za ten pomysł. Ściągnęła spódnicę i przewiesiła przez torebkę. To samo zrobiła z bluzką i postanowiła się przejść po plaży. Chłonęła sobą szum wody, nieliczne głosy osób korzystających z pięknej pogody. Jakieś dziecko przebiegło jej drogę i ze śmiechem wpadło w fale. Przystanęła i patrzyła rozbawiona na, prawdopodobnie dziesięciolatka. Był taki radosny i niefrasobliwy. Kiedy Ona tak się czuła? Kiedy miała w nosie wszystko i wszystkich i nie zważała na to, co mówią i co sądzą inni? Niby była niezależna, niby potrafiła zadbać o siebie, praca, studia… Niby robiła co chciała ale czy rzeczywiście? Czy czuła się beztroska? Czy związek z facetem, który zaproponował jej ten wyjazd to była oznaka takiej beztroski? I czy to w ogóle był związek? Przecież na dobra sprawę to na co Ona liczyła? Że jakiś mega bogaty koleś się w Niej zakocha i zapewni jej życie jak z bajki? Bzdura. Takie rzeczy dzieją się w filmach.
Przysiadła na piasku. Po chwili zmieniła zdania. Rozłożyła na nim swoją przesuszoną nieco oceaniczną bryzą spódnicę, ułożyła się na niej wkładając torebkę pod głowę i rozmyślała dalej. Po raz kolejny uznała, że ostatnie tygodnie to jakiś pieprzony żart kogoś gdzieś na górze. Albo za kulisami, Że za chwilę rozlegnie się głośny śmiech i padnie „jesteś w ukrytej kamerze” albo „wkręciliśmy Cię”. Przecież takie rzeczy nie przydarzają się zwykłym śmiertelnikom. Ok., o ile sytuacje z baru mogła uznać jako rzeczywistą, nawet propozycje Chrisa i kolację o tyle cała reszta to jakiś kiepski scenariusz niedorobionego reżysera, który chciał w krótkim okresie czasu zawrze jak najwięcej problemów i emocji. Chris, Adam, ten wypadek, policjant, te całe randki internetowe, te wakacje….
- Dziewczyno, ciesz się z tego, co przeżywasz. Nie każdej lasce koleś proponuje wycieczkę niemal dookoła świata. I do tego jest całkiem miły i przystojny – wyszeptała do siebie i uśmiechnęła się pod nosem. W sumie Adam był… ok. Przyzwyczaiła się do Niego, pociągał ją, ale… Właśnie. Jedno wielkie „ale”. Czuła się jak dziwka. On płacił, On dyktował warunki, On wymagał i ustalał.
Naburmuszyła się i odruchowo zbiła dłonie w pięści. Czy dlatego tak bardzo się wkurzył, jak powiedział że leci sam? Czy może faktycznie chciała być przy Chrisie? O co jej tak na prawdę chodziło? Przecież to były przygody. Każdego z Nich lubiła, każdego na swój sposób.
Usiadła zmęczona tym tokiem rozumowania ale nie chciało jej ulecieć z głowy. Zmieniła pozycje przerzucając się na brzuch. Rozpięła stanik z tyłu, żeby nie było białego paska choć skóre miała już dosyć ładnie opaloną zatem pewnie by się specjalnie nie odznaczał. Powróciła do swoich rozważań.
- Zatem o co Ci tak naprawdę chodzi Nika?- zapytała samą siebie.
- Ano chodzi mi o to, że nie jestem wcale zadowolona ze swojego życia – odpowiedziała sobie sama na głos po dłuższej chwili.
Była zorganizowana, poukładana, nie puszczała się..
- Aż do teraz – mruknęła po raz kolejny i zachichotała – dziewczynko. O co ci do chuja chodzi?
Właśnie… Chyba zaczynało to do Niej docierać. Ostatnie tygodnie to było szaleństwo. Ale głownie emocjonalne. Poznawanie wielu nowych rzeczy. Miejsc. Ale czy to czyniło ja szczęśliwą? Czy czuła się dobrze? A co będzie dalej? Niby wiedziała, że planowanie nie pomaga, bo życie plany koryguje zatem na ile mogła żyła chwilą. Oczywiście w miarę możliwości pozostając w zgodzie ze sobą by móc patrzeć co rano w lustro. Ale.. co chciała osiągnąć? Jak będzie wyglądało jej Zycie po powrocie do domu? Do Berlina? Na studia? Do pracy? Do przyjaźni z … przyjaźni…właśnie. Jakoś z perspektywy tysięcy mil jej Przyjaciel, jak Go zawsze nazywała, stał się mało ważny. Jakby stracił na wartości, zdewaluował się. Ceniła Go nadal ale jakoś nagle uświadomiła sobie brak tęsknoty za Nim. Może to tak jest, że ludzie w twoim życiu pojawiają się na jakąś chwilę, na jakiś dłuższy lub krótszy czas. Idziecie kawałek razem a potem wasze drogi się rozchodzę. Czasem bez żalu, czasem z niedopowiedzeniami. Tak chyba się właśnie działo, takie miała wrażenie. Że coś się wypaliło. Że ta cała przygoda z Adamem to przygoda, nic więcej ale Ona musi z niej wyciągnąć jak najwięcej dla siebie. Wreszcie może znaleźć czy raczej odnaleźć prawdziwą siebie. Zastanowić się nad tym , co kocha a czego nie. Co chce zrobić ze swoim życiem. Nie można całe życie pracować w barze za jakieś marne grosze, żyć z dnia na dzień, wegetować. Trzeba mieć jakiś plan, do czegoś dążyć, coś realizować..
- Ej mała – zganiła się na głos – zaprzeczasz sama sobie. A gdzie Carpe Diem?
W dupie – dodała w myślach. Może czas najwyższy zmienić nastawienie. Przynajmniej spróbować.
-Kobieto…czego Ty kurwa chcesz…zastanów się a potem zacznij do tego dążyć. Masz dużą szansę, że się nie uda ale przynajmniej nie będziesz żałowała, że nie spróbowałaś.
W tym momencie usłyszała na głową świst i coś uderzyło w piasek obok niej obsypując ją drobnymi ziarenkami a ułamek sekundy później wylądowało na niej jakieś owłosione cielsko drapiąc pazurami i zostawiając na jej rozgrzanym ciele oprócz kropli wody także masę piachu i chyba spore zadrapania.

