czwartek, 25 lipca 2013

3.
Filip był wyraźnie niezadowolony z obrotu sprawy ale nie mogła się tym zadręczać. Lubiła go bezsprzecznie choć czasem bawiła ja jego nieporadność. Miała mu ochotę powiedzieć, żeby sobie znalazł do adorowania obiekt bliżej swojego wieku, ale jej próżność na to nie pozwalała. Nie robiła nic, by go zwodzić czy uwodzić ale lubiła jego towarzystwo a jego atencja mile łechtała jej próżność.
Pogoda nie poprawiła się ani odrobinę, jakby jej na złość. Wiatr był chyba jeszcze silniejszy a deszcz bardziej gęsty. Gdyby mogła to schowałaby głowę w ramiona albo jeszcze lepiej, jak żółw skorupę. Żałowała, że nie wzięła czapki. Filip szedł obok milczący i pożegnali się na peronie machnięciem ręki acz bez słowa. Jechali w przeciwne strony.
Nie była to pora szczytu zatem znalazła miejsce siedzące w wagonie. Skuliła się w sobie, jakby chciała żeby nikt jej nie widział albo jakby to miało pomóc w akumulacji ciepła. Myśląc o niczym dojechała do swojej stacji, zmieniła linie i przejechała dwa kolejne przystanki.
Pracowała w kawiarni, podawała kawę, kanapki, często zmywała na zapleczu co jej nawet bardziej odpowiadało bo nie miała kontaktu z klientem i nie musiała się martwić o przyklejenie uśmiechu na usta. Zaletą knajpy było to, ze było w niej ciepło, nawet jeśli okno było otwarte to zaplecze było niemal duszne. O ile latem to nieco przeszkadzało i trzeba było uruchamiać klimatyzację o tyle im zimniej się robiło tym było przyjemniej. Lokal serwował różnego typu sałatki, często autorskiego pomysłu właścicieli, świeżo wyciskane soki, kilka zup i drugich dań, tez autorskiego pomysłu. Wszystko w zasadzie było wegetariańskie lub wegańskie. Odstępstwem były trzy pozycje z rybami w swoim składzie, z jajkiem czy serem. Weszła do środka i od razu uderzył ja w nos zapach spalenizny.
  • Cześć Susanna – przywitała się z właścicielką – ta woń to efekt kuchennych eksperymentów Twojego męża? - zapytała oparłszy się o kontuar. Susanna była od niej młodsza kilka lat. Bardzo wcześnie dorobiła się dziecka, które nie było bynajmniej dzieckiem jej obecnego męża, starszego o ponad 20 lat Kolumbijczyka i niższego od żony o ponad 20 centymetrów o imieniu Alfonso. Susanna była bezpretensjonalna i nieskomplikowana w kontakcie. Zazwyczaj mówiła, co myślała i się nie obrażała.
  • Alfi położył ścierkę na kuchni jak zdejmował czekoladę z ognia i się zajęła. Dobrze, ze nic więcej się nie zhajcowało – Susanna wywróciłaoczami co miało podkreślić jej stosunek do wyczynu męża.
  • Uuuu... trochę to ...niebezpieczne. Nie poparzył się?
  • Coś Ty. Chlusnął wodą z wiadra od mopa i zaczął przeklinać na czym świat stoi.
  • Na co? Na ogień czy na siebie?
  • Na to, ze nie mamy kuchni elektrycznej czy indukcyjnej.
  • Jak to? - Weronika zdziwiła się. Rozgrzała się na tyle, by zdjąć kurtkę – przecież sam twierdził, że w lokalu gastronomicznym to tylko kuchnia gazowa, żadna inna.
  • No właśnie! Więc sama widzisz. I gadaj tu z takim – Suz machnęła ręką – chcesz kawy?
  • Jasne. Idę podgrzać sobie mleko. Jakaś przemarznięta jestem. - rozejrzała się po lokalu – jakoś szału nie ma jeśli chodzi o ludzi...
  • Ta pogoda pod zdechłym azorkiem odstrasza. Było sporo zamówień na wynos na kanapki i pewnie dlatego Alfi spalił ta ścierkę bo się spieszył ze wszystkim. A teraz jak widzisz. Ale mamy jedna rezerwację!
  • Żartujesz?
  • Nie, na sześć osób. Za dwie godziny. Jakiś obiad biznesowy podobno, wegetariański. Ktoś tam nas polecił.
  • No to trzeba wywietrzyć te spaleniznę do tego czasu. Idę się rozpłaszczyć. Zaraz przyjdę po kawę.
