piątek, 30 sierpnia 2013

9.

  • Nie to nie, nalegała nie będę – pogładziła się nieelegancko po brzuchu. Przestało jej zależeć na tym, co sobie pomyśli. Spojrzała w kierunku okna. Ulica tonęła w ciemności, jakby zgasły wszystkie światła. - dziwnie ciemno za oknem nie uważasz?
  • Faktycznie – podążył za jej wzrokiem – może im zasilanie siadło.
  • Ale u nas jasno.. dziwne...
Jakby w odpowiedzi na jej słowa za oknem rozbłysły lampy.
  • I tajemniczy nastrój zniknął. - popatrzyła na swojego partnera – na mnie chyba pora.
  • No tak... najadłaś się, napiłaś i teraz znikasz.
  • Jakoś niespecjalnie mnie zachęcałeś, bym została. Chyba będzie łatwiej, jak każde z nas wróci do siebie i jak najprędzej zapomni o tym niefortunnym wieczorze.
  • Niefortunnym? Wcale tak nie uważam.
  • Czyżby? Przecież przed chwila powiedziałeś, ze miałeś inny scenariusz?
  • Co nie znaczy, że to co się wydarzyło mnie rozczarowało albo zniechęciło. Jesteś zołza. Osa. Tniesz i tryskasz jadem. Rozmowa z Tobą to szermierka a jeden nieostrożny ruch i krew się leje strumieniem. Ale się nie nudziłem. Wiesz co – pochylił się ku niej – chodźmy się przejść nim Cię odstawię do domu. Dobrze nam to zrobi na trawienie i pogadamy.
  • No to chodźmy.
Wyszli z lokalu. Weronika spojrzała do góry. Niebo było czyste i po chwili skupiania wzroku dojrzała na nim gwiazdy.
  • Często tak głowę zadzierasz?
  • Lubię patrzeć w gwiazdy. Takie odległe i niezbadane. Cała tajemnica naszego istnienia się w nich kryje, cały nasz początek i koniec...
Musiała zamilknąć bo ni stąd ni zowąd zamknął jej usta pocałunkiem. Poczuła ciepłe i słodkie wargi, jak powoli obejmowały jej usta. Lekko napierały, ale nie zuchwale tylko jakby nieśmiało prosząc o więcej. Zaskoczona odwzajemniła pocałunek choć otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Kiedy Adam się od niej odsunął chwilę stali w milczeniu i patrzyli na siebie. Ona była zaskoczona, On wydawał się spokojny.
  • A to co było? - zaczęła – jakaś zabawa? Konkurujesz z Chrisem? Do łóżka chcesz mnie zaciągnąć? Czy o co Ci chodzi?
  • Czy możemy nie mieszać do tego Twoich innych randek? Nie interesuje mnie co robiłaś z moim kumplem albo z innymi kolesiami.
  • Jasne.... - mruknęła pod nosem ale chyba nie usłyszał.
  • Posłuchaj, ok. Chętnie bym się z Tobą przespał ale nie o to chodziło. Podobasz mi się ot tak po prostu. Nieważne jest nic więcej. Nie jest to żadne współzawodnictwo z nikim innym. Gdybym nie wiedział, że wczoraj się z nim widziałaś zachowałbym się dokładnie tak samo. No może pocałowałbym Cię w trakcie kolacji.... jesteś jędza, nie dasz się ustawić, nie siedzisz cicho jak mysz i odparowujesz ciosy aż boli i to mnie kręci. Jak cholera. Taki jakiś masochista jestem. Może dlatego że dziewczyny się do mnie kleją i za mną biegają a ja wolę zawalczyć. I im trudniej tym lepiej. Chyba nie powinienem Ci tego mówić no ale trudno, tak jest. Masz teraz instrukcję obsługi. Im bardziej niedostępna będziesz tym bardziej będę twój.
Weronika patrzyła na niego zastanawiając się, ile z tego co mówi jest prawdą. Taka szczerość i wylewność na pierwszej randce? To bzdura jakaś. Zbyt grubymi nićmi szyte.
  • Wiesz co... jakoś Ci nie wierzę. Nie wiem, po co to mówisz ale jeśli byś tak myślał rzeczywiście to raczej byś tego nie zdradził. To mi daje władzę i narzędzie do ręki. Mam Tobą sterować? To bez sensu....
Odwróciła się na pięcie i zaczęła iść w kierunku metra. Po kilku krokach ją dogonił ale nie próbował zatrzymać tylko szedł w milczeniu obok.
  • No dobra o co Ci chodzi? - stanęła i odwróciła się do Niego. Musiała śmiesznie wyglądać z wyciągniętą zaczepnie do przodu szyją, całym korpusem w pozycji przypominającej skoczka narciarskiego i odsuniętymi do tyłu rękoma.
  • O co mi chodzi? - przysunął się do niej, mocno objął w pasie, by nie miała wątpliwości, kto tu rządzi i przysunął się blisko – posłuchaj dziewczynko uważnie, bo powiem to tylko raz i nie będę się powtarzał. Mam na Ciebie ochotę – przysunął twarz bliżej – tak, taki apetyt...jak patrzyłem jak te wszystkie smaczne rzeczy nikną w Twoich namiętnych ustach – zaczęła czuć jego ciepły oddech na policzkach – to pomyślałem, że chciałbym być takim...eklerkiem – teraz już widziała każdy jeden włosek jego zarostu i zaczęły się pod nią uginać nogi. Zrobiło się jej ciepło i poczuła ogarniająca ja niemoc – i dotykać Twoich warg od środka co noc – musnął wargami jej policzek – albo częściej – dotknął wargami jej warg.
Weronika miała wrażenie, że grunt się jej usuwa spod nóg i zaraz odpłynie. Wystarczyłoby, żeby ją teraz pociągnął za rękę do hotelu... jej silna wola prawdopodobnie zostałaby pod tą witryną sklepową, gdzie eksponowano jakąś biżuterię w trupie czaszki, co zauważyła resztką świadomości.
  • Ale nie zrobię tego dziś. Nie chcę robić nic na siłę i wbrew Tobie – odsunął ją od siebie stanowczym ruchem – bo chcę, żebyś mnie pragnęła.
Weronika potrząsnęła głowa z niedowierzaniem, jakby budziła się ze snu.
  • Koleś.... co Ty wziąłeś i się nie podzieliłeś? Zawsze tak masz, że się bawisz uczuciami? - już nie wiedziała czy się złościć czy śmiać. Chyba łatwiej by było wziąć wszystko na żart.
  • Nie oceniaj mnie tak surowo. Żarty żartami... uważam, że doskonale do siebie pasujemy.
  • Ty mi proponujesz jakiś związek czy coś?
  • To lekka nadinterpretacja ale chętnie bym zrezygnował z sypiania z innymi laskami na rzeczy sypiania tylko z Tobą.
  • Boże! Jakim Ty jesteś żałosnym dupkiem!
  • Na którego lecisz...
  • Może trochę...
  • A widzisz!
  • Nie pochlebiaj sobie. Jesteś dupkiem, zabawnym to fakt– zastanowiła się przez chwile, czy nie posuwa się za daleko, nie pozwala mu na zbyt wiele, czy On jej nie obraża. Ale, w sumie, jakie to miało znaczenie? Nie wychodzi za niego za mąż a przynajmniej jej pracują szare komórki – ale dupkiem.
  • I chętnie byś się ze mną przespała.
  • Nawet jeśli to co z tego wynika?
  • To, że mam rację.
  • Ok, załóżmy, że masz rację. Może tym razem mi zdradzisz scenariusz, bym mogła wejść w rolę?
  • Nie ma scenariusza – podrapał się ręką po brodzie – słuchaj nie wiem, o co chodzi, ale jakoś nie umiem przy Tobie udawać czy być nie szczery. Jestem kiepskim materiałem na faceta. Jestem muzykiem. Latam po świecie, śpię w hotelach, mam masę fanek i groupies, które za mną jeżdżą, ii – zawiesił się na chwile – i nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, co potrafią zrobić. Co nie oznacza, że korzystam. - zobaczył jej drwiące spojrzenie – No tak. Po tym, co Ci mówiłem nie masz podstaw, by mi wierzyć. Ale nie rucham wszystkiego, co się rusza. To że Ci zaproponowałem seks to dlatego, że mnie pociągasz jak mało kto. Pewnie dlatego, ze masz silny charakter. Nie jestem Ci w stanie zaproponować stabilnego związku. Mogę Ci zaproponować w miarę regularny seks, jak będę tutaj. Albo jak Ty przylecisz do mnie, co sfinansuję. Nie chcę Ci proponować nic więcej, bo nie wiem, czy potrafię. Ale bardzo bym chciał z Tobą być blisko. Nie tylko ciałem.
  • Uff.... to duża dawka sprzecznych ze sobą informacji. Z jednej strony seks z drugiej bliskość nie tylko ciałem.... przeczysz sam sobie.
  • To nie tak. Proponuję Ci to, czego jestem pewien. Nie jestem Ci w stanie obiecać czegoś, czego nie umiem przewidzieć, zagwarantować. Daję Ci tyle, ile mogę Ci dać – zrobił krok do tyłu i rozłożył ręce – daję Ci swoje ciało. Rób z nim, co chcesz. - skłonił głowę i zamknął oczy.
  • Myślałam, że Ty muzykiem jesteś a nie aktorem...komikiem raczej – skrzyżowała ręce na piersi – przecież Ciebie nie można traktować na serio.
  • A chcesz zobaczyć moje tatuaże? - przysunął się do niej z powrotem i objął dłońmi jej twarz.
  • Masz nierówno pod sufitem – roześmiała się