czwartek, 1 maja 2014



17.

- Szanowna Pani, oto hotel. – Zatrzymał krążownika szos przed rozłożystym, choć niewysokim budynkiem. Weronika zadarła głowę do góry i oceniła na jakieś 4, góra pięć pięter.
- Taki mały? – udała rozczarowanie..
- Mały, ale wariat – mrugnął do niej okiem otwierając drzwi po stronie pasażera i pomagając jej się wydostać z przepastnego wnętrza auta – poczekaj, jak zobaczysz, co ma do zaoferowania. Wygody, o jakich możesz pomarzyć jedynie… ewentualnie – dodał nieco ciszej.
- Ej, ktoś tu nie docenia mojej wyobraźni chyba? Mają gadające deski klozetowe albo stołki barowe z hologramami?*
Popatrzył na Nią przeciągle i już otwierał usta, by coś odpowiedzieć ale zrezygnował i tylko się roześmiał.
- Okej, oddaję pole, masz fantazję. Chodź, idziemy się zameldować.
Foyer prezentowało się imponująco. Nie ociekało złotem, bynajmniej. Było urządzone w pastelowych, przyjemnych kolorach, stylowymi meblami i tkaninami o najwyższej jakości. Ściany ozdabiała sztuka współczesna ale nie krzykliwa i bijąca po oczach a zgrana idealnie z wnętrzem, choć bynajmniej nie mdła. Od marmurowej zapewnie posadzki bił przyjemny chłód i Weronika miała ochotę zdjąć obuwie i pochodzić boso ale uznała że aż tak wyluzowana nie jest i chyba nie wypada. Szła posłusznie z swoim partnerem, wykonywała automatycznie polecenia i odpowiadała na pytania ale cała jej uwaga, no dobrze, 95% było skupione na wnętrzu. Chłonęła je każdym możliwym centymetrem swojego ciała, każdym oddechem i spojrzeniem. Bała się mrugnąć oczami w obawie, że obraz zniknie. Przywarła maksymalnie jak się dało do lady recepcyjnej i stała z półotwarta buzią chłonąc lekkość zwiewnych tkanin nieznacznie poruszanych ledwo wyczuwalnym przeciągiem we foyer. Chłonęła blado różowe i lekko żółte kolory ścian. Dekoracje wykonane z zimnego, wypolerowane metalu, subtelnie umieszczone pod sufitem i na ścianach oświetlenia (jakże tu musiało być pięknie wieczorem… musi pamiętać, by to sprawdzić). Wodziła stopą po posadzce będąc niemal o krok od pozbycia się obuwia, zamknięcia oczy i postawienia bosych stóp na chłodnej powierzchni białego kamienia.
Adam obserwował ją z zaciekawieniem. W końcu dotknął delikatnie jej dłoni
- Halo… mam Cię tu zostawić, czy idziemy do pokoju?
-Co? Tak… nie…co?
-Idziemy do pokoju? Czy wolisz tu zostać?
-Niee…nie wiem… tu jest tak pięknie. Nie wiem, o co chodzi w tym wnętrzu, może to te barwy, może jakieś feng shui czy coś, pojęcia nie mam. Ale mogłabym przestać tu całe życie.
-Znudziło by Ci się – odparł z przekonaniem i zaciągnął do windy. Piętro raptem trzecie.
Phi-pomyślała - mogliśmy iść po schodach…..
Skierowali się na prawo i weszli do… no tak. Nie był to zwykły pokój tylko dwupoziomowy, jak się okazało apartament.
Weronika zlustrowała szybko wnętrze utrzymane w stylu Art Deco, bez trudu dostrzegła schody prowadzące na piętro, kątem oka zanotowała łazienkę, pewnie olbrzymią. Podeszła do okna i wyjrzała. Za terenem zielonym przylegającym do hotelu rozpościerała się plaża. Odwróciła się, oparła o parapet, skrzyżowała ręce na piersiach.
- Adam….
