czwartek, 1 sierpnia 2013

4.
  • Wiesz, strasznie mi przykro ale mam już na jutro plany. - ugryzła kawałek swojego ciastka i opuściło ją całe napięcie, jakie siedziało w jej ciele od początku tej dziwnej rozmowy. W sumie żałowała nawet, ze jest umówiona z tajemniczym nieznajomym bo Mark ją w dziwny sposób intrygował. Pociągał. Nawet fizycznie choć nie był idealnie w jej typie. Zresztą czy ktoś był? Czy w ogóle miała typ? Chyba przestała go mieć jak go spotkała. Ideał z dziecięcych marzeń. Wysoki. Ciemnooki i ciemnowłosy, o lekko śniadej cerze. Szczupły. Dobrze zbudowany. Koniecznie o imieniu Max. I poznała takowego Maxa, a jakże. Okazał się być strasznym „betonem” - inteligencja a raczej jej kompletny brak i prostota, choć szczęśliwie jeszcze nie prostactwo, kompletnie nie przystające do tego niepospolitego bądź co bądź imienia. Nawet nie umiała sobie wyobrazić, jakie imię by do niego mogło pasować....
  • O... masz szkołę? - w głosie Marka pojawił się ton rozczarowania.
  • Owszem mam ale nie wieczorem. Po prostu mam już plany, które zrobiłam wcześniej.
  • A nie możesz ich zmienić? - nie rezygnował jeszcze. Widocznie uznał, nieco bezczelnie, że jego oferta jest niezaprzeczalnie najlepszą, co ja mogło spotkać. A może najzwyczajniej w świecie na prawdę chciał ją zabrać na ten wernisaż.
  • Być może mogłabym ale nie chcę. Nie jestem spontaniczna. Lubię mieć rzeczy zaplanowane i nie lubię się z planów wycofywać. Wybacz, ale nie chce zawieść jednej osoby tylko dlatego by druga się poczuła komfortowo.
  • Ale w takim układzie to mnie sprawiasz przykrość.
  • O nie mój drogi. Przykrość to bym Ci sprawiła, gdybym się z Tobą umówiła i odwołała spotkanie bo ktoś mnie gdzieś zaprosił i szantażował emocjonalnie, że jeśli umówię to będzie mu przykro. Ja Ci tylko grzecznie choć ze smutkiem odmawiam. Po prostu mam plany i nie zamierzam się z nich tłumaczyć. Mam nadzieję, że to zrozumiesz.
Popatrzył na Nią z mieszanina smutku i złości. Zaczynało się robić niezręcznie i atmosfera nieco zgęstniała. Gorączkowo szukała w głowie jakiegoś pomysłu, jak wszystko obrócić w żart ale miała tam absolutna pustkę. Sytuację uratowały otwierające się gwałtownie drzwi i grupa kilku mężczyzn hałaśliwie wpadająca do środka. Weronika spojrzała przepraszająco na Marka i podniosła się od stolika by odejść na zaplecze. On dosyć gwałtownie wstał i przytrzymał ją za rękę. Ten nieoczekiwany gest zaskoczył dziewczynę i patrzyła na niego w osłupieniu.
  • Co Ty robisz? Puść mnie, muszę wracać do pracy.
  • Poczekaj...obiecaj mi, ze się spotkamy jakoś niedługo. Jak nie możesz jutro to pojutrze – nadal nie puszczał jej ręki.
  • Pracuję do późna. A rano mam szkołę – zaczynała się czuć niezręcznie. Całą sytuacje obserwowała zza baru Suzi. Miała na twarzy wymalowane wielkie znaki zapytania i w oczach ciekawość większą niż u małego dziecka. Zajście też nie uszło uwagi jednemu z mężczyzn, którzy dopiero co weszli a raczej wpadli grupowo do ciepłego wnętrza. Niby rozmawiał z kolegami przy okazji rozsadzania się przy stole ale kątem oka i z czujnością we wzroku obserwował zajście gotów chyba interweniować jeśli mu się wyda, że dziewczyna jest w niekomfortowej sytuacji. Nie lubił się wtrącać ale jeszcze bardziej nie lubił jakichkolwiek przejawów przemocy czy manifestacji dominacji. Nie pochwalał tego i niejednokrotnie dawał temu wyraz manifestując niezadowolenie bądź słowami bądź bardziej bezpośrednio. Szczęśliwie nigdy nie musiał się bać o ciąg dalszy, jego pieniądze załatwiały milczenie zatem nigdy nie musiał się z tego tłumaczyć. Dziewczyna jednak została uwolniona z nieprzyjemnego ucisku i odeszła na zaplecze a chłopak, który ja trzymał usiadł z powrotem przy stole. Sytuacja wyglądała na opanowaną.
  • To ta rezerwacja? - spytała Weronika półszeptem Suzi.
  • Tak. Wyglądają na głodnych. Nie precyzowali, co będą chcieli ale na pewno coś więcej niż picie.