niedziela, 25 sierpnia 2013

8.
  • To jest jakiś żart – nadal stała niemal bez ruchu a ręka wyciągnięta na powitanie Adama zwisała w przestrzeni wypuszczona przez jego uścisk jak zapomniany latawiec.
  • Może wejdziemy do środka? Trochę wieje.
  • Możesz mi to wytłumaczyć? - nie ustępowała patrząc mu prosto w oczy. W oczy koloru.. właśnie, jakiego?
  • A mogę w środku? - otworzył drzwi a Ona z pewnym oporem weszła do środka. Kelnerka wyglądała, jakby go znała bardzo dobrze, wymienili jakieś grzeczności i poprowadziła ich do stolika.
Weronika usiadła. Postanowiła nadał utrzymywać pozę naburmuszonej ale w środku dosłownie zżerała ją ciekawość. Kelnerka podała karty. On przejrzał swoja pobieżnie, odłożył na bok, oparł łokcie na stole, podparł brodę dłońmi i patrzył na Nią z lekko drwiącym uśmiechem.
  • Co Cię tak bawi?
  • Ty.
  • Ja!?
  • Tak. Udajesz naburmuszoną ale ciekawość aż Cię rozsadza od środka i uznajesz to za niebywale ekscytujące.
  • Próbujesz mnie obrazić czy być zabawny?
  • Pudło. Stwierdzam fakt.
  • Dobra, starczy tych gierek. Zaplanowałeś to? -skrzyżowała ramiona i oparła się o krzesło lekko powiększając dystans do swego rozmówcy.
  • Niby jak!? Dziewczyno! Co Ty myślisz że ja jakiś..no nie wiem, James Bond jestem?
  • Chcesz powiedzieć, ze to przypadek?
  • Co Ty pod jakąś gwiazdą teorii spiskowej się urodziłaś? Jasne, że tak! - opuścił dłonie i klepnął się nimi w uda – jak niby miałbym to zorganizować? Gadałem z Tobą na tym portalu...
  • Miałeś być zajęty po południu a tymczasem bawiłeś się z kolegami w knajpie, w której pracuję...
  • O czym nie wiedziałem bo mi nie podałaś takiej informacji. A z kumplami, kolegami z zespołu, jak już zapewne wiesz od mojego kumpla-kolegi z zespołu Chrisa, bowiem spędziłaś z Nim ostatnią noc, była to kolacja biznesowa, ustalona wcześniej! Miejsce wybrane tak, by nikt nam nie przeszkadzał!
W Weronice zawrzało... Co ten pajac insynuuje? Albo co mu Chris nagadał?
  • Nie spędziłam nocy z Twoim kumplem, jeśli już chcesz wiedzieć... - nie dokończyła bo pojawiła się kelnerka. Adam chciał ją odesłać gestem ale Weronika zdecydowała się na zamówienie – jestem głodna. Poproszę na przystawkę koktajl z krewetek, później zupę krem z truflami... macie Kraby? Świetnie, zatem poproszę a na deser krem brulee. Ty nic nie zamawiasz? - złożyła kartę z trzaskiem wiedząc,że pozycje, które wybrała do najtańszych nie należą. Popatrzył na Nią.
  • Razy dwa – oddał swoja kartę kelnerce. Do tego dwa esspresso na koniec, dla mnie teraz zielona herbatę..aa... dla Pani też. Dziękujemy.
Kelnerka odeszła.
  • Sporo jesz...
  • Jeszcze nie zaczęłam, mam..zresztą nieważne – wzięła głęboki oddech – nie spałam z Chrisem, choć nie sądzę, by to Cię powinno interesować. Do domu wróciłam sama.
Adam patrzył na Nią zmrużonymi oczami nieokreślonego koloru. Trochę nieelegancko wyciągnął się na krześle, wysuwając swoje szczupłe nogi obute w niebieskie tenisówki ze sznurówkami w kolorze ultramaryny.
  • Zatem musiał sobie coś później poderwać bo do tej pory Go nie widziałem. Może coś z Tobą dziewczyno jest nie tak, skoro mu nie wystarczyłaś..- uśmiechnął się zaczepnie pokazując przy tum kły jak wilk. To było okropne, ale tym swoim nieokrzesanym sposobem bycia wzbudzał w Niej odrazę przemieszana z dziwnym pożądaniem. Zawsze lubiła niegrzecznych chłopców ale nie zdawała sobie sprawy, że pozwoli tak sobą pomiatać.
  • Ty nie powinieneś się leczyć?
  • Na co niby?
  • Na chamskość chociażby.
  • Nie wiedziałem, że jest takie słowo i taka jednostka chorobowa.
  • Jest. Jesteś pierwszym przypadkiem.
Kelnerka postawiła przed nimi koktajle i zieloną herbatę.
  • Smacznego moja droga....
  • Droga to będzie kolacja...
  • Spokojnie, moja karta zniesie więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.
  • Uważaj wyobraźnie mam bujną.
  • Tak? Zatem gdzie mam węża?
  • Raczej nie w kieszeni. Ani w spodniach, bo byśmy nie siedzieli przy posiłku. Prawdopodobnie w głowie, mózg Ci wyżera...
  • To chyba Ci się pomyliło z kawałem o mózgojadzie...
  • Absolutnie nie. Zaadoptowałam do obecnej sytuacji i warunków. Dobre te krewetki – odsunęła pucharek.
  • Prawda, dawno nie jadłem tak smacznych. Masz jakieś tatuaże?
  • To ma jakieś znaczenie w kontekście krewetek?
  • Tak. Mam wytatuowana krewetkę.
  • Na pośladku w kolorach tęczy?
  • Skąd wiesz? - zabrał się do zupy, która się właśnie pojawiła – no to jak z tymi tatuażami?
  • Zasadniczo – spróbowała kremu i chwilę się nim delektowała budując napięcie – jeśli liczyć na sztuki, to są... - zatrzymała łyżkę i przymknęła oczy udając,że się skupia – to 10.
  • Żartujesz?! - zrobiła na nim wrażenie – jak to? Gdzie?
  • Cztery widzisz.
  • Nie rozumiem – wyglądało na to, że autentycznie nie ma pojęcia, o czym ona mówi.
  • Makijaż permanentny... dwie górne i dwie dolne kreski to cztery sztuki, które widzisz.
  • Eee..... - wyglądał na rozczarowanego
  • Jeśli nie masz tatuażu na swoim... narzędziu na przykład, to nie waż się tego oceniać. Powieki są tak wrażliwe,że płakałbyś z bólu...
  • I po co Ci to?
  • Jakbym wiedziała, że to tak boli to bym się w życiu nie zdecydowała...a jak już zaczęła robic to było trochę za późno.
  • A to nie dają jakiegoś, ja wiem, znieczulenia czy coś? - wyglądało, jakby był żywo zainteresowany tematem.
  • Dają, a jakże. Bez tego to bym się chyba dotknąć nie dała. Ale mam taki,nie wiem wysoki czy niski próg bólu w każdym razie miałam wrażenie, ze mi powieki żyletkami tną.
  • Ajj...-skulił się nieco w sobie – i po co Ci to?
  • Zawsze chciałam to sobie zrobiłam.
  • No dobra – skończył zupę i wytarł usta serwetką – a reszta?
  • A reszty nie zobaczysz.
  • Ej... nie bądź taka.
  • Jaka?
  • Twarda...
  • No... widzę postęp. Porzuciłeś sarkazm na rzecz trafnej i obiektywnej oceny sytuacji.
  • Przecież to nie jest nic złego. Dlatego się ze mną umówiłaś, ze zaintrygował Cie wulgarny, zaczepny koleś, który nieustępliwie i żartobliwie dążył do spotkania się z Tobą. Jakoś specjalnie długo się zresztą nie opierałaś...
  • Darmowe żarcie w cztero-gwiazdkowej knajpie... mogę przełknąć jeszcze kilka Twoich zaczepek tym bardziej, że chyba jest remis... - na stół wjechały Kraby. Weronika zabrała się za swojego z wprawą, która zaskoczyła jej towarzysza.
  • Łał, jestem pod wrażeniem.
  • Czego? Tego, że dotrzymuję Ci kroku?
  • W czym niby?
  • W pyskówkach, w argumentach, w jedzeniu – popatrzyła na jego postępy z krabem – a w przypadku tego skorupiaka chyba sobie radzę o niebo lepiej.
Nie skomentował, tylko się uśmiechnął. Nie wiedziała, co siedzi w jego głowie ale postanowiła się po prostu dobrze najeść za cudze pieniądze. Tym bardziej, ze śniadanie strawiła już w okolicach 10 i od tego czasu nie miała w ustach nic poza kolejną zakupiona na peronie metra kawą i żołądek zaczepiał się jej o kręgosłup. Takie miała przynajmniej wrażenie.
  • Ty sporo jesz
  • Powtarzasz się.
  • Lubisz ostry seks?
  • Tak – odpowiedziała szybko by pokryć zmieszanie. Skąd mu do licha to pytanie przyszło do głowy. Bezczelny typ.
  • Tak myślałem. Każde moje zdanie odparowujesz, jakby to była szermierka a nie randka.
  • Przynajmniej jej szybko nie zapomnisz.
  • Przeciwnie. Przesunę do lamusa natychmiast po opuszczeniu lokalu.
  • Tak? - zdziwiła się szczerze – czemu?
  • Nie lubię jak coś nie idzie po mojej myśli.
  • Zatem scenariusz był inny – odsunęła talerz z resztkami – opowiedz, jak to miało wyglądać.
  • Nie no co Ty, teraz to bez sensu. Skoro wszystko potoczyło się inaczej nie warto.
  • Dlaczego? Ciekawa jestem jaką mi role napisałeś. - mówiąc to połykała niemal wzrokiem deser
  • Na pewno inną, niż odegrałaś.
  • Pokorna miałam być? Oczarowana? No nie daj się prosić...
  • Może kiedyś