-Tak? – jej towarzysz klęczał pochylony nad torbą i czegoś zawzięcie szukał.
-Dlaczego wydajesz na mnie taką kupę forsy?
-Że co proszę? – chyba jej nie słyszał bo nie oderwał się od swojego zajęcia. Nagle coś dojrzał-AHA!- wyjął ładowarkę do komputera – przepraszam, możesz powtórzyć?
-Pytałam, dlaczego wydajesz na mnie takie absurdalnie wielkie pieniądze? Przecież ten… apartament musi kosztować fortunę. I te wszystkie loty klasą nieekonomiczną, te kolacje, przyjemności… przecież to fortuna…..
- Kochanie – podszedł do niej z uśmiechem błąkającym się na jego niezbyt wydatnych wargach – po pierwsze jest to także mój urlop a ja jestem przyzwyczajony do pewnego standardu i nie zamierzam z niego rezygnować, żeby ktoś się czuł psychicznie lżej czy lepiej.
- Podlec – syknęła a On położył jej ręce na talii.
- Po drugie, co w sumie wynika z pierwszego, czy podróżowałabyś ze mną czy nie samochody wynajmowałbym takie same, w tych samych hotelach spał. Jedyna kwestia to bilety i posiłki, ale za to możesz mi oddać w naturze –obrócił ją delikatnie przodem do okna. Naparł nieco całym ciałem, tak że przywarł niemal do niej a jego dłonie powędrowały w kierunku jej brzucha.
Podniosła rękę i zagłębiła palce w jego zmierzwione włosy. Ustami dotykał jej szyi a dłonie błądziły mu bezwiednie.
-Dobra dzieciaku, wskakuj pod prysznic, ja muszę kilka telefonów wykonać i jedziemy na wycieczkę. – odsunął się od Niej jednym zdecydowanym ruchem, dał klapsa w tyłek i gestem wskazał łazienkę.
Wzruszyła ramionami. Bo choć miała na Niego straszną ochotę, o dziwo z dnia na dzień większą, to akurat w tym momencie wolałaby połazić po plaży czy rzeczywiście coś zobaczyć. Poszukała wzrokiem walizki, która leżała w sypialni. Otworzyła ją, wyjęła długa powiewną spódnicę i bluzkę, bieliznę i udała się do łazienki. W zasadzie należałoby powiedzieć pokoju kąpielowego. Był prawdopodobnie rozmiarów jej mieszkania z wielką wanną, chyba z jacuzzi, jak się domyśliła, dumnie stojącą na środku. Były tu też dwie umywalki imponujących rozmiarów, prysznic, pod którym zmieściłoby się przynajmniej ze cztery osoby na raz i jeszcze kilka rzeczy plus lustra szafki, podgrzewacze do ręczników i inne detale, których przeznaczenia nie znała. Zdecydowała się na prysznic i chwile jej zajęło, zanim rozszyfrowała, jak odkręcić wodę i ustawić odpowiedni strumień i temperaturę. Kiedy to uczyniła sos piknęło i miała wrażenie, jakby ja bardzo delikatnie kopnął prąd z pokrętła kranu. Trwało chwilę, nim się wreszcie ogarnęłam i wyszła. Rzuciła rzeczy byle jak do walizki i przeszła do salonu. Adam siedział na geometrycznym, skórzanym fotelu i stukał telefonem w jego metalowe wstawki, wybijając jakiś znany jej rytm, którego jednak nie mogła skojarzyć.
Kiedy ją zobaczył, nie przestał jeszcze przez chwilę. Uśmiechnął się tylko jakoś dziwnie.
- Mam dwie wiadomości, dobra i zła. Która chcesz na początku?
- Złą – przeszedł ją dreszcz.
- Muszę Cię tu zostawić na kilka dni, max na tydzień. – przestał stukać i podniósł się z fotela.
- A dobra? – postanowiła nie pytać o powód wyjazdu. Była zła.
- Chris się wybudził, lecę do Berlina.