Poszła na zaplecze wypełnione jeszcze częściowo dymem. Alfonso siedział na parapecie i gestykulując rozmawiał przez telefon, jakby rozmówca stał przed nim. Machnął do Weroniki na przywitanie ale rozmowy nie przerwał. Powiesiła kurtkę w szafie i nastawiła sobie mleko. Gorące przelała do żaroodpornej szklanki i wróciła do Suzi. Dolała kawy i usiadła po drugiej stronie baru.
  • Robisz frekwencję?
  • No staram się – siorbnęła, bo kawa była gorąca i nie chciała się poparzyć. - w ogóle był ktoś dzisiaj?
  • Tak, było kilka osób. Ale wiesz, lato nas rozpieściło. Teraz jest zimniej i nie będzie takiego ruchu. Będzie mniej pracy i mniej pieniędzy – w ten subtelny sposób dała do zrozumienia, ze albo jej zredukują liczbę godzin, albo obetną pensję albo w najgorszym razie zwolnią.
  • Suz mam prośbę, jeśli będziecie chcieli mnie pożegnać to powiedz mi to trochę wcześniej, nie z dnia na dzień, żebym miała czas się rozejrzeć, ok?
  • Nie no przestań. Może będzie gorzej ale nie na tyle, byśmy musieli się rozstać. Najwyżej zredukujemy trochę liczbę godzin. Ale na pewno Cie nie zwolnię bo bez Ciebie sobie nie poradzimy. Wiesz, nawet jak jest kiepsko to jest większy ruch niż był kiedy przyszłaś do nas. Także luz.
Weronika siorbnęła kawy. Zawiało lekki chłodem i usłyszała trzaśnięcie drzwi. Nie chciało jej się ani odwracać ani ruszać z miejsca. Zerknęła przez ramię.
  • Cześć – niski, niebywale przyjemny dla ucha głos należał do ciemno rudego, piegowatego chłopaka, który był stałym bywalcem.
  • Cześć Mark – Suz uśmiechnęła się promiennie. - co Ci podać?
  • Taka kawę, jak pije Wera. I sałatkę bym z łososiem poprosił. - popatrzył na Weronikę, która chciał nie chciał musiała ruszyć zadek ze stołka barowego żeby zagrzać mleko – i ciastko czekoladowe do kawy.
  • Jasne. Wercia...podgrzejesz mleko ? - Suz nakładała ciastko na talerzyk udekorowany w międzyczasie zygzakiem z syropu czekoladowego i wiórków kokosowych – bardzo proszę – podała mu ciastko.
  • To ja pójdę to mleko podgrzać i powiem Alfonsowi żeby sałatkę zrobił.
  • Może się do mnie przyłączysz – Mark powiedział nadal stojąc z talerzykiem w dłoni – nie macie jakiegoś zabójczego ruchu.
Spojrzała przelotnie na szefową, która miała na twarzy szczery, szeroki uśmiech oznaczający akceptację. Bardzo lubiła Marka a i Weronikę i chętnie by ich widziała w charakterze pary. Problem polegał na tym, że w zasadzie nie wiedzieć czemu nigdy jakoś żadne z nich nie wyszło z inicjatywą. Weronika była nieco staroświecka w tym temacie i uważała, że to mężczyzna powinien zaprosić pierwszy a jeśli tego nie robi to nie jest zainteresowany. Wiedziała, że czasy i obyczaje się zmieniły a szczególnie tu, w Berlinie nikt się nie przejmował takimi staroświeckimi konwenansami. Chłopcy byli nawet do tego przyzwyczajeni, że nie muszą wkładać żadnego wysiłku i wykazywać się zaangażowaniem w podrywaniu dziewczyn bo One wykazywały nadmiar inicjatywy. Świat się zmienił, rzeczy stanęły na głowie ale nie dotyczyło to Weroniki. Jedynym odstępstwem od jej twardego postanowienia trwania na straży starych obyczajów były portale randkowe. Prawda była jednak taka, że mężczyźni tak w życiu codziennym jak i wirtualnym ja rozczarowywali.
  • Podgrzeje mleko i zobaczę jaka jest sytuacja na zapleczu – odwróciła się na pięcie i zniknęła za zasłoną. Alfi przestał już pomstować, kuchnia trochę wywietrzała.
  • Sałatkę z łososiem dla marka Suzi prosi. - nastawiła mleko.
  • Sałatkie sałatkie....on tylko ta zielenine żre i ryby, trochie czerwonegio miesa by zjadł temperamentu by nabriał – chwycił spodnie w kroczu gestem podpatrzonym chyba u Michaela Jacksona – a nie takie flaki z olejem...bla bla bla....przyłazi robi majślane oczy i nic – zaczął kroić łososia a ona mu się przyglądała w milczeniu nieco zaskoczona. Nigdy Marka nie krytykował.