środa, 21 sierpnia 2013

7.
Weszła do domu ociągając się. Chciała trzasnąć drzwiami ze złości ale zrezygnowała bo zgubiła gdzieś po drodze argument, dlaczego miałaby to zrobić. Zamknęła je powoli za sobą i nie zdejmując nic ani nie zapalając światła powlokła się bezwiednie, noga za nogą do kuchni. Usiadła na oświetlonym blaskiem elektrycznego zegarka krzesła i zastygła. W zasadzie nie wiedziała, czy powinna się złościć, czy cieszyć. Facet okazał się dżentelmenem, których brak w owych czasach. Nie próbował jej zaciągnąć do łóżka a na taka propozycję była przygotowana. I może to ją złościło. Czyżby była dla Niego nieatrakcyjna? Chyba była rozczarowana tym, że nie nalegał. Miałaby okazję pokazać rogi i odmówić, jak to planowała. A tak.... zestawił ją z murka mocno obejmując, pociągnął za rękę do oddalonych o 20 metrów taksówek, dał kierowcy banknot, nie widziała jaki, poprosił zawieźć, gdzie Pani sobie zażyczy, przytulił ja na odchodne, pocałował w czoło i wsadził do auta zamykając dokładnie za Nią drzwi. Była tak zaskoczona, ze zabrakło jej słów i pozwoliła się prowadzić jak cielę. Kierowca pytał dwa razy nim wydukała z siebie adres. Nie wiedziała, co myśleć. A teraz siedziała po ciemku, w pełnym rynsztunku nadal nie zdecydowana, czy się cieszy czy jest zła, że tak się sprawy potoczyły. Wreszcie skupiła wzrok na zegarku. Było grubo po północy. Chwilę biła się z myślami, czy sprawdzić, co w świecie wirtualnym słychać ale odłożyła to na rano. Szybki prysznic i spać. Tak, to dobry pomysł a jutro na pewno jakoś się do tego ustosunkuje. Albo o sprawie zapomni. Bo On przecież nie zadzwoni. Co prawda wziął jej numer, ale... nie, pewnie nie zadzwoni, tak samo jak nie chciał się z Nią przespać i tym samym straciła wspaniałą okazję, by okazać mu siłę swojego charakteru. „No cóż, jego strata” - powiedziała do siebie na głos i skierowała się do łazienki.

Bzyczenie było natrętne i nie ustające. „Komar o tej porze roku?”. Powoli jednak zdawała sobie sprawę, w miarę uzyskiwania świadomości, że to nie komar a budzik, przypominacz w telefonie raczej. Chciała go schować pod poduszkę jednak kilka lat temu wyrobiła w sobie nawyk kładzenia go poza zasięgiem ręki, by musiała wstać w celu odebrania lub wyłączenia. Zaspanym wzrokiem spojrzała na wyświetlacz. Była 7 rano. Za godzinę powinna być w pracy, a była w totalnym proszku. Znowu przecież wychodzi na cały dzień, mało – znowu ma randkę wieczorem z tym wytatuowanym... Och... schowała głowę w dłoniach i skuliła się na łóżku... jeszcze dwie minutki...
Musiała się spiąć w sobie. Jedną ręką robiła jajecznice a drugą próbowała prasować. Wymyśliła sobie lniana koszulę z głębokim dekoltem a do tego ciemno szare dżinsy i takież trzewiki. Nie wiedziała, czemu tak ważne było, żeby dobrze ale swobodnie wyglądała. Chyba po wczorajszym wieczorze chciała czuć, że ma kontrolę. Gotowa wyszła z domu i sprawdziła telefon w drodze na stację. Dwie wiadomości. Uśmiechnęła się pod nosem. Otworzyła. Pierwsza od Marka. A to zaskoczenie... „Przepraszam za wczoraj, poniosło mnie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Mam nadzieję, ze Ci nie zrobiłem krzywdy i że mi wybaczysz i dasz się jednak gdzieś niedługo zaprosić. Bardzo mi zależy na Twojej... przyjaźni...”. Dziwne. Nigdy wcześniej nie dostała smsa od Marka. Otworzyła drugą i zmarszczyła brwi. Filip. A temu co? „Hejka. Będziesz dziś na zajęciach? mógłbym później przejrzeć notatki? Papa”. No tak, zatrzymała się w biegu. Ma dziś dwie godziny wykładów, o których zapomniała. Cudownie. Sprawdziła torbę – notatnik był na miejscu. „Jasne, że tak. Wszystko ok?” odpisała i schowała telefon. Dzisiejszy dzień zapowiadał się intensywnie. Postanowiła, że się spóźni nieco ale musi kupić sobie dużą, słodką kawę. Ta wypita w domu była niewystarczająca. Kiedy poczuła jej zapach, wróciły jak bumerang wspomnienia dnia wczorajszego i przeszedł ją dreszcz. Koleś nie napisał. Żadnego dobranoc. Żadnego całuję, było miło. Nie zadzwonił. Czyli jednak, nie była w jego typie. No cóż, trudno. Trzeba się otrząsnąć. Dziś kolejna randka. Z tym, wytatuowanym.... wężem czy jak mu.
    Kilka godzin w kawiarni minęły szybko. Ruch był umiarkowany, jednak na tyle absorbujący by nie wdawać się w żadne rozmowy z Susanną. Alfiego nie było i było to bardzo przyjemne zaskoczenie. Późniejszy wykład też minął jak z bicza strzelił i nieubłaganie zbliżała się godzina 17.30.
Przeszła jedną stację metra, by odetchnąć trochę i uspokoić emocje. Była ciekawa, jaki ten... wytatuowany jest. A jednocześnie cały czas nurtował ją Chris. Dlaczego się nie odezwał? Może Ona powinna? Potrząsnęła głową. Przecież nie może ciągle tym sobie zawracać głowy.
Była już blisko. Przed lokalem pod markizą stał, no właśnie... Stanęła jak słup soli i rozdziawiła buzię niczym małe dziecko... przed lokalem stał facet od niebieskich sznurówek.
  • Co Ty tu robisz? - wreszcie wykrztusiła
  • Też się cieszę, że Cię widzę. Adam jestem – wyciągnął rękę i czekał, aż poda mu swoją – znany także jako Tatoo79. Ale to tylko dla baardzo dobrych znajomych – mrugnął do niej okiem.