  • No to dobrze. Przydałoby się,żeby wyjedli wszystkie zapasy – zawiązała fartuch w pasie
  • Na to bym raczej nie liczyła – Suzi wzięła szklanki i wyszła zza zaplecza. Zebrała od nowo przybyłych gości zamówienie i wróciła za bar. Nastawiła wrzątek i poszła na zaplecze.
  • Tu jest lista, co chcą do jedzenia..pójdę robić koktajle – odwróciła się napięcie i już miała wyjść ale stanęła w połowie dystansu – wszystko w porządku?
  • O co pytasz? - Weronika kończyła wycierać naczynia i ustawiała je na półkach – nie bardzo rozumiem?
  • No o Marka mi chodzi...jakoś nie wyglądało to na luźna wymianę zdań, szczególnie pod koniec.... ale się nie wtrącam oczywiście.
  • Nic się nie stało. Idź ogarniać towarzystwo. - zbyła ja bo nie miała ochoty na jakieś wielkie uzewnętrznianie się. To niczyj interes. Potarła odruchowo nadgarstek, za który złapał Mark. Trochę bolał. Silny jest. Ale to nie o siłę chodzi przecież do cholery.
Z zadumy wyrwały ja krzyki i śmiechy na sali i próbujący się przez nie przedrzeć głos Suzi. Chwile się wahała ale postawiła na przygotowanie talerzy pod dania zamówione przez grupę przerośniętych dzieciaków, bo tak się zachowywali obecni goście. Dorosłe chłopy a robili zamieszanie jak grupa sześciolatków. Alfi mruczał coś pod nosem i przygotowywał dania więc zerknęła na listę, poustawiała talerze, udekorowała nieco warzywami i owocami. Ponieważ natężenie głosów z sali nie malało postanowiła sprawdzić czy Suzi nie potrzebuje pomocy. Wyjrzała zza zasłony. Mark stał przy barze i konwersował z jednym z gości. Facet był odwrócony do Werki tyłem więc widziała tylko jego sylwetkę. Szczupłą i chyba wysportowaną. Wyższy od Marka, jakieś 183-185 cm, krótkie ciemne włosy, okulary... widziała to jak odwracał głowę nieco bokiem do niej. Miał na sobie koszulę, jasno-grafitową, chyba nawet mankiety na spinki ale nie widziała dokładnie z tej odległości. Na to miał założoną kamizelkę, jak od garnituru, dopasowaną ale nie ciasną w kolorze ciemnej, morskiej zieleni. Wąskie, szare spodnie, ale nie mogła określić, co to za materiał, zresztą nie znała się. Spodnie były na tyle długie, że nie było widać skarpetek. Na stopach miał buty, które przypominały jesienną czy może nawet zimową wersję tenisówek. Miały brudno-niebieski kolor. I sznurówki. Nie mogła oderwać oczu – kolor ultramaryny. Ukochany. Ulubiony. Wyśniony. Szukała takich sznurówek wszędzie i nigdzie nie mogła znaleźć. Miała ochotę podejść i mu je wywlec z butów. Już nawet obmyślała, jak to zrobić...może jakaś transakcja wymienna? Niestety, przesunął się w bok, roześmiał z czegoś co powiedział Mark, poklepał go po ramieniu i odszedł do swoich kolegów. Raz jeszcze szybkim rzutem oka oceniła jego sylwetkę i pomyślała, że prezentuje się stosunkowo atrakcyjnie. Nawet tak trochę do schrupania. Otrząsnęła się.

  • Możesz przynieść z zaplecza trochę Cynamonu? Skończył mi się – Suzi rzuciła przez ramię przelewając z rozmachem zawartość miksera do wysokiej szklanki. Zasadnicza jej część wylądowała na podłodze i na butach.
  • Niech to jasny ssszzlag.......- zasyczała próbując odskoczyć ale było już za późno. - Wercia weź podaj mi mopa.
    „Mopem tego nie ogarniesz, tu trzeba na kolanka i ręcznie” pomyślała Weronika ale nic nie powiedziała tylko zniknęła za zasłonką. Wygrzebała spod zlewu kilka nieco bardziej zużytych zmywaków, po chwili zastanowienia wzięła także mopa i wróciła do Suzi. Chciała jej pomóc ale tylko zawisła bezradnie nad swoją szefową i wahając się, zrobiła dwa kroki w tył. Miejsca za barem było na półtorej osoby czyli idealnie dla Suzi i Alfiego bądź Alfiego i jej. Nikt o większych gabarytach się nie mieścił. Przy trzecim kroku w tył natknęła się na Alfiego.