  • Nadepnął Ci na odcisk? I ciszej bo lokal pusty i może Cie usłyszeć – powiedziała półszeptem.
  • Ujsłyszeć ujsłyszeć – rzucił nóż na deskę i wycierając ręce o fartuch wyszedł z kuchni – Maaaarkooo!!! - usłyszała głośne przywitanie obu panów, rozmawiali przez moment hałasliwie a raczej Alfi monologował a Marksie wtrącał a chwile potem także muzyka stała się głośniejsza. Sytuacja ja zaskoczyła bo nie sądziła, że jej szef potrafi być dwulicowy. Że nieszkodliwie złośliwy to wiedziała ale żeby nieszczery... to było dla niej zaskoczenie.
  • Już...nikt nic nie ujsłyszy – wrócił do krojenia mrucząc coś niezrozumiale pod nosem w swoim rodzinnym języku.
Wzruszyła ramionami i rozejrzała się. Talerze były pozmywane, w zlewie tkwiły 3 szklanki, które umyła. Do jednej nalała gorącego mleka na kawę dla gościa, do drugiej resztkę dla siebie i poszła na salę. Jedno naczynie dopełniła kawą i usiadła obok Marka. Albo jej się zdawało albo lekko się uniósł na krześle, kiedy siadała. Gdyby miała wolne ręce wytarłaby ze zdumienia oczy. A może to jej się tylko przywidziało.
  • Proszę, Twoja kawa.
  • Bardzo dziękuję. Chcesz kawałek ciastka? Albo całe? - zrobił ruch, jakby chciał wstać. Normalnie gdyby nie to, ze jej było głupio to by przecierała oczy ze zdumienia. Gdzie się taki rodzynek uchował? I czemu wcześniej nie zauważyła tych jego odruchów? No fakt, nie było okazji. Kiwnęła głową na znak zgody bo nie mogła wykrztusić słowa. Poszedł po ciastko dla niej czym zaskoczył także Suzanę. Weronika nie mogła wyjść z podziwy i tkwiła w tej samej pozycji ze szklanka przytkniętą do ust, w której ją zostawił.
  • Dobre te ciastka tu macie.
  • Fakt.
  • Mały dziś ruch chyba.
  • Zgadza się. Zimno się zrobiło i ludzie się jeszcze nie przestawili.
  • Posłuchaj...- zatrzymał ciastko w połowie drogi do ust i chwilę myślał – wiem, że jutro nie pracujesz. Może miałabyś ochotę skoczyć ze mną na wernisaż? Wiem, ze lubisz malarstwo, sztukę w ogóle. - patrzył jej w oczy nieśmiało, zupełnie jak nie On bo zawsze miał wzrok może nie bezczelny ale bardzo bezpośredni, Jeśli wzrok, spojrzenie może takie być. Otwarte, szczere i bezpośrednie, nie kryjące żadnych intencji.

Usiłowała ukryć śmiech,który jej się cisnął na usta. I ciekawość, czy to ten sam wernisaż, na który już dziś była zapraszana...co za ironia – jak posucha to posucha a jak jeden się odezwie to całkiem jakby się worek z nimi rozerwał.

czwartek, 18 lipca 2013


2.
Jakby odczytując jej myśli dwie dziewczyny siedzące naprzeciwko niej zaczęły się tulić i całować. Nie mogła na to patrzeć i wstała. Szczęśliwie kolejka dotarła do jej przystanku więc z czystym sumieniem wysiadła i wciągnęła głęboko do płuc mokre i chłodne powietrze. Spojrzała na chłopaka idącego przed nią. Spod kołnierza kurtki, wysoko na karku wyzierała wytatuowana łapa jakiegoś zwierzęcia z wysuniętymi pazurami. To przywołało wspomnienie porannej wymiany wiadomości i mimowolny uśmiech. Wyobraziła sobie rzeczywiście paskudnego, wytatuowanego faceta z kitką przerzedzonych, przetłuszczonych włosów związanych srebrną (czemu akurat srebrną?) dumką gdzieś w połowie głowy. Do tego z lekkim brzuszkiem piwnym i tatuażami wyłażącymi spod podkoszulka, jaki dumnie na focie profilowej obnaszał T-shirt 33. Uśmiech zagościł na jej ustach. Chłopak przed nią zatrzymał się, jakby coś sobie przypomniał i nie zdążyła wyhamować. Wpadła na niego z nadal głupim uśmiechem na ustach, przeprosiła i poszła dalej zostawiając go nieco skonfudowanego sytuacją i jej uśmiechem.