czwartek, 15 sierpnia 2013

6. Jemy - nie tyjemy
  • Sporo jesz... - powiedział Chris i tuż po tym, jak to zrobił zaczerwienił się – przepraszam, to nietakt z mojej strony... Kobiety się nie pyta o wiek, nie zwraca uwagi na ilość jedzenia i zawsze się jej mówi, że jest najpiękniejsza.
  • To ty kłamca jesteś znaczy się... - wytarła serwetką usta ukrywając przy okazji rozbawieniem.
  • Ja nigdy nie kłamię, czasem tylko przedstawiam którąś wersje prawdy – usiłował nie patrzeć na jej talerz dokładnie wyczyszczony z całej zawartości ale wzrok mu stale uciekał w jego kierunku.
  • Gdzieś słyszałam ten tekst...
  • Jack Nicholson. Chyba w „Lepiej późno niż później” ale głowy nie dam....
Bawiło ją jego zakłopotanie.
  • Mam chorą tarczycę. Mogę jeść dużo, jak facet ale to na mnie „nie wchodzi”. Przynajmniej na razie.
  • A to chyba poważna sprawa?
  • Szczerze? Znam poważniejsze...
  • Nie powinnaś tego leczyć.
  • Powinnam. Ale po jednych lekach miałam zawroty głowy, uderzenia gorąca i palpitacje serca takie, że mnie pogotowie dwa razy zabierało, po innych mogłam spać 24 na 7 a po kolejnych wysypkę. Jestem pod kontrolą lekarza ale bez leków. Dopóki nie będzie jakiegoś nowego środka dostępnego na rynku nic nie mogę brać.
  • Trochę przekichane....- zasępił się – od dawna tak masz?
  • Zawsze jadłam więcej niż ojciec ale dopiero 3 czy 4 lata temu zdiagnozowano problem. I to przy innej okazji... ale nie mówmy o tym – upiła łyk wina – przepyszne było to mięso.
  • Chcesz jakiś deser? - machnął na kelnera – może lody?
  • Niieee..... ale torcik szwardzwaldzki bym chciała – oblizała się jak małe dziecko.
  • To dwa poprosimy. Dla mnie jeszcze esspresso a dl Ciebie?
  • Też.
  • To wszystko.
Kelner oddalił się zabierając ze sobą ich puste talerze.
  • Wiesz, co dobre.
  • To spadek po tacie. On bardzo lubi ten torcik, podobnie jak węgierski. A i krem sułtański. No i kilka innych rzeczy jeszcze.
  • Twój ojciec to niezły smakosz – nagle kieszeń Chrisa zaczęła wibrować – cholera przepraszam – wyjął telefon – zapomniałem wyłączyć wibracje.
  • Coś ważnego? Może odbierz...
  • Nie – schował aparat z powrotem do kieszeni uprzednio wyłączywszy uporczywe bzyczenie – to chłopaki...
  • Aaa..... - odpowiedziała inteligentnie bo myśli miała już zajęte torcikiem, który kelner właśnie przed nią postawił – hałaśliwa ferajna z wczoraj? to Twoi kumple? Współpracownicy? - usiłowała pogodzić kęs przepysznego ciasta i mówienie.
  • W zasadzie wszystko razem i jeszcze trochę. Znamy się od podstawówki. Od kilkunastu lat gramy razem i razem włóczymy się po świecie. Przyjaźnimy się i pracujemy razem.
  • Zaraz, znaczy jesteście zespołem? - zdziwiła się
    Zamiast odpowiedzieć wyjął telefon i włączył cicho, by nie przeszkadzać innym klientom restauracji, utwór muzyczny.
  • Hej, ja to znam. Od kilku miesięcy wszystkie stacje muzyczne to puszczają – zanuciła – znam to niemal na pamięć. Chcesz powiedzieć, że to wasze? - była szczerze zdziwiona. Piosenkę znała bardzo dobrze natomiast nie miała pojęcia jak wygląda ktokolwiek z „Friday thirteen”
  • Tak jakby... - powiedział, jakby go to zawstydzało
  • Hej! To świetny kawałek! Znam jeszcze kilka Waszych utworów. Ale numer – nie mogła uwierzyć własnym oczom. - Słuchałam Was często ale nigdy nie widziałam. Nie patrzyłam nigdy w googlach, jak wyglądacie.
  • No patrz, a myślałem, że w dobie internetu wszyscy wszystko googlują – zaśmiał się i upił malutki łyczek espresso.
  • Przyznaję się bez bicia, rzadko słucham muzy w internecie. I tak spędzam długie godziny przed ekranem. W czasie wolny, jeśli go mam chętnie siadam z książką, puszczam radio...
  • Otwieram wino, wypijam ze swoją dziewczyną....
  • Ej, to nie Wasz tekst!
  • Nie, ale ładnie się rymuje
  • Kurcze, tak jak teraz myślę to pasujecie... robiliście tyle hałasu dzisiaj.. jak banda rozwydrzonych dzieciaków. Przydałyby się Wam klapsy w tyłki.
  • Od Ciebie z wielka przyjemnością – pochylił się do niej i spojrzał w oczy.
  • Czaruś – odsunęła się przezornie – kończysz ten torcik?
  • A co? Masz ochotę? Bo ja nie bardzo już mogę...
  • Nie no dojadać po Tobie nie będę.
  • Jeszcze nie.... na tym etapie związku się jeszcze wzbraniasz ale zobaczysz, będziemy jedli z jednego talerza i pili z jednej szklanki – mówiąc to wykonał teatralny gest o bliżej nieokreślonym znaczeniu.
  • No proszę.... jak Ty wszystko już przewidziałeś...a moje zdanie w tej farsie się nie liczy? - Wercia zbierała widelczykiem okruszki ciasta z talerza unikając patrzenia na ledwie rozpoczętą porcje jej towarzysza.
  • Serio, jak masz ochotę nie krępuj się...albo nie – machnął na kelnera – jeszcze jeden torcik dla Pani.
Kelner uprzejmie skinął głowa i tyle go widzieli.
  • Wyglądacie na zgrana grupę. Jak ze sobą wytrzymaliście tyle lat? - powróciła do tematu zespołu, który był jej zdaniem bezpieczniejszy i bardziej odpowiedni na pierwsza randkę.
  • Znamy się prawie całe życie, mieszkaliśmy jako dzieci w jednej dzielnicy, potem była ta sama szkoła. Kiedy mieliśmy po 13 lat, bo jesteśmy z tego samego rocznika, postanowiliśmy założyć zespół. To był piątek. W dodatku trzynasty. No i nazwa była gotowa.
Kelner postawił przed nią tort. Kawałek sprawiał wrażenie większego, niż poprzedni.
  • Dziękuję – powiedziała do kelnera i ukroiła kawałek.
  • Gapa jestem, nawet nie spytałam... jaka jest Twoja rola w zespole?
  • Klawisze. Miałem w domu pianino z czasów młodości mojej mamy, która kochała ten instrument. Chodziłem do szkoły muzycznej. Zresztą jak pozostała czwórka.
  • Czwórka? Przecież było Was sześciu dziś a Ty plus czterech to pięć.
  • W zespole nas pięciu jest, Ten szósty, co cały na czarno był to koleś z wytwórni. Dogrywaliśmy detale naszej przyszłorocznej trasy. Przy okazji wyszło kilka małych projektów i dlatego zdecydowaliśmy się na kolację poza biurem, żeby było na luzie. Potem chłopaki poszli na kręgle.
  • A Ty czemu z nimi nie poszedłeś? - odsunęła pusty talerz i uśmiechnęła się z zadowoleniem, jakiego dostarcza pełny żołądek.
  • Bo się z Tobą umówiłem.
  • I nie mają Ci tego za złe?
  • A czemu mają mieć? Nie żyjemy w komunie, nie mamy obowiązku spędzać ze sobą czasu. Robimy to bo się lubimy i wolimy pograć w kręgle czy bilard niż iść na dziwki.
  • Uuu... mocne słowa...- uśmiechnęła się zalotnie – ale wątpię, czy prawdziwe.
  • Możesz myśleć co chcesz, ale nie łajdaczymy się na prawo i lewo. Image sceniczny to tylko image sceniczny. Perkusista i basowiec mają żony i każdy jest już ojcem. Matt jest zaręczony a ja i Adam jesteśmy singlami. - wyłapał jej kontrolne spojrzenie – co nie znaczy, że sypiamy z kim popadnie i kiedy się nadarzy okazja. Adam miał dziewczynę dwa lata, bardzo ja kochał... puściła się z jakimś fotografem. Robił dobra minę do złej gry ale przeżył to mocno. Tym bardziej że doniósł o tym jakiś portal plotkarski ze zdjęciami a ona mu w żywe oczy, że to fotomontaż. Chciał jej wierzyć. Zaszła w ciążę. I pewnie by go przekonała, że to jego dziecko gdyby nie pewien medyczny problem. Adam nie wiedział, jak jej powiedzieć, że nie może być ojcem na początku związku, potem jakoś odwlekał ten moment, czekał na właściwy. Kiedy mu się rzuciła na szyję twierdząc „Kochanie, będziemy rodzicami” uśmiechnął się do niej i mówi „Cudownie. A kto jest tatusiem? Bo ja jestem bezpłodny”.
  • Możesz mówić o tajemnicach swojego przyjaciela?
  • Tak, od tego momentu tak. Adam może ni etyle pozwolił ile powiedział, że ukrywać więcej tego nie będzie.
  • No dobrze a Ty?
  • Ja? - zamyślił się a na ustach zastygł mu grymas ni to zadowolenia ni niesmaku – ja jestem idealistą i wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia.
  • Jeszcze powiedz, że jesteś dziewicem.
  • Hahaa! Co za określenie. Jeszcze nie słyszałem. Chcesz coś jeszcze? - kiwnęła odmownie głową więc skinął na kelnera by ten przyniósł rachunek. - Trochę pojechałaś po bandzie. Ale zdziwiłabyś się wiedząc, z iloma kobietami spałem.
  • Tak wiele ich było? - zapytała zaczepnie
Nic nie odpowiedział bo podszedł kelner. Chris uregulował należność.
  • Idziemy?
  • Tak, jasne. Ale nie zmieniaj tematu.
  • Zaraz Ci dokończę – wziął z szatni jej okrycie, pomógł się ubrać. Szybko zarzucił swoje na ramiona i wyszli. Okazało się, że na zewnątrz jest całkiem przyjemnie. Zniknął gdzieś przeszywający wilgotny chłód, który czuć było w powietrzu od samego rana. Zrobiła się całkiem ciepła jak na tę porę roku bezwietrzna i bezchmurna noc. Spojrzała w niebo – było pełne dobrze widocznych gwiazd.
  • Romantycznie, prawda – wziął ją za rękę. Nie broniła się – choć się trochę przejdziemy. Dobrze zrobi na trawienie..poza tym obiecałaś mi spacer.
  • Ja Tobie? - wydęła usta udając oburzenie – nie przypominam sobie bym Ci cokolwiek obiecywała – ale dała się prowadzić.
  • Choć, nie marudź. Taka piękna noc, nie można jej zmarnować.
  • Aha i jeszcze pewnie mnie do jakiegoś parku, lasu zagajnika chcesz zaciągnąć albo w ciemna bramę.
  • Masz fantazję. Ale spokojnie, nie mam żadnych ukrytych planów i proponuję, o, tamten plac. Jest kilka ławek, ładnie widać niebo.... no i ten Twój Anioł Struż, będzie widoczny jak na dłoni jeśli się zdecyduje ujawnić. Nie będzie mógł podejść blisko.
  • O kim Ty mówisz – zdenerwowała się ale przytrzymał ją by się nie odwróciła za siebie.
  • No o tym kolesiu z bramy przed knajpą. On chyba nadal za nami łazi.
  • Nie no nie żartuj z takich rzeczy – była na serio zaniepokojona – po co miałby to robić. On czy ktokolwiek inny?
  • Jest zazdrosny o Ciebie. - objął ją
  • No nie bądź śmieszny – zaśmiała się nerwowo, zupełnie nie w jej stylu.
  • Z tym chichotem Ci nie do twarzy. Nie chciałaś się z nim umówić a umówiłaś się z innym. Jak go stać na przemoc wobec kobiet to stać go na szpiegowanie. Dobra zresztą nieważne – zatrzymał się – nie będziemy spędzać wieczoru rozmawiając o twoim adoratorze.
  • Zatem o czym będziemy rozmawiać? O Tobie?
  • To całkiem niezły temat – zaśmiał się w taki dźwięczny, dziecięcy sposób.
    Popatrzyła na niego. Przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.
  • Wiesz co, tak w półmroku, w tym wieczornym świetle latarni jesteś całkiem przystojny.
  • Uważaj... - pochylił się w jej kierunku
  • Na co – lekko przeciągnęła sylaby akcentując je zaczepnie
  • To się robi niebezpieczne – niby zachęcał uśmiechem ale nie posunął się do przodu o milimetr
  • Boisz się o siebie czy o mnie? - cofnęła się nieznacznie tym samym powiększając dystans między ich twarzami.
  • Posłuchaj, jestem muzykiem, moje życie to trasa...
  • Ej, to nudne... zaraz mnie poczęstujesz gadką, że nie jesteś stały w uczuciach, że gdzie strona tam żona, że kochasz wszystkie kobiety, że szanujesz itp....
  • No nie do końca o tym myślałem – wsadził ręce do kieszeni. Zaczęli iść obok siebie – coś w tym jest, co mówisz, bo tak się kojarzy życie muzyka.. Ale nie moje życie. Ja chciałem powiedzieć, że moje życie, jako muzyka w dużej mierze przebiega poza domem. Że nie każda kobieta jest w stanie to zaakceptować, dać kredyt zaufania i radzić sobie z cieknącym kranem, kiedy mnie nie ma..
  • No wiesz – weszła mu w słowo – zawsze można wezwać jakiegoś przystojnego hydraulika.
  • To fakt. Ale chodzi mi o to, żeby tego nie robić. Żeby rozmawiać, a nie na siebie krzyczeć, żeby sobie pomagać a nie sobie rzucać kłody pod nogi, żeby być partnerami a nie wrogami...
  • No ładne to co mówisz – stanęła. Popatrzyła na podświetlony kościół i zamyśliła się. Niby już kilka razy w życiu słyszała tego typu teksty. Ale zawsze były wypowiadane przy okazji maślanego wzroku utkwionego, prawdziwie lub nie, w jej twarzy. A tym razem kolega, miała wrażenie, mówił to szczerze. - tylko ile w tym prawdy?
  • To pytanie retoryczne chyba. - popatrzył na nią, poprawił kosmyk włosów wysuwający się niesfornie zza jej ucha. Zjechał dłonią z policzka na ramię – przecież wiesz, że nie kłamię. Masz intuicję.
  • Tia – weszła na niewielki murek i zrównała się z nim wzrokiem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak On jest wysoki. Świat z perspektywy kilkudziesięciu centrymetrów więcej wyglądał nieco inaczej. Czy lepiej tego nie wiedziała ale na pewno inaczej. - jakoś ta moja intuicja zasypia czasami.
Przysunął się do niej i położył jej ręce na swoich ramionach. Lekko się wzdrygnęła a On to wyczuł.
  • Ok, powiem coś banalnego, ale... możesz mi zaufać... - objął ją w pasie i się przysunął jeszcze bliżej
  • Aha, jasne – przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy. Ciekawa była, czy będzie chciał ja pocałować. Ale On nie wykonał żadnego ruchu..
  • Na nic nie będę napierał. Pierwszy ruch, pierwsze dwa ruchy należą do Ciebie..
  • Dwa?
  • Wysil wyobraźnię – odsłonił w uśmiechu dwa rzędy zębów bielszych niż śnieg. Miała wrażenie, że to ją oślepia.
  • Iiiii.... wysilić....ech – westchnęła głęboko i wtuliła się w jego szyje i włosy. Poczuła ciepło i zapach. On pachniał...właśnie, czym On pachniał? Świeżo zaparzoną kawą... mocnym espresso z jedną łyżeczką brązowego cukru...i piernikiem, takim dopiero co wyjętym z piekarnika, ciepłym i miękkim jak wata cukrowa, aromatem zdradzającym obecność bakalii. Pachniał obietnicą rodzynek i daktyli, ciepłą glazurą z czekolady. Pachniał przyprawami korzennymi i cynamonem. 
    Powoli wycofała twarz z włosów i zatrzymała się na policzku. Miał przyjemnie ciepłą skórę,z lekkim meszkiem, jak brzoskwinia. Miękką i przyjemną w dotyku, jak mięsisty aksamit. Czuła pulsowanie krwi w skroniach. Tylko nie wiedziała, czy to był jej czy jego puls. Pachniał... cholera, pachniał nagością... namiętnością, czułością, radością... grzechem i pokutą... i ciastem drożdżowym z kruszonką i z rodzynkami posmarowanym aromatycznym masłem i popitym mlekiem..