  • Żarcie gotowe – rzucił i zniknął za zasłonką. Podążyła za nim, zgarnęła kilka dań na tacę i podeszła do gości. Okazali się nad wyraz wyrozumiali, rozbawienia wszystkim i nie obchodziło ich, co komu przed nos stawia. Sięgali nawzajem do swoich talerzy i przesuwali je między sobą chcąc spróbować wszystkiego. To wyjaśniło, dlaczego każdy zamówił coś innego. Nie byli specjalnie głodni, chcieli po prostu popróbować nowych smaków. Kiedy podeszła z drugą tacą, sami zdejmowali naczynia i poprosili o dodatkowe łyżki. Jeden z nich, blondyn uśmiechnięty od ucha do ucha, z pewnością Amerykanin sądząc po nieskazitelnie białym uśmiechu i długimi włosami zebranymi niedbale na d karkiem zapraszał, by się do nich przysiadła. Koledzy mu zaczęli wtórować robiąc dla niej miejsce ale wymówiła się obowiązkami a to wszystko pod czujnym okiem Marka, który co prawda siedział przy swoim stolika ale bacznie obserwował sytuację, która mu najwyraźniej nie przypadła do gustu. Przystojny blondyn wyraził swoje ubolewanie markując cios fasolą niby nożem w serce, przyklękając teatralnie i błagając o numer telefonu jako że umierającemu na łożu śmierci się nie odmawia. Trzymał ją przy tym za dłoń dosyć stanowczo i patrzył głęboko w oczy. W jego własnych kryła się jakaś figlarność, której nie umiała określić, którą niespecjalnie lubiła ale która jej się w nim właśnie podobała. „No tak...jak posucha to posucha a jak teraz to jakaś kumulacja. Co oni się na jakimś czacie na mnie zmówili czy co?” pomyślała w duchu a na głos dodała:
  • Nie daję numeru nieznajomym...
  • Chrystian jestem – wszedł jej w słowo nim skończyła myśl – czyli pierwszy argument odpada...czekam na dalsze – odsłonił dwa rzędy równych, dużych, białych jak papier zębów, tak pięknie i apetycznie kontrastujących z jego lekką opalenizną i modnym zarostem. Miał dosyć wyraźne kły, co nadawało jego uśmiechowi drapieżnego wyrazu.
  • Jestem w pracy...stawiasz mnie w trochę niezręcznej sytuacji – próbowała się wykręcić. Nieco poluzował uścisk ręki ale nie na tyle, by mogła odejść.
  • A o której kończysz pracę?
  • Późno...
  • Ej....nie zbywaj mnie tak... no chyba, że masz chłopaka...-zawiesił głos a ona zobaczyła kątem oka nastroszonego Marka, który wstał z miejsca pod pozorem sięgnięcia do plecaka ale po prostu chciał lepiej słyszeć - ...albo dziewczynę....Masz? Nieee...nie masz, widzę to w oczach. I w uśmiechu – zaczęła się śmiać. Bawił ją. Jego koledzy kibicowali a to jemu, by uległa, a to jej, by się nie dała nabrać na gładkie słówka i była twarda.
  • Zamykamy o 20. Później jeszcze sprzątanie.
  • Ok, to od 20 będę warował pod drzwiami.
  • Od 20? - rzucił z pełnymi ustami siedzący koło niego rudzielec.
  • No tak... a jak mi będzie chciała uciec? Musze być przed zamknięciem.
  • No ale stary... mieliśmy przecież na bilarda skoczyć... - jęk żalu wyrwał się z kolejnej piersi
  • Jakoś dacie radę – odwrócił się twarzą do niej – no to widzimy się wieczorem – najwyraźniej czekał na jakieś potwierdzenie bo nadal nie puszczał jej ręki. To trochę zaczynało boleć,bo trzymał akurat w miejscu, gdzie pojawił się siniak po uchwycie Marka. Grymas bólu przebiegł jej przez twarz. Blondyn to natychmiast wychwycił, spojrzał na przegub i puścił go – przepraszam, nie zauważyłem. Nie chciałem Ci bólu sprawić... ktoś Ci to zrobił?
  • Nie, to...wypadek przy pracy – zmieszała się nieco. Zauważyła jak facet on niebieskich sznurówek obserwuje Marka i widać, że zaciska zęby. Pomyślała, że faceci są jednak dziwni.
  • Czyli po 20? - spytał prawie poważnie blondyn delikatnie gładząc przedramię i starannie omijając miejsce zaczerwienienia.
  • Ok
  • Ale nie wystawisz mnie?
  • Nawet jeśli, to jakoś to przeżyjesz – wykorzystała okazję i wycofała się do kuchni. Wśród śmiechu i żartów blondyn podniósł się i usiadł ponownie przy stole. A Weronika nie wiedziała, co myśleć. Lata posuchy, normalnie pustynia...a tu nagle czterech facetów jednego dnia. Spojrzała przez zasłonę na Marka. Ten ja zdumiał najbardziej. Primo nie sądziła,że On cokolwiek... a dwa nie spodziewała się, ze jest zdolny do takiej nawet minimalnej przemocy przy niewielkim sprzeciwie. Dziwne to było. Z jednej strony spojrzała na niego jak na mężczyznę a z drugiej jawił się jako potencjalny brutal. Pełnia sprzeczności. I ten Julian w szkole dziś... I ten tu klękający blondyn...jak mu tam było? A – Chrystian... Chris niech będzie...krócej...I jeszcze ten od czatu z tatuażami. Co się dzieje? Jakaś dziwna faza księżyca czy co...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz