3.
Filip był wyraźnie niezadowolony z obrotu sprawy ale nie mogła się tym zadręczać. Lubiła go bezsprzecznie choć czasem bawiła ja jego nieporadność. Miała mu ochotę powiedzieć, żeby sobie znalazł do adorowania obiekt bliżej swojego wieku, ale jej próżność na to nie pozwalała. Nie robiła nic, by go zwodzić czy uwodzić ale lubiła jego towarzystwo a jego atencja mile łechtała jej próżność.
Filip był wyraźnie niezadowolony z obrotu sprawy ale nie mogła się tym zadręczać. Lubiła go bezsprzecznie choć czasem bawiła ja jego nieporadność. Miała mu ochotę powiedzieć, żeby sobie znalazł do adorowania obiekt bliżej swojego wieku, ale jej próżność na to nie pozwalała. Nie robiła nic, by go zwodzić czy uwodzić ale lubiła jego towarzystwo a jego atencja mile łechtała jej próżność.
Pogoda
nie poprawiła się ani odrobinę, jakby jej na złość. Wiatr był
chyba jeszcze silniejszy a deszcz bardziej gęsty. Gdyby mogła to
schowałaby głowę w ramiona albo jeszcze lepiej, jak żółw
skorupę. Żałowała, że nie wzięła czapki. Filip szedł obok
milczący i pożegnali się na peronie machnięciem ręki acz bez
słowa. Jechali w przeciwne strony.
Nie
była to pora szczytu zatem znalazła miejsce siedzące w wagonie.
Skuliła się w sobie, jakby chciała żeby nikt jej nie widział
albo jakby to miało pomóc w akumulacji ciepła. Myśląc o niczym
dojechała do swojej stacji, zmieniła linie i przejechała dwa
kolejne przystanki.
Pracowała
w kawiarni, podawała kawę, kanapki, często zmywała na zapleczu co
jej nawet bardziej odpowiadało bo nie miała kontaktu z klientem i
nie musiała się martwić o przyklejenie uśmiechu na usta. Zaletą
knajpy było to, ze było w niej ciepło, nawet jeśli okno było
otwarte to zaplecze było niemal duszne. O ile latem to nieco
przeszkadzało i trzeba było uruchamiać klimatyzację o tyle im
zimniej się robiło tym było przyjemniej. Lokal serwował różnego
typu sałatki, często autorskiego pomysłu właścicieli, świeżo
wyciskane soki, kilka zup i drugich dań, tez autorskiego pomysłu.
Wszystko w zasadzie było wegetariańskie lub wegańskie. Odstępstwem
były trzy pozycje z rybami w swoim składzie, z jajkiem czy serem.
Weszła do środka i od razu uderzył ja w nos zapach spalenizny.
- Cześć Susanna – przywitała się z właścicielką – ta woń to efekt kuchennych eksperymentów Twojego męża? - zapytała oparłszy się o kontuar. Susanna była od niej młodsza kilka lat. Bardzo wcześnie dorobiła się dziecka, które nie było bynajmniej dzieckiem jej obecnego męża, starszego o ponad 20 lat Kolumbijczyka i niższego od żony o ponad 20 centymetrów o imieniu Alfonso. Susanna była bezpretensjonalna i nieskomplikowana w kontakcie. Zazwyczaj mówiła, co myślała i się nie obrażała.
- Alfi położył ścierkę na kuchni jak zdejmował czekoladę z ognia i się zajęła. Dobrze, ze nic więcej się nie zhajcowało – Susanna wywróciłaoczami co miało podkreślić jej stosunek do wyczynu męża.
- Uuuu... trochę to ...niebezpieczne. Nie poparzył się?
- Coś Ty. Chlusnął wodą z wiadra od mopa i zaczął przeklinać na czym świat stoi.
- Na co? Na ogień czy na siebie?
- Na to, ze nie mamy kuchni elektrycznej czy indukcyjnej.
- Jak to? - Weronika zdziwiła się. Rozgrzała się na tyle, by zdjąć kurtkę – przecież sam twierdził, że w lokalu gastronomicznym to tylko kuchnia gazowa, żadna inna.
- No właśnie! Więc sama widzisz. I gadaj tu z takim – Suz machnęła ręką – chcesz kawy?
- Jasne. Idę podgrzać sobie mleko. Jakaś przemarznięta jestem. - rozejrzała się po lokalu – jakoś szału nie ma jeśli chodzi o ludzi...
