niedziela, 27 października 2013

14.
Jesień powoli zmieniała się w zimę. Kiedy jechali taksówką przez miasto w milczeniu, zmrok na dobre zagościł na niebie i między budynkami. Lekko siąpiący deszcz rozmazywał obraz i za oknami były tylko czarno-kolorowe plamy. Siedzieli z daleka od siebie, każde zapatrzone w to, co widać za oknem po jego stronie i zajęte bliżej nieokreślonymi myślami. Od wyjścia z pokoju Chrisa nie zamienili ze sobą nawet słowa. Adam poruszał szczękami jakby coś mielił w ustach, Weronika patrzyła w dał nic nie widzącym wzrokiem i miała pustkę w głowie. Wysiadła bezmyślnie przed hotelem i dopiero we foyer zorientowała się, że to inny niż poprzednio. Równie bezmyślnie poszła za Adamem do windy. Lustrzana klatka otuliła ich cisza i objęła światłem. Tam wreszcie na siebie spojrzeli.
  • Ile mamy czasu do tego detektywa?- spytała, gdy spojrzał na zegarek
  • 40 minut. Jesteś głodna?
W tym momencie zaburczało jej głośno w brzuchu. Roześmieli się oboje.
  • Choć zrzucimy to z siebie i idziemy coś zjeść. Żarcie w samolocie było fatalne.
  • Leciałeś liniowym?
  • Tak. Zgrało się idealnie w czasie.
Otworzył drzwi do pokoju.
  • Zrzuć to na łóżko. Muszę siku. - i zniknął w drzwiach łazienki.
Rozejrzała się po pokoju. Był większy niż jej mieszkanie. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Podeszła do okna. Widok na Tiergarten i Bramę Brandenburską. Niesamowite. Otworzyła buzię z zachwytu i przykleił a się do szyby jak małe dziecko.
  • Panienka ma ochotę na łazienkę?
  • Oj tak – minęła go szybkim krokiem. Po chwili była z powrotem.
  • Chodź. Zaraz mi tu padniesz. Masz jakiś taki nieokreślony kolor twarzy z tendencja do zielonego i szarego...
  • Nic nie jadłam od wczoraj wieczorem.... chyba... nie pamiętam.
  • Idziemy. -objął ją ramieniem i wyszli z pokoju. Ciężki nastrój, który był jakoś minął, jakby go obydwoje wydalili z płynami fizjologicznymi. Szli żartując z neutralnych rzeczy, jak pogoda, wczesny zmrok, ilość prądu zużywanego przez hotel itp. W restauracji poprosili o to, co będzie najszybciej. Weronika wybrała polędwicę. Adam chwile zwlekał ale poszedł jej śladem i patrzył z zaskoczeniem jak pochłania lekko krwiste mięso. Zdecydowali, że deser zjedzą w kawiarni, gdzie się mieli spotkać z policjantem. Rozsiedli się w wygodnych fotelach z widokiem na wejście a jednoczesnie nieco w mroku. Zamówili po kawie i torciku czekoladowym. Kiedy Weronika kończyła drugi kawałek przy ich stoliku pojawił się przystojny, lekko szpakowaty mężczyzna w skórzanej, motocyklowej kurtce, dżinsach i motocyklowych, skórzanych butach.
  • Podejrzewam, że z Państwem jestem umówiony – rozejrzał się jednocześnie po sali. Przy stolikach siedziało kilka osób ale wszyscy jak jeden mąż zakuci w garnitury. - tak sobie wydedukowałem, że muzyk raczej w garniturze nie będzie.
Adam podał mu rękę i zaprosił gestem, by usiadł. Detektyw podał rękę Weronice.
  • Po Pani obecności wnoszę, że ma Pani jakiś związek ze sprawą?
  • Dobrze Pan myśli. - Weronika westchnęła głęboko.
  • No nic to za chwilę. Kawę poproszę – powiedział do kelnera, który się pojawił jak spod ziemi – i torcik orzechowy...albo nie – spojrzał na ich talerzyki. Werka co prawda swój już pochłonęła ale Adam jakby się zastanawiał, czy jeść czy nie jeść – czekoladowy.
Kelner zniknął a detektyw zdjął kurtkę.
  • Państwo wybaczą, tu ciepło dosyć – przerzucił ją przez oparcie – no dobrze. Zajmijmy się zatem Pana przyjacielem.
Kelner postawił przed nim kawę i ciastko.