* Inspiracją „Nell” Anny Rybkowksiej

piątek, 10 stycznia 2014

16
Kiedy zbliżali się do lądowania, wyjrzała przez okno, bo szczęśliwie takie miejsce miała, i zobaczyła kilka kropek na oceanie, które miały być miejscem docelowym. Czytała co prawda, że to wyspiarski kraj, że mały, że to atole koralowe i że zagrożony zatopieniem ale nie zdawała sobie sprawy, że wyspa w części lotniska jest niewiele szersza od pasa startowego I to ją nieco przeraziło.
Male przywitało ją gorącym powiewem. Przez tą chwilę, kiedy przechodziła z samolotu do autobusu poczuła, że mogłaby tu zamieszkać. Była ciepłolubna. O tej porze roku temperatury były wysokie a wilgotność stosunkowo niska. Hala przylotów była klimatyzowana ale czuć było upał panujący na zewnątrz. Czekając na walizkę włączyła telefon. 5 smsów. Z czego 4 od Filka i 1 od Adama. Zaczęła od ostatniego.
Zadzwoń do mnie jak wylądujesz. A
Nacisnęła klawisz by się z nim połączyć.
  • No hej. Czekałem na Twój telefon. Jestem przed głównym wejściem. Jak przejdziesz przez odprawę, cały czas prosto.
  • Oki, jak tylko wyjedzie moja walizka brnę dalej.
  • Dobra, to do za moment.
  • Pa.
Nabrała powietrza w płuca i otwierała kolejne smsy od Filka. Że jest zły, że mu przykro, że przeprasza...bla bla bla...przebiegła oczami i zamknęła wiadomości. Nadal w głębi duszy czuła się źle z tym jak go potraktowała ale tłumaczyła sobie swój wybuch tym, że musi mieć trochę prywatności, że on nie może być w każdym aspekcie jej życia obecny i wiedzieć absolutnie wszystkiego bo to chore.
Przy taśmie wywiązała się jakaś kłótnia. Dwóch brzuchatych panów ciągnęło, każdy w swoją stronę plastikowa walizkę w kolorze kanarkowym. Żaden nie chciał odpuścić. Być może by się pobili ale z czarnej czeluści wypełzła na taśmie druga, identyczna. Panów zamurowało. Zdjęli obie I przymierzyli się do otwierania w celu identyfikacji która czyja. Weronika ściągnęła swoją, odstała kilka minut w wężyku do odprawy, gdzie ciemnoskóry pan pokazał cały garnitur pięknych białych zębów wbijając jej pieczątkę do paszportu.
Adam czekał przed wejściem. Zatrzymała się na chwilę by sobie na niego popatrzeć. Stał niedbale oparty o śmietnik, z rękami w kieszeniach. Miał na sobie luźne, lniane spodnie, lekko otulające pod wpływem wiatru jego smukłe, zgrabne nogi, i niedbale rozpiętą koszulę z podwiniętymi rękawami odkrywającymi wytatuowane przedramiona. Na stopach miał japonki. Całości dopełniały zegarek na skórzanej bransoletce I okulary. Wszystko pewnie było markowe I cholernie drogie. Z jego postawy emanował luz I spokój. Zapatrzony był gdzieś w siną dal I zdawał się wcale na nią nie czekać. Niemniej w momencie, gdzy przekroczyła drzwi ruszył ku niej z powściągliwym grymasem uśmiechu na ustach
  • Wdzięczny obiekt podziwiania stanowię czy nie bardzo? Jak mi w bieli? - zapytał i pocałował ją długo I namiętnie, aż mijające ich grupy kolorowych turystów zaczęły to komentować.
  • O matko zjesz mnie zaraz tutaj... jedźmy do hotelu, muszę się odświeżyć.
  • Tak jest proszę Pani – udawał, że słucha, ale nie mógł rąk od niej oderwać a usta wędrowały po jej twarzy, szyi i rękach.
Kiedy wsiedli do taksówki dosłownie nie mógł sie od niej odlepić. Wiedziała, że prędko z pokoju hotelowego nie wyjdą.