piątek, 9 sierpnia 2013

5.
Punktualnie o 20 w drzwiach zjawił się blondyn. Uśmiechnął się po hollywodzku i spytał, czy może w czymś pomóc. Zaprzeczyła ruchem głowy ustawiając jednocześnie krzesła na stolikach by pozmywać podłogę.
  • Pomogę Ci – rzucił się do kolejnego krzesła.
Spojrzała na niego przychylniejszym okiem i udała się po mopa.
  • Czy tylko tu zmywasz czy na zapleczu tez coś masz do zrobienia?
  • Muszę zmywanie skończyć i poukładać talerze a później i tam zmyć.
  • To idź – wyjął jej mopa z ręki – ja tu skończę a jak się uporasz z naczyniami oporządzimy i zaplecze.
    Bez protestu oddała kijek i schowała się za zasłonę. W głowie kłębiły się różne dziwne myśli a na ustach błąkał się uśmiech zadowolenia połączony z niedowierzaniem. To wszystko takie nierealne było, że aż się bała, że za chwilę się zbudzi ze snu. Kiedyś czytała taką książkę.... że dziewczyna budzi się rano, idzie pobiegać i znajduje leżącego w parku faceta. Okazuje się, że On jest sławny, Ona znika, On jej szuka, wielka love story z happy endem, gdyby nie fakt, że na koniec książki dziewczyna się budzi i jest dokładnie w tym samym momencie co kilkaset stron wcześniej. I się zastanawia, czy wstać iść pobiegać, po takim śnie czy nie. I Weronika teraz zastanawiała się, czy cały dzisiejszy dzień nie był właśnie takim snem.
  • Mogę tutaj? - z zamyślenia wyrwał ją przyjemny męski głos. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że On ma niesamowicie aksamitny, ciepły i głęboki głos.
  • Tak, jasne, ja już skończyłam. Ale może wezmę to od Ciebie, w końcu to mój obowiązek – sięgnęła po mopa ale jej nie oddał.
  • Ciii...nikomu nie powiem, to będzie nasza tajemnica – wyminął ją i zaczął wycierać podłogę.
  • Dziwny jesteś.... - oparła się o framugę drzwi i skrzyżowała ręce.
  • Bo Ci pomagam a nie siedzę? Jak zapewne zrobił by ten koleś, co Ci zrobił siniaka – nagle się zatroskał – właśnie, jak ręka? Może trzeba iść, żeby jakiś lekarz to obejrzał?
  • Nie no co Ty – roześmiała się ale była wzruszona – nic mi nie będzie. Niepotrzebnie... - zawiesiła głos po niewczasie...
  • ...się broniłam? - dokończył za nią. -Posłuchaj – odstawił mopa i podszedł do Niej blisko kładąc jej ręce na ramionach – jeżeli to się nie zdarzyło w łóżku podczas ostrego seksu, a nie wygląda mi na to, to raczej ktoś z Tobą dyskutował i trzymał mocno, kiedy chciałaś odejść i Twoje zdanie mu się nie podobało...to jest przemoc. I tego nie wolno robić. Tym bardziej słabszemu. Jeśli się kiedyś zdecydujesz mi powiedzieć kto to, to zrobię z Niego miazgę.
Weronika podniosła głowę do góry, na wysokość jakiegoś metra osiemdziesięciu kilku, gdzie znajdowały się jego oczy i zobaczyła, że nie żartował.
  • Daj spokój. Niefortunna dyskusja, On mnie trochę źle chwycił, ja się bez sensu szarpnęłam... na prawdę nie ma o czym mówić. Mam wrażliwe ciało i wcale nie mam pewności, że teraz po twoich dłoniach na moich ramionach nie zostaną dwie wielkie sine plamy...
  • Dziewczyno..! To Ty po każdym pójściu do łóżka pewnie wyglądasz jakby Cię ktoś pobił! - próbował zażartować ale przezornie dłonie cofnął.
  • No aż tak źle nie jest, daję radę patrzeć na siebie w lustrze i na żadną obdukcję jeszcze nie jechałam.
  • Dobrze dobrze...teraz będę się bał Cię dotknąć....
  • I bardzo dobrze! - odwróciła się na pięcie i zniknęła w łazience razem z mopem, którego jej oddał bo skończył. - usiądź i poczekaj, zaraz będę – zawołała przez zamknięte drzwi. Potrzebowała się choć odrobinę odświeżyć. Pot ludzki niestety miał tę cechę, ze nie pachniał słodkawo jak pot konia a walił kwasielizną...zatem trzeba było się pozbyć tego niezręcznego odoru którego aromat trochę przerysowała. Na koniec, kiedy już naciągnęła na siebie bluzkę, którą przezornie zawsze zabierała do pracy na tak zwane „wrazieco” czyli na wypadek poplamienia, zalania czy właśnie takiego zbiegu okoliczności jak dziś, pozmywała podłogę w łazience. Rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze, poprawiła włosy i wyszła.
    Spojrzał na Nią i się uśmiechnął.
  • Cudna jesteś po prostu! To będzie boski wieczór!
  • A to coś zaplanowałeś – udała zdziwioną – myślałam, że mnie grzecznie do domu odprowadzisz i na progu się pożegnamy a ja pójdę spać bo jutro kolejny długi dzień.
  • No chyba nie mówisz serio...idziemy na kolację a później na spacer. Bo dołączenia do moich kumpli raczej nie proponuję.
  • Dlaczego? To by mogło być zabawne.
  • Ale wolę mieć Cię na wyłączność. Notabene – Twój pies cerber chyba się czai w bramie po drugiej stronie ulicy – powiedział to patrząc jej z z rozbawieniem w twarz – mam nadzieję, ze On nie dysponuje bronią ostra bo z białą i walką wręcz sobie poradzę.
  • Ale o kim Ty mówisz? – zrobiła ruch jakby chciała Go wyminąć i podejść do witryny ale ja zatrzymał w delikatny sposób.
  • Poczekaj.... niech nie wie, że my wiemy. Mowie o tym kolesiu co tu siedział cały wieczór wgapiony w Ciebie jak sroka w gnat. - zachmurzył się – to On Ci to zrobi? - wziął ja za otartą rękę – jesteście parą?
  • O mamo...to jakieś przesłuchanie? - odsunęła się i sięgnęła do wyłącznika światła – jakbym z kimś była to bym się z Tobą nie umówiła. Na resztę pytań nie odpowiem.
Ubrała się i wygrzebała z torby klucze.