  • Przepraszam, że przerwę – Adam się wtrącił zatrzymując gestem kelnera – czy miałby Pan coś przeciwko, jeśli byśmy sobie wzięli coś mocniejszego?
  • Ależ skąd. To spotkanie nie w komendzie zatem...proszę się nie krępować.
  • Pan też ma może na coś ochotę?
  • W sumie... lampka koniaku, czemu nie.
  • Werka?
  • Dla JD. Z dwiema kostkami lodu.
  • To dla mnie też JD i też dwie kostki...
Kelner oddalił się.
  • Zatem wróćmy do sprawy. Proszę mi opowiedzieć historię Panów znajomości.
  • Od początku? - Adam wyglądał na zaskoczonego
  • Tak. Może być ogólnie. Ostatnie kilka miesięcy poproszę bardziej szczegółowo.
  • No cóż, dobrze.
Adam zaczął opowiadać. Policjant nie przerywał aż do momentu, kiedy pojawili się w Berlinie.
  • Tu poprosze o szczegółową relację. Najdokładniej, jak Pan pamięta.
  • No cóż – Adam skinął na kelnera, by przyniósł kolejne drinki – tym razem podwójny dla mnie – spojrzał na Werkę – dla Pani też. Dla Pana powtórka.
Detektyw nie zaprotestował.
  • Zatem... przylecieliśmy obgadać kontrakt płytowy i trasę koncertową. Ponieważ najlepiej nam wychodzi, jak sami wszystkiego dopilnowujemy, zatem całą grupą zrobiliśmy sobie wypad do Berlina. Prywatny samolot, taksówki do hotelu..
  • Jakiego? Ile taksówek?
  • Westin. Trzy, hotelowe. Zamówiłem wcześniej, by nas odebrali. Potem hotel, szybki bezproblemowy meldunek, prysznice, lunch w hotelowej restauracji. Nie pamiętam menu. Stoli zawsze mamy ten sam, pod oknem. Menu powinienem mieć gdzieś na mailu. Mamy swoje widzimisie i trochę wymyślamy, żeby nie było nudno... no – pociągnął solidny łyk – potem pojechaliśmy do O2 obgadać koncert, spotkanie trwało jakieś 40 minut, potem pojechaliśmy do studia...nigdy nie pamiętam nazwy ulicy, ale wiem jak tam trafić. Prześlę Panu mailem razem z menu, jeśli trzeba.
  • Bardzo poproszę – detektyw miał cały czas podobny, niewzruszony wyraz twarzy, zerową mimikę i stonowany, przyjemny męski głos.
  • Mieliśmy tam nagranie. Chcieliśmy wypróbować warunki i trochę nam zeszło. Potem trzeba było to opić zatem poszliśmy całą grupą z przedstawicielami studia i DAEG na kolację. Gdzieś na Kurfurstendamm, nazwy tez nie pamiętam ale będzie w wyciągu z karty. Zresztą cała historia nocnej włóczęgi będzie na wyciągu z karty.
  • To aż tak się panowie włóczyli?
  • No wie Pan...Berlin wciąga.
  • Czyżby?
  • Trochę tak...
  • No dobrze, to poproszę wyciąg z karty.
  • Jasne. Wróciliśmy koło.... chyba między 3 a 4 rano. Każdy poszedł do siebie, każdy sam – spojrzał na Weronikę ukradkiem, co oczywiście nie uszło uwadze policjanta ale postanowił to chwilowo zignorować i wrócić do tematu we właściwym momencie – koło 9, 9.30 spotkaliśmy się na śniadaniu bo mieliśmy kolejne nagranie w studiu a potem spotkanie w sprawie materiałów reklamowych i promocyjnych, graficznych itp...
  • Wszystko załatwiacie sami?
  • Wie Pan, tak. Znamy się więcej niż pół życia. Wiemy, że żaden menadżer tego nie załatwi jak my. No i jak do tej pory taki układ się sprawdza...
  • Jasne. - Detektyw patrzył chwile jakby przez Adama, upił łyk swojego trunku i gestem poprosił o kontynuowanie opowieści.
  • Tak, zatem ze studia pojechalismy do niewielkiej pracowni graficznej, gdzieś na Weddingu, jeśli dobrze pamiętam.
  • Cały czas taksówkami?
  • Wynajęliśmy limuzyny.
  • Poproszę o detale.