Przeszła przez ulicę i weszła do budynku. W środku było niewiele cieplej niż na zewnątrz. Postanowiła jeszcze skoczyć do kuchni i zrobić sobie herbatę, z którą pójdzie na zajęcia.
Kuchnia wydziałowa miała dwa czajniki,jednopalnikowa płytę do podgrzania czegoś. Brakowało jej mikrofali jednak. Miał lodówkę ale to mikrofali nie rekompensowało- można by sobie było podgrzewać rzeczy a tak to kicha – pomyślała.
Zalała wyciągniętą z kosmetyczki ukrytej w torbie ekspresowa herbatkę wrzątkiem i wzięła kubek w obie dłonie. Kiedy tak stała i się grała do kuchni przyszedł Filip.
  • Cześć. Nie idziesz na zajęcia? - zapytał z uśmiechem rodem z reklamy pasty do zębów lub Hollywood.
  • Idę idę...ale dopiero przyszłam, jestem jakaś strasznie zziębnięta. Muszę się zagrzać żebym nie szczękała zębami. A Ty? Co Ty tu robisz?
  • Widziałem Cie przez okno. Jak nie przyszłaś do sali pomyślałem, że pójdę Cię poszukać i sprawdzę, czy wszystko w porządku.
  • O... to miłe z Twojej strony. Ale wszystko ok, tylko mi zimno. Ale już mi lepiej. Zdejmę kurtkę i idę. Idziesz?
  • Jasne – przytrzymał jej torbę, gdy zdejmowała swoje teoretycznie wodoodporne wierzchnie odzienie.
Filip był przemiłym, dużo młodszym chłopcem. Jego rodzice byli dyplomatami zatem jako dziecko zwiedził wiele krajów, w wielu mieszkał i biegle posługiwał się oprócz rodzimego niemieckiego i francuskiego, pochodził bowiem z mieszanego małżeństwa, także hiszpańskim, portugalskim i rosyjskim. Od trzech lat uczył się tez chińskiego a teraz dorzucił sobie szwedzki. Miał ogromna wiedzę, jak na człowieka w jego wieku a nawet jak na kogoś starszego, która imponowała Weronice. Był na bieżąco z poezją, literaturą i sztuką na świecie. Także w polityce, trendach i przemianach socjologicznych, interesował się archeologią i oceanografią.
To, że zaczął studia akurat na tym kierunku wynikało z dwu rzeczy – po pierwsze chodził na wydział na piechotę, miał 5 minut. Po drugie znał niemal na wylot wszystko, co związane z Ameryką Łacińską i uznał,jak jej kiedyś powiedział, że musi się wdrożyć w życie studenckie zanim zacznie kolejne fakultety a planował jeszcze co najmniej dwa. Czasem ja onieśmielał swoją wiedza i kompletnie nie rozumiała, co to dziewiętnasto-letnie dziecko od niej chce. A adorował ja i było to odczuwalne. Albo raczej lubił bardzo jej towarzystwo. Nie wiedziała czemu ale tak było. Nie narzucał się, był zawsze pomocny i gotowy na każde jej skinienie. I nigdy nie wykonał żadnego gestu, który mógłby ja wprawić w zakłopotanie. Na początku się nad tym zastanawiała, chciała nawet z nim porozmawiać ale zrezygnowała. Tym bardziej, że jego towarzystwo czasem się przydawało. Był duży, silny, całkiem rozsądnie zbudowany. Nosił brodę i wąsy, które w zestawieniu ze średniej długości gęstymi i niesfornymi włosami oraz okularami dodawały mu kilku lat. Ona wyglądała na nieco mniej, niż te swoje 29, on na nieco więcej, niż 19 zatem od biedy jakoś dramatycznie się w oczy nie rzucali. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że On jej kompletnie ale to kompletnie nie pociągał. Nie potrafiła myśleć o nim w kategoriach „faceta”. Nie było, jak to mówią „chemii”. A do tego tego jego delikatne, niczym kobiece dłonie z nieprzyzwoicie długimi palcami, idealna płytką paznokciową. Mogła by się z nim na te dłonie zamienić.