---------------------------------------------------

  • Głodna jestem.
  • Tu jest wyśmienita restauracja, podają rewelacyjne owoce morza – mówił wodząc palcem po jej nagich plecach. Wciąż jeszcze leżeli w łóżku.
  • Mam uczulenie na skorupiaki.
  • Spokojnie. Tu jest niezmierzone bogactwo ryb, ośmiornic, kalmarów i wszelkich innych żyjątek oceanicznych.
  • No to jakąś rybkę może sobie zapodam – przeciągnęła się leniwie na łóżku, zmieniając pozycję. Dłoń Adama niezmordowanie przemierzała centymetry kwadratowe jej skóry.
  • Rybka to Ty jesteś, całkiem apetyczna tylko nieco blada – klepnął ją lekko w pośladek – idziemy na plażę
  • O nie...najpierw mnie nakarmisz skoro już wykorzystałeś. Nie bez obustronnej przyjemności rzecz jasna – mrugnęła do niego filuternie.
  • Dobra chodź jeść. Mnie też w brzuchu burczy.




-------------------------------------------------


Te kilka dni, które byli na Malediwach mijały na słodkim lenistwie, opalaniu się, kąpielach w oceanie i rzecz jasna seksie. Było im dobrze ze sobą i cieszyli się każdą chwila jak dzieci. Kiedy sobie przypominała wieczór, stosunkowo niedawny, gdy otworzyła komputer i zobaczyła jego pierwszą informację... jak bardzo od tego momentu zmieniło się jej do niego podejście, jak bardzo zmieniła swoje zdanie o nim i jak bardzo ewoluowały jej do niego uczucia. Tego ostatniego nigdy by się po sobie nie spodziewała. Nie sądziła jednak, by to była miłość. Przywiązanie owszem, pewna wygoda a jakże. Trochę... no może nawet nie trochę łechtał, mile, ją fakt, że ktoś znany, przynajmniej w pewnych kręgach, zainteresował się nią.. przeciętną studentką, nie wyróżniającą się z tłumu podobnych do niej studentek absolutnie niczym. Z przyjemnością i pewną fascynacją patrzyła na jego tatuaże. Niektóre były tak przerażająco badziewne, że zastanawiała się, jak on w ogóle mógł je sobie zrobić. Tandetna kotwica czy jakieś oko na nodze... skąd brał takie pomysły to nie wie. Chyba musiał je robić na haju. Niemniej... pod tatuażami kryło się całkiem przyjemne ciało i jak się już przebiła przez ciężkawy i uszczypliwy dowcip, to tkwił tam dosyć przyjemny i wrażliwy facet.

-----------------------------------------------


  • Kalifornia welcome too!!! - wykrzyczał na całe gardło wychodząc z terminala.
  • Hahaha!!! - Weronika aż się roześmiała, bo bawił ją coraz bardziej.
  • No zobacz jak tu pięknie!!! - rozpostarł ręce niczym Jezus z Rio i patrzył na nią zachęcająco
  • No Ty to chyba wiesz dobrze, że tu pięknie.
  • No i Tobie chcę to teraz wszystko pokazać -podbiegł do niej, uścisnął i podniósł do góry – chodź – pociągnął za rękę do stojącego nieopodal różowego cadillaca.
  • A skąd masz taki zabytek? Czekaj a nasze bagaże? - odwróciła się nerwowo. Jakiś mężczyzna pakował je do ciemno zielonego BMW
  • Spoko, jak widzisz już się tym zajęli. Zakładaj okulary i w drogę.
  • Sekunda, mam filtr w torebce, daj posmaruję Ci nos i czoło. I sobie też.
  • Ale szybko – nadstawił się pokornie, zamknął oczy i nabrał powietrza w usta, jak małe dziecko przed myciem buzi.
  • No już już, tonie boli... - znowu się roześmiała
  • Nienawidzę tych mazideł...brrrrr..... no to w drogę – odpalił, przycisnął gaz i wystrzelił jak rakieta.
Weronika przeciągnęła się i zaczęła ciekawie rozglądać. W ogóle nie czuła zmęczenia diabelnie długą podróżą. Fakt, nieco pospała w samolocie. Adam zadbał, żeby nie lecieli klasą turystyczną, zatem było im wygodnie choć przemieszczali się zwykłymi rejsowymi samolotami. Podziwiała zieleń, kolor nieba, okazałe wille i wypasione auta. Rozebrane bardziej niż ubrane dziewczyny wszędzie dookoła i umięśnionych facetów bez koszulek udających, że uprawiają jogging.