  • Jasne, To będzie w Consierge bo wzięliśmy limuzyny z hotelu. W każdym razie tam chwile zabawiliśmy bo okazało się, ze na miejscy zrobiliśmy burzę mózgów i powstała zupełnie nowa koncepcja na stronę graficzną, plakaty itp. A potem mieliśmy spotkanie z ludźmi z wytwórni od promocji itp.
  • Gdzie?
  • Z człowiekiem właściwie...o rany, nie pamiętam, jak się ta knajpa nazywała – spojrzał pytająco na Weronikę.
  • „Funkyou” na Friedrichsein...
  • Tak? - Detektyw przeniósł wzrok z Adama na jego partnerkę.
  • No tak – Weronika wzięła głęboki oddech – pracuję tam. Chłopaki mieli rezerwację, ja miałam zmianę. Poznałam wtedy Chrisa, nalegał na spotkanie. Czekał po zamknięciu pod praca i poszliśmy na kolację – zobaczyła jak Policjant nabiera powietrza – nie pamiętam. Boczna od Friedrichstrasse, podam nazwę jak zgoogluję. Zjedliśmy, poszliśmy się przejść, wsadził mnie do taksówki i... - zacięła się.
  • Wtedy Go ktoś napadł?
  • Pewnie tak. Wie Pan, była dziwna sytuacja. Miał wrażenie, że ktoś nas śledzi, obserwuje. Uznałam to za przypadek ale teraz – pokręciła głową – sama nie wiem. Tym bardziej że jak się we środę widziałam z Adamem – Detektyw nieznacznie uniósł lewa brew w geście zapytania i przeniósł wzrok na Adama - też jakby ktoś nas śledził. Znaczy ja tego nie zauważyłam tylko Adam. A ta osoba była za daleko, żeby próbować złapać.... Boże, czy to mógł być ten człowiek> Czy On skrzywdził tak potwornie Chrisa?
  • Nie wiem...
  • Czy nam, czy Adamowi coś grozi?
  • Nie wiem...
  • Boże, niechże Pan go złapie – chwyciła jego dłonie i ścisnęła mocno. Zbierało się jej na płacz.
  • Spokojnie. Na początek poproszę o wszystkie te dane na maila, nazwy, adresy, wyciągi itp. Wszystko co Państwo dadzą rade sobie przypomnieć, każdy detal... powiedzmy do jutra do – spojrzał na przegub prawej dłoni, na zegarek, który wyglądał na zdecydowanie bardziej kosztowny niż pozwoliłaby na to pensja policjanta – 16. - złapał ich wzrok i uśmiechnął się – moja trzecia żona pochodzi z bardzo bogatej rodziny. Miała fantazję, by wyjść za policjanta no i wyszła.
  • Czy przy okazji jest angielską arystokratką? - Weronika od początku była zafascynowana jego cudnym brytyjskim akcentem.
  • A to akurat spadek po drugiej żonie. Była,jak Pani słusznie zauważyła, brytyjską arystokratką. Niestety, jak to w arystokracji bywa zdrowie miała słabe. Owdowiałem po 6ciu latach małżeństwa. Ale został mi akcent i sympatyczny Cottage w Yorckshire. I czyniąc zadość Państwa ciekawości, pierwsza żona, pobraliśmy się na studiach, zginęła w wypadku samochodowym. Mnie jakoś poskładali – odgarnął dłonią włosy na skroni i dopiero teraz oboje dojrzeli grubą i długą bliznę nad uchem niknąca we włosach na tyle głowy – przez dwa lata uczyłem się na nowo chodzić i mówić.
  • O matko, przepraszam,nie chciałam być aż tak nietaktowna...
  • Nie szkodzi. I nie była Pani. Nietaktowny to ja zamierzam być pytają, dlaczego jednego wieczoru widzi się pani z Chrisem a drugiego z jego kolegą?
  • Mocne. Ale rozumiem. Z Adamem umówiłam się na randkach internetowych. Przypadek sprawił, ze mieli rezerwacje tam, gdzie pracuję., Gdyby nie to pewnie nigdy bym nie poznała Chrisa i nie leżał by teraz w szpitalu. - ukryła twarz w dłoniach by ukryć falę wzruszenia.
  • No takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Ale sprawdzę i to. Poproszę o Pani komputer. A przynajmniej dostęp do portalu. Też może jutro. Nie miałem tego w planach ale spotkajmy się o 16 tutaj – podał wizytówkę z adresem – proszę mi oczywiście przesłać wcześniej te wszystkie informacje mailem.
    Wstał dopiwszy alkohol.
  • Na mnie już czas.
  • Przepraszam, to nie moja sprawa, ale chyba...