- Ta pogoda pod zdechłym azorkiem odstrasza. Było sporo zamówień na wynos na kanapki i pewnie dlatego Alfi spalił ta ścierkę bo się spieszył ze wszystkim. A teraz jak widzisz. Ale mamy jedna rezerwację!
- Żartujesz?
- Nie, na sześć osób. Za dwie godziny. Jakiś obiad biznesowy podobno, wegetariański. Ktoś tam nas polecił.
- No to trzeba wywietrzyć te spaleniznę do tego czasu. Idę się rozpłaszczyć. Zaraz przyjdę po kawę.
Poszła
na zaplecze wypełnione jeszcze częściowo dymem. Alfonso siedział
na parapecie i gestykulując rozmawiał przez telefon, jakby rozmówca
stał przed nim. Machnął do Weroniki na przywitanie ale rozmowy nie
przerwał. Powiesiła kurtkę w szafie i nastawiła sobie mleko.
Gorące przelała do żaroodpornej szklanki i wróciła do Suzi.
Dolała kawy i usiadła po drugiej stronie baru.
- Robisz frekwencję?
- No staram się – siorbnęła, bo kawa była gorąca i nie chciała się poparzyć. - w ogóle był ktoś dzisiaj?
- Tak, było kilka osób. Ale wiesz, lato nas rozpieściło. Teraz jest zimniej i nie będzie takiego ruchu. Będzie mniej pracy i mniej pieniędzy – w ten subtelny sposób dała do zrozumienia, ze albo jej zredukują liczbę godzin, albo obetną pensję albo w najgorszym razie zwolnią.
- Suz mam prośbę, jeśli będziecie chcieli mnie pożegnać to powiedz mi to trochę wcześniej, nie z dnia na dzień, żebym miała czas się rozejrzeć, ok?
- Nie no przestań. Może będzie gorzej ale nie na tyle, byśmy musieli się rozstać. Najwyżej zredukujemy trochę liczbę godzin. Ale na pewno Cie nie zwolnię bo bez Ciebie sobie nie poradzimy. Wiesz, nawet jak jest kiepsko to jest większy ruch niż był kiedy przyszłaś do nas. Także luz.
Weronika
siorbnęła kawy. Zawiało lekki chłodem i usłyszała trzaśnięcie
drzwi. Nie chciało jej się ani odwracać ani ruszać z miejsca.
Zerknęła przez ramię.
- Cześć – niski, niebywale przyjemny dla ucha głos należał do ciemno rudego, piegowatego chłopaka, który był stałym bywalcem.
- Cześć Mark – Suz uśmiechnęła się promiennie. - co Ci podać?
- Taka kawę, jak pije Wera. I sałatkę bym z łososiem poprosił. - popatrzył na Weronikę, która chciał nie chciał musiała ruszyć zadek ze stołka barowego żeby zagrzać mleko – i ciastko czekoladowe do kawy.
- Jasne. Wercia...podgrzejesz mleko ? - Suz nakładała ciastko na talerzyk udekorowany w międzyczasie zygzakiem z syropu czekoladowego i wiórków kokosowych – bardzo proszę – podała mu ciastko.
- To ja pójdę to mleko podgrzać i powiem Alfonsowi żeby sałatkę zrobił.
- Może się do mnie przyłączysz – Mark powiedział nadal stojąc z talerzykiem w dłoni – nie macie jakiegoś zabójczego ruchu.
Spojrzała
przelotnie na szefową, która miała na twarzy szczery, szeroki
uśmiech oznaczający akceptację. Bardzo lubiła Marka a i Weronikę
i chętnie by ich widziała w charakterze pary. Problem polegał na
tym, że w zasadzie nie wiedzieć czemu nigdy jakoś żadne z nich
nie wyszło z inicjatywą. Weronika była nieco staroświecka w tym
temacie i uważała, że to mężczyzna powinien zaprosić pierwszy a
jeśli tego nie robi to nie jest zainteresowany. Wiedziała, że
czasy i obyczaje się zmieniły a szczególnie tu, w Berlinie nikt
się nie przejmował takimi staroświeckimi konwenansami. Chłopcy
byli nawet do tego przyzwyczajeni, że nie muszą wkładać żadnego
wysiłku i wykazywać się zaangażowaniem w podrywaniu dziewczyn bo
One wykazywały nadmiar inicjatywy. Świat się zmienił, rzeczy
stanęły na głowie ale nie dotyczyło to Weroniki. Jedynym
odstępstwem od jej twardego postanowienia trwania na straży starych
obyczajów były portale randkowe. Prawda była jednak taka, że
mężczyźni tak w życiu codziennym jak i wirtualnym ja
rozczarowywali.