wtorek, 7 stycznia 2014

15
  • Dziwny ten policjant – Weronika usiadła dopić drinka.
  • Fakt. Mocno wyluzowany jak na policjanta. Aż mnie kusi, żeby sprawdzić, czy faktycznie jest funkcjonariuszem – Adam wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer – cześć, słuchaj...możesz mi sprawdzić kogoś? Jasne, już podaje – przedyktował imię i nazwisko z wizytówki -no...czy to glina czy nie....yhm....yhm.....ok dzięki.
  • No i?
  • Pies nad psy. Masa sukcesów na koncie i jeszcze więcej niesubordynacji. Postrzelony, jakieś nagrody i nagany, zawieszony w międzyczasie. Generalnie ogar.
  • No to chodź, trzeba dla Niego przygotować te wszystkie informacje, papiery..
  • Twój profil randkowy – przyciągnął ja do siebie – pokażesz, z kim tam piszesz?
  • Oszalałeś?
  • No co, nie bądź zołza...
  • Chodź – pociągnęła Go za rękę – trzeba to ogarnąć bo już późno.
  • Jasne, ale wiesz co..... chyba zaczniemy od czego innego – pocałował ją w szyję aż zadrżała z zaskoczenia bardziej niż z podniecenia....
  • Zobaczymy – udała nie zainteresowaną i ruszyła ku windom
  • Ano zobaczymy – popatrzył na jej plecy i zjechał wzrokiem nieco niżej, uśmiechnął się sam do siebie i poszedł jej śladem.

-------------------------------------------------

Wilgotna noc robiła się coraz bardziej mglista i przesiąknięta zapachem lekko butwiejących i pleśniejących liści. Nie były w stanie go zabić nawet wydalane przez samochody spaliny, które tworzyły pod wiszącymi nisko nad miastem chmurami warstwę niewidzialnego jeszcze ale lekko odczuwalnego już smogu.
Stał zapatrzony w rozmytą deszczem perspektywę miasta i sączył wolno brunatny płyn z niewysokiej szklanki. Światło we wnętrzu było wygaszone oprócz ledowych listew w kuchni i błękitnego ekranu niewielkiego laptopa rzuconego niedbale na sofę. Oparty nagim ramieniem o kant ściany, drugą rękę trzymał w kieszeni opuszczonych na biodra spodni. Bose stopy przez marznięciem chroniła podgrzewana podłoga. Lubił to miasto spowite mrokiem. Ułatwiało to pozostanie niezauważonym. Każdy z mijanych przechodniów był zapatrzony w czubki własnych butów i nikt nie zwracał na nikogo uwagi. W takich warunkach proste było być niezauważonym. Patrzył na przelewającą się w dole rzekę świateł i rozmazaną masę ludzką. Podniósł szklankę do ust. Zadźwięczały kostki lodu. Szklanka delikatnie stuknęła o jego zęby. Upił solidny łyk.
  • No dobrze, czas zobaczyć, co porabia moje szczęście w hotelowym pokoju sam na sam....
Odwrócił się i podszedł do laptopa. Usiadł na wielkiej niczym lotnisko sofie. Wyciągnął nogi i wziął komputer na kolana. Obudził go. Zaczął klikać w klawisze.Na ekranie po kolei pojawiały się kadry z kamer z monitoringu miejskiego, potem z hotelowego foyer, restauracji, korytarzy. Kliknął kilka razy i na ekranie pojawił się szpital i siedząca przy łóżka Chrisa Weronika. Odsłonił zęby w szerokim uśmiechu. Znowu kliknął w klawisze. Weronika z Adamem w kawiarni rozmawiający z detektywem. Przewinął ten moment z twarzą zupełnie obojętną. Przeszedł do sekwencji prezentujących korytarz, windę i pokój.
  • No to zobaczymy, jak Wam wychodzi pierwsze bzykanko – powiększył na cały ekran fragment, który przedstawiał kochającą się parę w hotelowym pokoju. Dziewczyna miała rude włosy a jej partner dużą ilość tatuaży.

----------------------------------------------------

Weronikę obudziło światło słoneczne zalewające pokój. Leniwie przeciągnęła się. Rozejrzała się badawczo przypominając sobie powoli fragmenty wczorajszego wieczoru. Adama nie było obok. Jego obecność zdradzał szum wody w łazience. Po chwili ucichł i otworzyły się drzwi.
  • O, widzę, że już nie śpisz – powiedział właściciel wytatuowanego torsu i przedramion. Co prawda zadał sobie trud owinięcia ręcznika wokół bioder ale ona i tak uśmiechnęła się na wspomnienie ostatniej nocy. - co Ci tam chodzi po tej rudej główce, że się uśmiechasz – pochylił się nad Nią i pocałował w czubek nosa.
  • A tak sobie... do siebie. Zwalniasz już? – wskazała głową na łazienkę
  • Tak jest. Możesz korzystać do woli.
Nie trzeba jej tego było powtarzać dwa razy. Zgarnęła swoje rzeczy i wpadła do łazienki. Po chwili rozległo się pukanie.
  • Suuuchaj.... może potrzebujesz świeżego t-shirtu, skarpetek... może bokserki?
  • A daj.... - odrzekła po chwili wahania. Niby mamy XXI wiek i dobę antyperspirantów, które działają 48 godzin, no ale jednak.
Drzwi się lekko uchyliły i rzeczone części garderoby zjawiły się w łazience razem z wytatuowaną , umięśnioną ręką. Pomyślała, że facet jest trochę dziwny, w końcu widzieli się jak ich Pan Bóg stworzył, ale ujęło ją, że nie wpakował się do łazienki w całej swojej okazałości.


----------------------------------------------------------------------------

Siedziała na parapecie i gapiła sie bezmyślnie w okno po którym spływał deszcz. Wizyta na posterunku, zgodnie z oczekiwaniami ie przyniosła żadnych nowych informacji. Chris był w śpiączce a Adam własnie wrzucał swoje rzeczy do torby. Od rana był podenerwowany I jak mogła to schodziła mu z drogi. Nawet chciała jechać do siebie ale warknął przez ramię, żeby sie nie wygłupiała. Potem wziął głeboki oddech I przeprosił przyciągając ją do siebie. Kochali się szybko i nerwowo i chyba bez pełnej satysfakcji z żadnej ze stron. Jakże inny był to seks od tego z poprzedniej nocy... Jakby była w łóżku z dwoma różnymi facetami.
Zatem siedziała z podciągniętymi pod brodę nogami i filiżanką gorącej czekolady w doni I patrzya bezmyślnie na mokry Berlin.
  • Słuchaj... - zatrzymał sie nad walizką i po chwili podszedł do Werci – przepraszam, że dzis taki dupkiem jestem – wziął ja na dłonie – ale jakoś cos mi tu wszystko nie gra i jestem podkurwiony.
  • Spoko, rozumiem. Też nie jestem oazą spokoju.
  • Kochasz Go?
  • Co?!
  • Chrisa...
  • Adam...pytanie trochę nie na miejscu biorać pod uwagę seks sprzed 15 minut, fakt, że jestem z Tobą a nie z przy Nim w szpitalu... faktycznie jesteś dupkiem, ale Ci odpowiem...nie wiem, sądzę, żę nie.nic się między nami nie zdążyło wydarzyć, ewentualne uczucia nie zdążyły się rozwinąć.
  • A ja? Jaką mam rolę?
  • Nie wiem. Sam sobie jakąś przypisałeś. Nikt nie kazał Ci do mnie dzwonić, ciągać mnie ze sobą, spać ze mną... chciałeś tego, zresztą ja też... dla mnie to zaczątek związku ale jak będzie dalej, sama nie wiem.
  • Jedź ze mna na Maledivy.
  • Kiedy? - spuściła nogi z parapetu i zaczęła marzyć o ciepłym piasku
  • Za tydzień. Kilka spraw w domu załatwię I w następną sobotę chcę być na plaży.
  • Na jak długo? Bo tydzień w szkole moge opuścic ale więcej nie bardzo.... Maledivy... wiesz, że te wyspy za 80 lat moga zniknąć pod wodą?
  • Ale nie boisz się, że Cię już podtopi?
  • Nie. Ale zawsze marzyłam o Malediwach.... o Florydzie. Kaliforni albo o Hawajach też.
Popatrzył na Nią z lekkim uśmieszkiem
  • To będziesz potrzebowała trochę więcej wolnego – mrugnął okiem – zbieraj się, pomachasz mi na lotnisku bialą chusteczką
  • Tia, I zarzucę na głowę wołająć “mój ci On”...
  • Że co?
  • Nie, nic nic.... - zebrała swoje rzeczy I stanęła przy drzwiach.