  • Nie zamierzam prowadzić po alkoholu – detektyw uśmiechnął się – jasne że nie. Motocyklowe wdzianko lubię ale nie jeżdżę w taką pogodę. Ani po %. Dziękuję za Państwa czas i zapraszam jutro.
  • Proszę Pana...-Weronika nie wiedziała jak zapytać – jakie są szanse?
  • Statystyki mogłyby być lepsze. Czasem przepisy prawne krępują nam ręce.
  • Ale widzi Pan jakąś szansę?
  • Powiedzmy, że prawo jest po to, by wymierzać sprawiedliwość. A jeśli jej wymierzanie jest wbrew prawu to trzeba sobie z tym jakoś poradzić. Nie jestem Eliot Ness ale dorwę tego skurwysyna.
Popatrzyli na siebie w milczeniu i pożegnali się uściskiem dłoni. Patrzyli na szerokie plecy policjanta, kiedy wychodził z hotelu w mokrą noc.

*******************************

Stanął przed hotelem. Pomachał przecząco głową na pytający wzrok chłopaka w hotelowym uniformie wskazującego na taksówkę. Przesunął się lekko w bok, z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął dyktafon i go wyłączył. Następnie wyjął paczkę papierosów, wsadził niedbale jednego między wargi, odpalił ozdobną benzynową zapalniczką i mocno się zaciągnął. Wypuszczając wolno dym zamknął oczy i lekko odchylił się do tyłu.
- Dzieciaki – wymruczał do siebie. Usta skrzywił mu grymas uśmiechu. Zaciągnął się jeszcze raz, postawił kołnierz w kurtce i żwawym krokiem odszedł w deszczową ciemność.

poniedziałek, 14 października 2013

13.


Kilkanaście przecznic dalej na poddaszu zabytkowej kamienicy zapaliło się światło. Właściciel rzucił klucze na stolik obok lustra dominującego w obszernym hallu wejściowym. Chwilę stał po czym zsunął ze stóp niebieskie conversy, chwilę poruszał palcami stóp i powoli przeszedł do obszernego salonu. Skierował się do aneksu kuchennego, urządzonego nowocześnie i wyposażonego w najdroższe sprzęty. Z chłodziarki na wino wyciągnął pierwszą z brzegu butelkę, z blatu zgarnął wymyślny otwieracz do wina i powoli, po cichu niczym kot podszedł do szezlonga ustawionego pod olbrzymim, półokrągłym oknem, z którego rozciągał się widok na część starego Berlina. Odkorkował butelkę i upił łyk z gwinta zamykając oczy. Chwilę trzymał płyn w ustach po czym powoli przepuścił go do żołądka. Z jego gardła wydobył się pomruk zadowolenia. Upił drugi łyk. Usiadł na szezlongu i uśmiechnął się do siebie. Wyciągnął z kieszeni telefon, zalogował się do systemu i na ekranie pojawił się obraz z ulicy, przy której mieszkała Weronika. Naciśnięcie klawisza uruchomiło przewijanie. Widział, jak wchodziła do domu w towarzystwie rosłego chłopaka objuczonego zakupami.Przewinął w przód. Teraz obraz przedstawiał wnętrze jej mieszkania. Widział, jak rozmawiali i jak się żegnali. Przewinął jeszcze raz. Włączył głos, by słyszeć, co mówią. Upił kolejny łyk wina.
  • A mówią, że pieniądze szczęścia nie dają.... jednak tylko wtedy, gdy ich nie ma. Jak są, to służą jak Piętaszek Robinsonowi – pociągnął kolejny łyk – ech ta technika... teraz mi nie umknie żaden Twój adorator Kochanie. I powoli każdego z nich wy e li mi nu ję – przesylabizował słowo i zaśmiał się do siebie a z jego ust na brodę i szyję pociekły strużki białego wina przedniej jakości.





Weronika obudziła się i stwierdziła, że przy najmniejszym ruchu głowa jej szeleści. Chwilę zajęło jej złapanie ostrości w prawym oku, które zdołała otworzyć. Widziała głównie kolor czerwony ale nie wiedziała skąd...dlaczego... poruszyła głową. Lewa strona twarzy jakoś nieprzyjemnie ją „ciągnęła”. Nadludzkim niemal wysiłkiem podniosła się nieco na ręce. Coś odlepiło się od jej twarzy boleśnie i zasyczała. Kiedy zaczęła widzieć także na drugie oko zobaczyła wielką, czerwona plamę na poduszce i magazyn, także zabarwiony na czerwono. Chwilę potrwało nim złożyła fakty: porto, magazyn, zmęczenie, plama... usnęła z kieliszkiem albo i butelką, wylała zawartość, przykleiła się do gazety.