  • Idziemy – zarządziła stając w drzwiach.
  • Tak jest proszę Pani – Chris przemknął obok niej i miała okazję zerknąć na druga stronę ulicy. Faktycznie, miała wrażenie, że w bramie naprzeciwko ktoś stoi i pali papierosa. Widziała czerwony ognik żarzącego się tytoniu. Ale Mark chyba nie palił. A może palił? Nigdy go nie widziała z papierosem a dymu nie czuła to fakt, ale może dlatego, ze go nie obwąchiwała.

czwartek, 1 sierpnia 2013

4.
  • Wiesz, strasznie mi przykro ale mam już na jutro plany. - ugryzła kawałek swojego ciastka i opuściło ją całe napięcie, jakie siedziało w jej ciele od początku tej dziwnej rozmowy. W sumie żałowała nawet, ze jest umówiona z tajemniczym nieznajomym bo Mark ją w dziwny sposób intrygował. Pociągał. Nawet fizycznie choć nie był idealnie w jej typie. Zresztą czy ktoś był? Czy w ogóle miała typ? Chyba przestała go mieć jak go spotkała. Ideał z dziecięcych marzeń. Wysoki. Ciemnooki i ciemnowłosy, o lekko śniadej cerze. Szczupły. Dobrze zbudowany. Koniecznie o imieniu Max. I poznała takowego Maxa, a jakże. Okazał się być strasznym „betonem” - inteligencja a raczej jej kompletny brak i prostota, choć szczęśliwie jeszcze nie prostactwo, kompletnie nie przystające do tego niepospolitego bądź co bądź imienia. Nawet nie umiała sobie wyobrazić, jakie imię by do niego mogło pasować....
  • O... masz szkołę? - w głosie Marka pojawił się ton rozczarowania.
  • Owszem mam ale nie wieczorem. Po prostu mam już plany, które zrobiłam wcześniej.
  • A nie możesz ich zmienić? - nie rezygnował jeszcze. Widocznie uznał, nieco bezczelnie, że jego oferta jest niezaprzeczalnie najlepszą, co ja mogło spotkać. A może najzwyczajniej w świecie na prawdę chciał ją zabrać na ten wernisaż.
  • Być może mogłabym ale nie chcę. Nie jestem spontaniczna. Lubię mieć rzeczy zaplanowane i nie lubię się z planów wycofywać. Wybacz, ale nie chce zawieść jednej osoby tylko dlatego by druga się poczuła komfortowo.
  • Ale w takim układzie to mnie sprawiasz przykrość.
  • O nie mój drogi. Przykrość to bym Ci sprawiła, gdybym się z Tobą umówiła i odwołała spotkanie bo ktoś mnie gdzieś zaprosił i szantażował emocjonalnie, że jeśli umówię to będzie mu przykro. Ja Ci tylko grzecznie choć ze smutkiem odmawiam. Po prostu mam plany i nie zamierzam się z nich tłumaczyć. Mam nadzieję, że to zrozumiesz.
Popatrzył na Nią z mieszanina smutku i złości. Zaczynało się robić niezręcznie i atmosfera nieco zgęstniała. Gorączkowo szukała w głowie jakiegoś pomysłu, jak wszystko obrócić w żart ale miała tam absolutna pustkę. Sytuację uratowały otwierające się gwałtownie drzwi i grupa kilku mężczyzn hałaśliwie wpadająca do środka. Weronika spojrzała przepraszająco na Marka i podniosła się od stolika by odejść na zaplecze. On dosyć gwałtownie wstał i przytrzymał ją za rękę. Ten nieoczekiwany gest zaskoczył dziewczynę i patrzyła na niego w osłupieniu.
  • Co Ty robisz? Puść mnie, muszę wracać do pracy.
  • Poczekaj...obiecaj mi, ze się spotkamy jakoś niedługo. Jak nie możesz jutro to pojutrze – nadal nie puszczał jej ręki.
  • Pracuję do późna. A rano mam szkołę – zaczynała się czuć niezręcznie. Całą sytuacje obserwowała zza baru Suzi. Miała na twarzy wymalowane wielkie znaki zapytania i w oczach ciekawość większą niż u małego dziecka. Zajście też nie uszło uwagi jednemu z mężczyzn, którzy dopiero co weszli a raczej wpadli grupowo do ciepłego wnętrza. Niby rozmawiał z kolegami przy okazji rozsadzania się przy stole ale kątem oka i z czujnością we wzroku obserwował zajście gotów chyba interweniować jeśli mu się wyda, że dziewczyna jest w niekomfortowej sytuacji. Nie lubił się wtrącać ale jeszcze bardziej nie lubił jakichkolwiek przejawów przemocy czy manifestacji dominacji. Nie pochwalał tego i niejednokrotnie dawał temu wyraz manifestując niezadowolenie bądź słowami bądź bardziej bezpośrednio. Szczęśliwie nigdy nie musiał się bać o ciąg dalszy, jego pieniądze załatwiały milczenie zatem nigdy nie musiał się z tego tłumaczyć. Dziewczyna jednak została uwolniona z nieprzyjemnego ucisku i odeszła na zaplecze a chłopak, który ja trzymał usiadł z powrotem przy stole. Sytuacja wyglądała na opanowaną.
  • To ta rezerwacja? - spytała Weronika półszeptem Suzi.
  • Tak. Wyglądają na głodnych. Nie precyzowali, co będą chcieli ale na pewno coś więcej niż picie.
  • No to dobrze. Przydałoby się,żeby wyjedli wszystkie zapasy – zawiązała fartuch w pasie
  • Na to bym raczej nie liczyła – Suzi wzięła szklanki i wyszła zza zaplecza. Zebrała od nowo przybyłych gości zamówienie i wróciła za bar. Nastawiła wrzątek i poszła na zaplecze.
  • Tu jest lista, co chcą do jedzenia..pójdę robić koktajle – odwróciła się napięcie i już miała wyjść ale stanęła w połowie dystansu – wszystko w porządku?
  • O co pytasz? - Weronika kończyła wycierać naczynia i ustawiała je na półkach – nie bardzo rozumiem?
  • No o Marka mi chodzi...jakoś nie wyglądało to na luźna wymianę zdań, szczególnie pod koniec.... ale się nie wtrącam oczywiście.
  • Nic się nie stało. Idź ogarniać towarzystwo. - zbyła ja bo nie miała ochoty na jakieś wielkie uzewnętrznianie się. To niczyj interes. Potarła odruchowo nadgarstek, za który złapał Mark. Trochę bolał. Silny jest. Ale to nie o siłę chodzi przecież do cholery.
Z zadumy wyrwały ja krzyki i śmiechy na sali i próbujący się przez nie przedrzeć głos Suzi. Chwile się wahała ale postawiła na przygotowanie talerzy pod dania zamówione przez grupę przerośniętych dzieciaków, bo tak się zachowywali obecni goście. Dorosłe chłopy a robili zamieszanie jak grupa sześciolatków. Alfi mruczał coś pod nosem i przygotowywał dania więc zerknęła na listę, poustawiała talerze, udekorowała nieco warzywami i owocami. Ponieważ natężenie głosów z sali nie malało postanowiła sprawdzić czy Suzi nie potrzebuje pomocy. Wyjrzała zza zasłony. Mark stał przy barze i konwersował z jednym z gości. Facet był odwrócony do Werki tyłem więc widziała tylko jego sylwetkę. Szczupłą i chyba wysportowaną. Wyższy od Marka, jakieś 183-185 cm, krótkie ciemne włosy, okulary... widziała to jak odwracał głowę nieco bokiem do niej. Miał na sobie koszulę, jasno-grafitową, chyba nawet mankiety na spinki ale nie widziała dokładnie z tej odległości. Na to miał założoną kamizelkę, jak od garnituru, dopasowaną ale nie ciasną w kolorze ciemnej, morskiej zieleni. Wąskie, szare spodnie, ale nie mogła określić, co to za materiał, zresztą nie znała się. Spodnie były na tyle długie, że nie było widać skarpetek. Na stopach miał buty, które przypominały jesienną czy może nawet zimową wersję tenisówek. Miały brudno-niebieski kolor. I sznurówki. Nie mogła oderwać oczu – kolor ultramaryny. Ukochany. Ulubiony. Wyśniony. Szukała takich sznurówek wszędzie i nigdzie nie mogła znaleźć. Miała ochotę podejść i mu je wywlec z butów. Już nawet obmyślała, jak to zrobić...może jakaś transakcja wymienna? Niestety, przesunął się w bok, roześmiał z czegoś co powiedział Mark, poklepał go po ramieniu i odszedł do swoich kolegów. Raz jeszcze szybkim rzutem oka oceniła jego sylwetkę i pomyślała, że prezentuje się stosunkowo atrakcyjnie. Nawet tak trochę do schrupania. Otrząsnęła się.