----------------------------------------------------------------------------


Berlin żegnał Adama deszczem i szarością. Werka wyściskała Go na lotnisku. Sprawiał wrażenie nieco bardziej przystępnego niż w hotelu ale oczy skakały mu z miejsca na miejsce. Pomachał jej zza bramek i kiedy zniknął wróciła do taksówki I kazała się zawieźć do domu. Tam przywitał ją brak światła na klatce schodowej, przeciąg imiauczący pod drzwiami kot sąsiadów Choć nie cierpiała kotów, wpuściła go do środka I jeszcze będąc w kurtce dała jakies resztki mięsa.
  • Poznaj moją dobroć – przejechała mu ręką po grzbiecie. Zwierze jakby poczuło przypływ jej dobrego humoru i zaczął mruczeć głośniej i przylgnął do jej nogi.
  • No już już, nie podlizuj się – rozebrała się, przeniosła komputer do sypialni i wróciła do kuchni – no co futrzaku, najedzony? To może czas spadać do domu – wróciła do drzwi wejściowych I je uchyliła – no uciekaj....
Kot usiadł obok miski i ją ignorował.
  • No dobra, nie to nie – wróciła do kuchni. Z gorąćą czekoladą przeniosła sie na fotel w sypialni a kot powędrował za nią i umościwszy się wygodnie na jej kolanach zapadł w drzemkę.

----------------------------------------------------------------------------------

Trzy dni później spotkała na schodach kuriera.
  • O! Mam coś dla Pani – podał jej niewielka paczkę – jeszcze tu proszę o podpis...o właśnie, dziękuję. Miłego dnia!
Zbiegł szybko po schodach a Weronika zaciekawiona rozerwała papier nim weszła do mieszkania. W środku były bilety I krótki liścik:
Potrzebujesz 3 tygodnie wolnego. Widzimy się w sobotę na Florydzie. Weź filtry. Nic więcej nie musisz. Resztę kupimy na miejscu.
Ściskam
A
Uśmiechnęła się do siebie i rozłożyła bilety na stole.
  • Czyli najpierw Floryda. Później Kalifornia.... - przełożyła kolejny kartonik – o I jeszcze Hawaje.
Sięgnęła po telefon.
  • Jesteś wariat, wiesz... - powiedziała do słuchawki, kiedy nastąpiło połączenie. Gos po drugiej stronie roześmiał się.
  • Wiem. Do soboty.
  • Do soboty.
---------------------------------------------------------------------------

Na lotnisku kłębił sie dziki tłum. Jakies wycieczki gdzieś odlatywały, ludzie sie gubili, ciągle wzywali kogoś do stanowiska odprawy, do gejtu, ciągle jakieś dzieci gubiły rodziców albo rodzice dzieci. Werka stała pod filarem, nieco z boku, kontrolnie dotykając walizkę nogą. Nagle zawiblowała jej torebka. Szeroki uśmiech nieco na twarzy zastygł gdy spojrzała na wyświetlacz. Moment wahała się czy odebrać czy nie.
  • Cześć
  • No hej. Co tam słychać? Milczysz, zacząłem się bać, że się pogniewałaś... może gdzieś wyskoczymy wieczorem? - Filek brzmiał cały jakby w skowronkach – zarezerwowałem miejsca na koncert.
  • Ja wylatuję na wakacje. Jestem właśnie na lotnisku.
  • Halo!? Jesteś tam?
  • Tak – głos tym razem zabrzmiał jak zza grobu. - dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
  • Ej?! Z jakiej paki miałabym obowiązek Cię o tym informować?! - wkurzyła się mocno faktem, że zupełnie bezpodstawnie psuje jej humor tuż przed wyjazdem – czy Ty mi się opowiadasz jak znikasz na całe dnie czy tygodnia, albo! Czy ja MAM DO CIEBIE w związku z tym jakiekolwiek “ALE”? NIE!!! - krzyknęła w słuchawkę a kilkoro seniorów z grupy stojącej nieopodal spojrzało na Nią ciekawie – Jakim prawem.... - syknęła
  • Spoko, nie irytuj się tak, przepraszam – jego ton złagodniał I stał się podejrzanie uprzejmy – Jestem po prostu zaskoczony, myślałem, że się przyjaźnimy.
  • Też tak myślałam. A przyjaźń nie polega na ciągłej kontroli. I wyrzutach.
  • Okej okej soooooooory..... to odezwij się po powrocie... Jak będziesz miała ochotę porozmawiać ze starym kumplem.... miłego wypoczynku...cześć.
  • Cześć – rzuciła i się rozłączyła
Skąd się wzięła ta irytacja nie umiała powiedzieć. Ale był ostatnią osobą, z którą chciała teraz rozmawiać. I czuć się winną, że się nie sprawdza jako przyjaciółka.