  • Boszzz...co za degrengolada – mruknęła sama do siebie. Powoli zsuwała się z łóżka. Na tym etapie jeszcze nie zastanawiała się, jak dopierze pościel. Stanęła powoli. Głowa, o dziwo jej nie bolała. Skierowała się do kuchni ale widok w lustrze ją zatrzymał. Spojrzała na siebie z politowaniem. Miała na sobie ciuchy z wczoraj. Bluzka oczywiście zaplamiona. Lewa strona twarzy miała na sobie druk z magazynu i fragment jakiegoś zdjęcia. Chwilę patrzyła na siebie a potem zaczęła się śmiać. Stwierdziła, że tak żałośnie to nigdy się nie prezentowała i chyba warto by to uwiecznić. Wróciła po telefon by zrobić sobie zdjęcia. Miała kiedyś aparat, tak zwaną małpkę ale od kiedy dorobiła się smartfona z całkiem niezła optyką przestała używać aparatu. Odblokowała telefon. Pstryknęła sobie kilka zdjęć i już go miała odłożyć, gdy zobaczyła ikonkę wiadomości.
„Właśnie wylądowałem. Jadę prosto do szpitala. Daj znać, czy dojedziesz lub gdzie się spotkamy. Bo powinniśmy”
Obudziła się i wytrzeźwiała w mgnieniu sekundy. „Która jest do cholery godzina...aaa...telefon pokaże”
Była 14.50.
„Jezu to ile ja spałam”...
Rzuciła komórkę na fotel, pobiegła do łazienki. Pozbyła się, bądź co bądź śmierdzących ciuchów wpychając je do pralki. Nastawiła pranie i odkręciła wodę. Wybiegła nago po telefon i wracając, trzęsącymi się trochę z zimna a trochę z emocji, zmęczenia i kaca palcami pisała „Będę w szpitalu. Czekaj”.
Szybko zmyła z siebie pamiątki ostatniej doby, wyszorowała zęby i język „porto dobre jakoś się pije ale później wali Ci z buzi jak od kloszarda”, przepłukała usta płynem o zapachu mocnej mięty. Chuchnęła w dłoń i niezadowolona z efektu powtórzyła płukanie. Chuchnęła w dłoń. Pokiwała głową na boki co miało wyrażań niezdecydowaną aprobatę. Potruchtała do szafy. Wbiła się w jakieś czyste dżinsy, zarzuciła koszulę, na to kamizelkę, szal. Sięgnęła po skarpetki i zdała sobie sprawę, że nie założyła bielizny ale szkoda jej było czasu. Zgarnęła zegarek, torbę, wrzuciła do niej komórkę i kilka paczek chusteczek higienicznych, zarzuciła płaszcz na plecy i ostatkiem rozsądku wróciła się spod drzwi do łazienki zażyć wynalazku XX wieku czyli antyperspiranta. Psiknęła we włosy perfumami i wybiegła z mieszkania. Zamknęła drzwi. Był to chyba jeden z nielicznych budynków, gdzie drzwi trzeba było zamykać na klucz a nie wystarczyło zatrzasnąć. Błogosławiła to wiele razy, kiedy będąc już na zewnątrz orientowała się, że klucz jest w środku.
Wybiegła na ulicę. Lodowaty powiew, mimo słońca na niebie zatrzymał ją w miejscu i przeszył na wylot. Nie mogła złapać tchu ale dało jej to czas na otrzeźwienie myśli.
„Taksówka, autobus czy U-bahn...czym będzie najszybciej”.... pognała w kierunku stacji metra.


Wszystkie korytarze szpitalne maja jedną cechę wspólną...żeby nie wiem jak nowoczesne były, urządzone bogato czy z klasą, są przygnębiające. Czai się na nich ból, żal, czuć słony zapach łez, z rzadka ulgę czy radość. Szła jak w transie, na wyczucie. Chyba gdzieś na twardy dysk mózgu zbiła sobie drogę do Chrisa tamtej nocy a teraz bezbłędnie choć bezwiednie ją odtwarzała. Skręcił w prawo i stanęła nagle. Kilkanaście metrów od niej stał blady jak ściana Adam. Rozmawiał z lekarzem. Ten mu coś klarował, rozłożył ręce. Adam potarł nerwowo ręką brodą. Lekarz poklepał Go po ramieniu i odszedł.