- Podgrzeje mleko i zobaczę jaka jest sytuacja na zapleczu – odwróciła się na pięcie i zniknęła za zasłoną. Alfi przestał już pomstować, kuchnia trochę wywietrzała.
- Sałatkę z łososiem dla marka Suzi prosi. - nastawiła mleko.
- Sałatkie sałatkie....on tylko ta zielenine żre i ryby, trochie czerwonegio miesa by zjadł temperamentu by nabriał – chwycił spodnie w kroczu gestem podpatrzonym chyba u Michaela Jacksona – a nie takie flaki z olejem...bla bla bla....przyłazi robi majślane oczy i nic – zaczął kroić łososia a ona mu się przyglądała w milczeniu nieco zaskoczona. Nigdy Marka nie krytykował.
- Nadepnął Ci na odcisk? I ciszej bo lokal pusty i może Cie usłyszeć – powiedziała półszeptem.
- Ujsłyszeć ujsłyszeć – rzucił nóż na deskę i wycierając ręce o fartuch wyszedł z kuchni – Maaaarkooo!!! - usłyszała głośne przywitanie obu panów, rozmawiali przez moment hałasliwie a raczej Alfi monologował a Marksie wtrącał a chwile potem także muzyka stała się głośniejsza. Sytuacja ja zaskoczyła bo nie sądziła, że jej szef potrafi być dwulicowy. Że nieszkodliwie złośliwy to wiedziała ale żeby nieszczery... to było dla niej zaskoczenie.
- Już...nikt nic nie ujsłyszy – wrócił do krojenia mrucząc coś niezrozumiale pod nosem w swoim rodzinnym języku.
Wzruszyła
ramionami i rozejrzała się. Talerze były pozmywane, w zlewie
tkwiły 3 szklanki, które umyła. Do jednej nalała gorącego mleka
na kawę dla gościa, do drugiej resztkę dla siebie i poszła na
salę. Jedno naczynie dopełniła kawą i usiadła obok Marka. Albo
jej się zdawało albo lekko się uniósł na krześle, kiedy
siadała. Gdyby miała wolne ręce wytarłaby ze zdumienia oczy. A
może to jej się tylko przywidziało.
- Proszę, Twoja kawa.
- Bardzo dziękuję. Chcesz kawałek ciastka? Albo całe? - zrobił ruch, jakby chciał wstać. Normalnie gdyby nie to, ze jej było głupio to by przecierała oczy ze zdumienia. Gdzie się taki rodzynek uchował? I czemu wcześniej nie zauważyła tych jego odruchów? No fakt, nie było okazji. Kiwnęła głową na znak zgody bo nie mogła wykrztusić słowa. Poszedł po ciastko dla niej czym zaskoczył także Suzanę. Weronika nie mogła wyjść z podziwy i tkwiła w tej samej pozycji ze szklanka przytkniętą do ust, w której ją zostawił.
- Dobre te ciastka tu macie.
- Fakt.
- Mały dziś ruch chyba.
- Zgadza się. Zimno się zrobiło i ludzie się jeszcze nie przestawili.
- Posłuchaj...- zatrzymał ciastko w połowie drogi do ust i chwilę myślał – wiem, że jutro nie pracujesz. Może miałabyś ochotę skoczyć ze mną na wernisaż? Wiem, ze lubisz malarstwo, sztukę w ogóle. - patrzył jej w oczy nieśmiało, zupełnie jak nie On bo zawsze miał wzrok może nie bezczelny ale bardzo bezpośredni, Jeśli wzrok, spojrzenie może takie być. Otwarte, szczere i bezpośrednie, nie kryjące żadnych intencji.
Usiłowała
ukryć śmiech,który jej się cisnął na usta. I ciekawość, czy
to ten sam wernisaż, na który już dziś była zapraszana...co za
ironia – jak posucha to posucha a jak jeden się odezwie to całkiem
jakby się worek z nimi rozerwał.