Zeszli do sali zajęciowej. Filip przezornie zarezerwował jej miejsce obok siebie, w kącie, niby w pierwszym rzędzie ale tak bokiem, w rogu, tak ustawione, że wykładowca nie bardzo widział co student robi. A ona szczerze nie znosiła tych zajęć i starała się je po prostu przetrwać. Zasiadła w kącie i wyjęła zeszyt, udając, że coś notuje. Tak naprawdę pisała. Lubiła to bardzo bo ja odstresowywało ale lądowało to wszystko w szufladzie. Taka autoterapia, sposób na przetrwanie nudnych wykładów. Od czasu do czasu zerkała na wykładowczynię, udając że coś ją zainteresowało. Zajęcia minęły szybko a kilkunasto-minutowa przerwa jeszcze szybciej. Zaczęły się kolejne,nieco ciekawsze. Nie zmieniła miejscówki ale zeszyt odwróciła do góry nogami. By oszczędzić na ciężarze zapisywała wszystko w jednym. Filek w międzyczasie przyniósł jej z kuchni kolejna herbatę. Jakoś nie mogła się rozgrzać. Liczyła na to, że może jej się uda w pracy, tam zawsze było ciepło.
  • Co robisz po zajęciach? - zapytał Filek z trudem ukrywając zakłopotanie. Spojrzała na niego przelotnie bo nie chciało jej się zagłębiać w meandry umysłu ukrytego pod gęstą czupryną.
  • Do pracy idę Maleństwo.
  • A faktycznie, zapomniałem, ze dziś pracujesz. - wyglądał na zasmuconego – a jutro?
  • Tez pracuje tyle że na rano. A czemu pytasz?
  • A po południu?
  • Umówiłam się.
  • Randka?
  • Coś na kształt....blind date... chciałeś mnie gdzieś zaprosić, ze pytasz? - uszczypnęła go w policzek jak się szczypie małe dzieci
  • No... tak...w sumie... taka wystawa w Instytucie Szwedzkim,,, wiesz fotografie i te sprawy..- wyglądał na prawdę na zmieszanego i zbitego z tropu.
  • Kumplu ty mój – podkreśliła słowo kumplu – chętnie bym z Tobą wyskoczyła ale wiesz, że plan mam jaki mam... najwcześniej mogę w piątek – zastanowiła się – ale to już nie będzie wernisaż tylko wystawa a Tobie o jakieś pokazanie się chodziła? - popatrzyła mu w oczy – bardzo Cie przepraszam ale nie tym razem.
  • No trudno, może innym razem – wymruczał pod nosem owijając się trzy metrowym szalem. Zabawnie ot kontrastowało z jego jednocześnie rozpiętą kurtką, która bardziej przypominała marynarkę i rozchełstaną pod szyja koszulą.
  • Dokładnie. - chciała dodać, że jakby wczoraj wiedziała to by się nie umówiła tylko z nim poszła ale zrezygnowała. Zarzuciła kurtkę na siebie, zapięła się pod sam nos, założyła rękawiczki. - Idziemy?
 

czwartek, 11 lipca 2013

1. Randki internetowe

Deszcz siąpił od kilku dni i już miała serdecznie dosyć tej pogody a zanosiło się na to, że poprawy nie będzie. Jak na ironię właśnie teraz, kiedy bardzo by chciała, by prognoza pokazywana w telewizji się nie sprawdziła, co działo się zawsze, gdy zapowiadano słoneczny weekend, ona oczywiście była idealnie taka jak podawał prezenter, co do połówki stopnia. A do tego wszystkiego zbliżała się zima, dni były coraz krótsze i już dawno zapomniała jak to jest wstawać rano i widzieć coś za oknem a nie tylko ciemność i odblask z latarni. Podłączyła czajnik by zrobić sobie poranną kawę, nasypała łyżeczkę do kubka wielkości XXL i wyjęła z lodówki mleko, by je delikatnie podgrzać. Lubiła dolewać zimnego, kawa była wtedy do picia ale dziś było wyjątkowo zimno a na dodatek spała przy lekko uchylonym oknie i mieszkanie się wychłodziło. Potrzebowała ciepła. Nalała biały płyn do garnka, podłączyła kuchenkę i obserwowała uważnie, by nie wykipiało. Po chwili namysłu wyłączyła wodę a do garnka dolała resztę mleka.

Jak szaleć to szaleć. Jest tak paskudnie, ze należy mi się na rozgrzewkę gorąca kawa na mleku.

Zalała kawę rozpuszczalną i usiadła przy stole. Ręką odgarnęła wczorajszą gazetę i odpaliła komputer. Chciała sprawdzić portale plotkarskie i randkowe, na których była zalogowana. Sama się zastanawiała czasem, po co tam siedzi. Nic ciekawego z nich nie wynikało. Co prawda poznawała facetów ale to zawsze jakieś niedoróbki były. Nie wiedziała co w niej takiego jest, że przyciąga jakiś niewydarzonych dupków z przerośniętym ego i mniemaniem o sobie godnym Nobla. Taki samozachwyt czasem by wypadało niemal opisać. Ale przyzwyczajenie brało górę i codziennie spędzała trochę czasu wyszukując nowe anonse i łudząc się, że tym razem trafi się jej ktoś normalny, ktoś, z kim będzie mogła porozmawiać a nie tylko go słuchać. Ktoś, kto ją zaakceptuje a nie będzie miał, sam niewiele sobą reprezentując, Bóg wie jakie wymagania. Kogoś, kto na pierwszym spotkaniu nie będzie próbował jej obmacywać, nie będzie jej czule głaskał po dłoni, swoją, spocona i drżąca z podniecenia, nie będzie patrzył maślanym wzrokiem w oczy i mówił per „Kochanie” już w trzecim zdaniu. Mrzonki.