  • Adam – powiedziała cicho.
Odwrócił się w jej kierunku a na twarz nagle wpłynął cień ulgi. Lekko rozchylił ramiona a Ona niewiele myśląc pobiegła i wpadła w nie z impetem.
  • Jak dobrze że jesteś – wyszeptał jej do ucha mocno przyciskając do siebie – bałem się, że nie przyjedziesz.
  • Co Ty gadasz...to ja się bałam, ze nie przyjedziesz.
Chwilę tak stali w uścisku. Wreszcie rozdzielili się. Popatrzył na nią, odgarnął jej włosy z policzka i skupił wzrok na jej twarzy.
  • Cco się stało? Czemu tak na mnie patrzysz? - speszyła się.
  • Masz druk na kości policzkowej. Jakieś pojedyncze literki – przysunął się bliżej, wyciągnął z kieszeni chustkę... tak, taką męską, materiałową chustkę do nosa, lekko poślinił i zaczął jej wycierać buzię jak Tata dziecku. Poczuła jak ją oblewa kolor czerwony i pali się ze wstydu.
  • No, już nie ma żadnej literki...- schował chustkę do kieszeni a Ona nie wiedziała, gdzie podziać oczy – Ciężka noc?
  • Tia.... długa i mocna...
  • Mocna?
  • No... nie wiem, ile procent miało to Porto ale zaledwie resztka wsiąkła w poduszkę. Zadziwiająca większość krąży po moim krwioobiegu.
Zaśmiali się obydwoje.
  • Co z Chrisem?
Adam zamknął na chwilę oczy – utrzymują go w śpiączce farmakologicznej. Była dziś Policja. Mamy się stawić na komisariacie. Lekarz dał mi namiar – wyciągnął wizytówkę z kieszeni.
  • Może najpierw zadzwonić, może nie trzeba będzie na komendę teraz jechać? - powiedziała nieśmiało. Potrzebowała jeszcze chwili spokoju. Jeśli spokojem można nazwać stanie na szpitalnym korytarzu obok faceta, który, mimo calej otoczki ostatnich kilku dni pociągał ją coraz bardziej i z drugim, który po randce z nią został niemal wypatroszony i walczy o życie. „Ironia losu” pomyślała.
  • Yyy... dobra – wyciągnął telefon. Zdziwiło ją, ze nie dyskutuje, nie oponuje, nie jest złośliwy- Witam. Nazywam się Adam L, jestem przyjacielem Chrisa B. Dostałem wizytówkę w szpitalu od lekarza....tak, zatrzymałem się w W.... dobrze, za godzinę będzie ok. Do widzenia. - schował telefon. -Mamy randkę z detektywem za godzinę w hotelu.
  • Mogę wejść do Chrisa?
  • Wercia – wziął ją za ramiona – to nie jest fajny widok, nie wiem,czy powinnaś... - gdzieś głęboko w jego oczach zobaczyła coś zgoła innego. On nie zastanawiał się, jak Ona sobie sobie z tym poradzi ale dlaczego chce tam iść...co zaszło między Nią a jego przyjacielem, dlaczego jej tak na Chrisie zależy...i czy zależy...i co Ona myśli i dlaczego do cholery to wszystko się dzieje..miało być zupełnie inaczej..
  • Nie spałam z Nim – wypaliła szeptem przez zęby – mam poczucie winy, ze coś takiego mu się stało po tym, jak mnie wsadził do taksówki. Ze może jakbym się z Nim przespała to by Go to nie spotkało, kumasz? - poczuła drżenie brody zwiastujące zbliżający się płacz a tego nie lubiła.
  • Oki, przepraszam, więcej nie będę, nie mam prawa... - puścił jej ramię – Lekarz powiedział, ze jak będziesz chciała to na chwilę dosłownie...
Minęła go i weszła do pokoju, w któym leżał podpięty do różnych aparatur Chris. Nie wytrzymała i się rozpłakała. Podeszła do nieprzytomnego, pogładziła po dłoni, pochyliła się i szepnęła kilka czułych słów do ucha. Kilka jej łez spadło mu na policzek i usta. Gdyby na nie patrzyła to by zobaczyła, że nimi poruszył, jakby chciał się oblizać. Ona jednak odwróciła się i wyszła.
Na korytarzu wzięła Adama pod rękę i skierowali się do wyjścia.