  • Możesz przynieść z zaplecza trochę Cynamonu? Skończył mi się – Suzi rzuciła przez ramię przelewając z rozmachem zawartość miksera do wysokiej szklanki. Zasadnicza jej część wylądowała na podłodze i na butach.
  • Niech to jasny ssszzlag.......- zasyczała próbując odskoczyć ale było już za późno. - Wercia weź podaj mi mopa.
    „Mopem tego nie ogarniesz, tu trzeba na kolanka i ręcznie” pomyślała Weronika ale nic nie powiedziała tylko zniknęła za zasłonką. Wygrzebała spod zlewu kilka nieco bardziej zużytych zmywaków, po chwili zastanowienia wzięła także mopa i wróciła do Suzi. Chciała jej pomóc ale tylko zawisła bezradnie nad swoją szefową i wahając się, zrobiła dwa kroki w tył. Miejsca za barem było na półtorej osoby czyli idealnie dla Suzi i Alfiego bądź Alfiego i jej. Nikt o większych gabarytach się nie mieścił. Przy trzecim kroku w tył natknęła się na Alfiego.
  • Żarcie gotowe – rzucił i zniknął za zasłonką. Podążyła za nim, zgarnęła kilka dań na tacę i podeszła do gości. Okazali się nad wyraz wyrozumiali, rozbawienia wszystkim i nie obchodziło ich, co komu przed nos stawia. Sięgali nawzajem do swoich talerzy i przesuwali je między sobą chcąc spróbować wszystkiego. To wyjaśniło, dlaczego każdy zamówił coś innego. Nie byli specjalnie głodni, chcieli po prostu popróbować nowych smaków. Kiedy podeszła z drugą tacą, sami zdejmowali naczynia i poprosili o dodatkowe łyżki. Jeden z nich, blondyn uśmiechnięty od ucha do ucha, z pewnością Amerykanin sądząc po nieskazitelnie białym uśmiechu i długimi włosami zebranymi niedbale na d karkiem zapraszał, by się do nich przysiadła. Koledzy mu zaczęli wtórować robiąc dla niej miejsce ale wymówiła się obowiązkami a to wszystko pod czujnym okiem Marka, który co prawda siedział przy swoim stolika ale bacznie obserwował sytuację, która mu najwyraźniej nie przypadła do gustu. Przystojny blondyn wyraził swoje ubolewanie markując cios fasolą niby nożem w serce, przyklękając teatralnie i błagając o numer telefonu jako że umierającemu na łożu śmierci się nie odmawia. Trzymał ją przy tym za dłoń dosyć stanowczo i patrzył głęboko w oczy. W jego własnych kryła się jakaś figlarność, której nie umiała określić, którą niespecjalnie lubiła ale która jej się w nim właśnie podobała. „No tak...jak posucha to posucha a jak teraz to jakaś kumulacja. Co oni się na jakimś czacie na mnie zmówili czy co?” pomyślała w duchu a na głos dodała:
  • Nie daję numeru nieznajomym...
  • Chrystian jestem – wszedł jej w słowo nim skończyła myśl – czyli pierwszy argument odpada...czekam na dalsze – odsłonił dwa rzędy równych, dużych, białych jak papier zębów, tak pięknie i apetycznie kontrastujących z jego lekką opalenizną i modnym zarostem. Miał dosyć wyraźne kły, co nadawało jego uśmiechowi drapieżnego wyrazu.
  • Jestem w pracy...stawiasz mnie w trochę niezręcznej sytuacji – próbowała się wykręcić. Nieco poluzował uścisk ręki ale nie na tyle, by mogła odejść.
  • A o której kończysz pracę?
  • Późno...
  • Ej....nie zbywaj mnie tak... no chyba, że masz chłopaka...-zawiesił głos a ona zobaczyła kątem oka nastroszonego Marka, który wstał z miejsca pod pozorem sięgnięcia do plecaka ale po prostu chciał lepiej słyszeć - ...albo dziewczynę....Masz? Nieee...nie masz, widzę to w oczach. I w uśmiechu – zaczęła się śmiać. Bawił ją. Jego koledzy kibicowali a to jemu, by uległa, a to jej, by się nie dała nabrać na gładkie słówka i była twarda.
  • Zamykamy o 20. Później jeszcze sprzątanie.
  • Ok, to od 20 będę warował pod drzwiami.
  • Od 20? - rzucił z pełnymi ustami siedzący koło niego rudzielec.
  • No tak... a jak mi będzie chciała uciec? Musze być przed zamknięciem.
  • No ale stary... mieliśmy przecież na bilarda skoczyć... - jęk żalu wyrwał się z kolejnej piersi
  • Jakoś dacie radę – odwrócił się twarzą do niej – no to widzimy się wieczorem – najwyraźniej czekał na jakieś potwierdzenie bo nadal nie puszczał jej ręki. To trochę zaczynało boleć,bo trzymał akurat w miejscu, gdzie pojawił się siniak po uchwycie Marka. Grymas bólu przebiegł jej przez twarz. Blondyn to natychmiast wychwycił, spojrzał na przegub i puścił go – przepraszam, nie zauważyłem. Nie chciałem Ci bólu sprawić... ktoś Ci to zrobił?
  • Nie, to...wypadek przy pracy – zmieszała się nieco. Zauważyła jak facet on niebieskich sznurówek obserwuje Marka i widać, że zaciska zęby. Pomyślała, że faceci są jednak dziwni.
  • Czyli po 20? - spytał prawie poważnie blondyn delikatnie gładząc przedramię i starannie omijając miejsce zaczerwienienia.
  • Ok
  • Ale nie wystawisz mnie?
  • Nawet jeśli, to jakoś to przeżyjesz – wykorzystała okazję i wycofała się do kuchni. Wśród śmiechu i żartów blondyn podniósł się i usiadł ponownie przy stole. A Weronika nie wiedziała, co myśleć. Lata posuchy, normalnie pustynia...a tu nagle czterech facetów jednego dnia. Spojrzała przez zasłonę na Marka. Ten ja zdumiał najbardziej. Primo nie sądziła,że On cokolwiek... a dwa nie spodziewała się, ze jest zdolny do takiej nawet minimalnej przemocy przy niewielkim sprzeciwie. Dziwne to było. Z jednej strony spojrzała na niego jak na mężczyznę a z drugiej jawił się jako potencjalny brutal. Pełnia sprzeczności. I ten Julian w szkole dziś... I ten tu klękający blondyn...jak mu tam było? A – Chrystian... Chris niech będzie...krócej...I jeszcze ten od czatu z tatuażami. Co się dzieje? Jakaś dziwna faza księżyca czy co...