Otworzyła pierwszą stronę. Dwie wiadomości. Kliknęła w pierwszą. Zdjęcie faceta, w podkoszulku, Na tle palm. I jakiegoś morza czy oceanu na kolejnym planie. Piękne, niebieskie niebo. Wróciła wzrokiem do podkoszulka. Fason, jakiego najbardziej nie lubiła – opięty, pod szyję i bez rękawów. Obrzydlistwo. Żeby w czymś takim dobrze wyglądać trzeba na prawdę mieć fantastyczną figurę. A taką mało panów mogło się pochwalić.

Kliknęła w drugą. Zamiast zdjęcia avatar. 
Nick „Tatoo 79”...Hmmm... Smok. A może wąż? Lubiła węże. 
Wróciła do pierwszej wiadomości. Przeczytała kilka zdań z uwagą. Choć zdjęcie ją bardzo uprzedziło musiała przyznać,ze wiadomość była zabawna, lekka i zepchnęła postać z fotografii na dalszy plan. Złe wrażenie się nieco zatarło. Znała jednak siebie na tyle, że wiedziała, że fizyczność odgrywa jednak pewna rolę. No dobrze, nazwijmy to skazą estetyczną. Ale nie przesądzajmy. 
Otworzyła druga wiadomość. Zdanie z błędami, różyczka, propozycja seksu bez zobowiązań. Zastanawiała się chwile i odpisała
 „Jeśli ten smok to tatuaż na Twoim ptaku, chętnie zobaczę. Jeśli nie, nie zawracaj mi głowy bo miałkich propozycji mam setki... Zaskoczysz mnie?”.
Kliknęła wyślij i po chwili tego pożałowała. Przecież sieć jest pełna wariatów, idiotów. A co, jeśli koleś rzeczywiście odpowie, zechce się spotkać, co wtedy? Hola hola koleżanko... przecież nic nie musisz. Potrząsnęła głową jakby odpędzając swoją własna głupotę i wróciła do pana od podkoszulka. Miała kiedyś kolegę, który z upodobaniem nosił właśnie taki krój koszulek. A że ramiona miał szerokości tak bioder jak i pasa zatem wyglądał co najmniej...nieapetycznie.
Odpisała obszernie, nawet jak na siebie, na wiadomość T-shirt 33, bo taki nick miał pan od palm w tle, zerknęła jeszcze raz na jego profil i już miała zamykać komputer, gdy pojawiła się nowa wiadomość. Odpowiedź od „Tatoo 79”
Kliknęła w wiadomość.
„Mam kilka, w tym węża, ale akurat nie tam... kwalifikuje się czy nie bardzo?”
Chwilę pomyślała
„Szklanka w połowie pełna czy pusta.... odwieczny dylemat”
Kliknęła wyślij. Po kilku sekundach pojawiła się odpowiedź.
„Skoro tatuaż jest jak trzeba ale nie tam, gdzie trzeba to może choć gorąca czekolada zamiast seksu?”
Drgnęła. Mało który facet proponował czekoladę. Zaczynało ja to ciekawić nieco. Tak odrobinkę zaledwie... Pomyślała chwilę.
„Gorąca...aromatyczna....gęsta..... kuszące”
Wysłała. Znowu kilka sekund.
„Gorąca...jak seks, na który muszę niestety poczekać.... aromatyczna... jak zapach kobiety leżącej obok...gęsta...jak moje myśli, gdy z Tobą piszę... kuszące...fakt...może po cichu liczę, że po czekoladzie zmienisz zdanie?”
Uśmiechnęła się.
„Zakładając, że do czekolady dojdzie...”
Kilka kolejnych sekund.
„Chyba się nie wycofujesz? Nie daj się prosić. Jutro? Dziś? Kiedy masz czas? Dostosuję się. Jestem bardzo....elastyczny ;) „
Tym razem parsknęła śmiechem i opluła ekran. Wstała po papierowy ręcznik i sięgnęła odruchowo do szafki. Zapomniała, że ręczniki się skończyły i że musi je dziś kupić, jak weźmie z kawiarni wypłatę. Poszła po papier toaletowy, lekko zmoczyła go i wytarła ekran.
„Mam czas jutro po południu. Zatem gdyby coś zdążysz dotrzeć do Berlina ;)”
W sumie nie wiedziała, czy on jest z Berlina czy nie. A jeśli nie? Pewnie się za chwile dowie. Przypomniał jej się jeden z tych internetowych adoratorów, który uważał, że to ona powinna pojawić się na spotkaniu z nim a nie on wykonać wysiłek. Tym bardziej, że to on zagadał i on był bardziej zainteresowany. żałosny dupek. Potem się obraził a później jej wysyłał wiadomości z wyrzutami i tekstem, że jest niemiła. Odpisała mu, żeby w takim razie znalazł sobie miłą i przestała je otwierać usuwając chwile po tym, jak dostała.
Na stronie zamigała kopertka. Otworzyła.
„Już jestem. Ale dziś nie dam rady. Pasuje Ci jutro 17? Czy później? Znam fajną kawiarnię w centrum.”
„17.30. Gdzie w centrum?”
„Róg Mohrenstr i Charlottenstr. Zarezerwuję stolik.”
„Nie wiedziałam, ze w kawiarni trzeba.. Jak Cię poznam?”
„W tej dla pewności tak. Brzydki jak diabeł o uśmiechu wampira i mocno przerzedzonych włosach spiętych w mysi ogonek na czubku głowy.”
Diablo kusząca autoreklama....
„A na serio?”
„Ja Cię poznam.”
„Lokal publiczny..hmmm..... jakby coś będę mogła uciec między ludzi ;)”
„Mam nadzieję, że tego nie zrobisz:)”
„Pomyślę.”
„Zatem do jutra? Do 17.30?”
„:) Do zobaczenia”
„ Mój wąż już macha z radości ogonkiem”.
Znowu parsknęła śmiechem ale przezornie zatkała dłonią usta. Już nic nie odpowiedziała. Dopijała resztkę chłodnej już kawy jednocześnie zastanawiając się, jaka tajemnicę kryje w sobie ten facet, o którym kompletnie nic nie wie a z którym się właśnie umówiła. Przejrzała pobieżnie jego profil ale nie znalazła żadnego punktu zaczepienia. A jak to jakiś zboczeniec? I dlaczego napisał, ze już będzie? Czy to znaczy, że skądś przyjeżdża? Może wyjazd służbowy, w domu została żona i dzieci a on podrywa laski używając obrazka zassanego z sieci. I ciekawe, ile z nich się na taki seks zgodziło. Cała masa domysłów nagle zaczęła się pojawiać w jej głowie, spekulacji i pytań. Otrząsnęła się jak pies z wody, wstała, żeby wstawić kubek do zlewu. Po chwili namysłu umyła go, wytarła i wstawiła do szafki. Oparła się tyłem o zlew, skrzyżowała ręce na piersi i zamyśliła się. Do czego prowadzi to czatowanie? Wszak to nie pierwszy facet, który wydał się przez czat interesujący a na żywo okazał się kompletnym rozczarowaniem. Ilu jeszcze takich nieudaczników życiowych musi przerobić by wreszcie trafić na swojego księcia z bajki? A może na takowego nigdy nie trafi? Co prawda ciągle gdzieś ktoś opowiada, że znajomi jego znajomych poznali się na czacie/portalu randkowym/grupie dyskusyjnej po czym nastąpiła wielka miłość itp. itd. Tylko dlaczego cały czas ona trafiała na popaprańców? Jaka jest średnia tzw. szczęśliwych zakończeń znajomości rodem z wirtualnego świata? Ona osobiście nie spotkała do tej pory nikogo takiego, choć portale prześcigały się w publikowaniu statystyk swojej rzekomej skuteczności. Co było, jak dla niej nieweryfikowalne. Jednak takie znajomości miały pewne plusy-były anonimowe i można je było szybo i bezboleśnie zakończyć nadal pozostając anonimowym. Minusem było to, że tez trzeba było im poświęcić nieco czasu, uzbroić się się w cierpliwość, dobry humor i dużą dozę tolerancji. Myśl, że traci czas prześladowała ją nieustannie jednak chyba się uzależniła od tej wątpliwej rozrywki. Był to pewien substytut dla samotnych chwil z kieliszkiem wina. Zakładając, że miała jakieś wino w domu. A jeśli już, to jakieś niespecjalnie wysublimowane, zazwyczaj białe bo na czerwone źle reagowała. Nie lubiła po prostu.
Podeszła do komputera. Na stronie migały dwie kopertki.
Pierwsza od Tatoo 79
„Lubię Berlin. Cieszę się, że Cię tu poznam”
Pomyślała, że ten gość jakiś nierówny jest i trzeba bardzo ale to bardzo na niego uważać. Z jednej strony zaintrygował ja bardzo w bliżej nie wytłumaczalny sposób a z drugiej ten pierwszy mail z propozycja seksualną...jakie to.. płytkie.
Kliknęła w kopertkę od T-shirt 33. Odpisał równie długo, jeśli nie dłużej jak ona, zabawnie i lekko. Trzeba przyznać, że gdyby nie ta koszulka to pisanie było całkiem całkiem. Jednak obrazek stawał jej przed oczami i nie umiała go wykasować. „No nic – pomyślała – zobaczymy jak to wszystko się porozwija”.
Zamknęła komputer nie dbając o wyłączenie go. Wiedziała, że nie powinna robić tego często ale właśnie spostrzegła, że jeszcze kilka minut i się spóźni na zajęcia. Pospiesznie zgarnęła torbę, zarzuciła bluzę na siebie, nie dopinając do końca suwaka, nałożyła na nią kamizelkę i kurtkę a szyje okręciła wysoko szalem. Wciągnęła a na stopy buty a na dłonie rękawiczki. Jeszcze tylko słuchawki w uszy, klucz w zamek i można kolejny dzień uważać za rozpoczęty.

Na ulicy zaatakował ją nieprzyjemnie zimny i przeszywający wiatr. I szare, ciężkie niebo. Wszędobylska wilgoć, która od kilku dnia z a sprawą nieustających mżawek zdominowała atmosferę miasta powodowała, ze nie wiadomo było, czy pada lub mży czy może to mgła czy unosząca się para. Wcisnęła dłonie w kieszenie uprzednio włączywszy muzykę. Wczoraj zdążyła zmienić zmienić listę utworów, których zazwyczaj słuchała. Ożywcza muzyka miała jej dodać energii. Doczłapała jakoś do przystanku metra, wbiła się w tłum na peronie i wpłynęła razem z nim do wagonu. Zawsze ja zastanawiał, od kiedy go oczywiście poznała, fenomen zachowań ludzi w metrze. Wszyscy niemal, jak jeden mąż stali przy drzwiach. No chyba, że jechali gdzieś dalej. W przeciwnym wypadku byli upakowani jak przysłowiowe sardynki w puszce i trudno było wyjść lub wejść. Tym bardziej, że ludzie nie mieli we zwyczaju przepuszczania się an wzajem, mówienia przepraszam czy bycia uprzejmym. Denerwowało ją to i sama oczywiście starała się nie zachowywać w ten sposób. Teraz jednak poddała się działaniom masy i bezwiednie z nią przesuwała w te lub z powrotem, w zależności od etapu jazdy. Wreszcie dojechała do przystanku/przesiadki, sporej stacji, gdzie wagoniki wypluwały zasadniczą część swojej ludzkiej zawartości głównie po to, by za chwile przyjąć w siebie kolejną jej porcję. Niestety pogoda przez te kilkanaście minut pobytu w metrze nie zmieniła się diametralnie. Szczęśliwie peron przesiadkowy był pod dachem a kolejka przyjechała po 2 minutach. Nie była tak zapchana jak metro i miała ten plus, że była nad ziemią zatem mogła pooglądać trochę świata, światła dziennego. Nawet przy takiej pogodzie jak dziś było to nadal przyjemniejsze niż siedzenie w ciemnym metrze. Nawet jej się udało znaleźć miejsce siedzące. Nadal jej było zimno. Skuliła się w sobie i analizowała materiał, który czytała na dzisiejsze zajęcia dotyczący pewnej mniejszości, w zasadzie seksualnej w jednym ze stanów Meksyku. Nazywani byli trzecią płcią, rodzili się głównie jako mężczyźni ale później z wyboru rodziców lub własnego zaczynali funkcjonować w społeczeństwie jako kobiety. Czasem posuwali się do chirurgicznej zmiany płci. Nie bardzo rozumiała cały ten fenomen. Nie bardzo w ogóle rozumiała zjawiska, które działy się w świecie. Cały ten … Gender był dla niej kompletnie czarną magią, homoseksualizm odstraszał, nie rozumiała ani zjawiska ani jego popularności ani tym bardziej powszechnej dla niego akceptacji. Było mocno niepoprawne politycznie powiedzieć, że się jest obojętnym a już nie daj Boże przeciw. I to wszystko przy ciągłych narzekaniach rządów dotyczących małego przyrostu naturalnego.